wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 12

                                      Obudziły mnie upadające sztućce na podłogę i przeklinanie Shana. Wstałam sprawdzić co się dzieje. Poszłam do kuchni i zobaczyłam jak mój ukochany próbuje usmażyć naleśniki, ale nie do końca mu to wychodziło. Podeszłam do niego i przytuliłam się do jego pleców.
- Hej- przywitałam się.
- No hej Śliczna. Obudziłem cię?
- Tak, ale bardziej mnie ciekawi co ty wyczyniasz?
- Wstałem i pomyślałem, że zrobię ci śniadanie, a że lubisz naleśniki to stwierdziłem, że spróbuję je zrobić no, ale widzisz co wyszło- wskazał głową na stos poszarpanych naleśników. Widać było, że to nie jego bajka. - Nie do końca mi się udały.
- Ja myślę, że to słodkie. Za dobre chęci należy ci się całus.
Odwrócił się do mnie, objął w talii i wpił w moje usta. Nie pozostałam mu dłużna,
- Zjedzmy te twoje naleśniki.- wydusiłam z siebie, kiedy oderwałam się od jego ust.
                                      Po śniadaniu, a raczej obiedzie, ponieważ wstałam o 14 poszliśmy do kina, potem na lody, na spacer, na pizze i tak nam minął cały dzień. Mogłabym robić wszystko byleby z Shanem. Jednak w końcu musiałam wracać do domu. Po co odwlekać coś nieuchronnego? Droga do wschodniej części miasta była krótka. Nim się spostrzegłam musiałam ściągać kask.
- I jak? Gotowa na spotkanie z bestią?- spytał Shane.
- Jak na tygodniowe zatwardzenie.- odpowiedziałam z grymasem.- Teraz to dopiero będzie mnie kontrolował. Trudniej będzie się wymykać.- puściłam mu oczko.
- Coś się wymyśli.- skradł mi całusa. Chciał się ode mnie odsunąć, ale pragnęłam więcej. Tych jego malinowych ust nie miałam nigdy dość. Pocałunki, którymi mnie obdarowywał uzależniały.
- Muszę już iść.- powiedziałam tak cicho, że ledwo mnie słyszał.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale jak na razie nie możemy nic zrobić. Nie możesz od niego tak po prostu uciec. Ale obiecuję, że zawsze będę przy tobie, by cię wspierać.
Co mógł więcej zrobić? Nic. Ja także byłam bezradna. Pocieszałam się myślą, że to już nie potrwa długo. Wystarczy, że mama wróci i moje życie choć trochę się ustabilizuje.
Wtuliłam się w ramiona Shana i wciągnęłam zapach jego perfum.
- Jedź ostrożnie.
- Obiecuje.- powiedział na pożegnanie i ucałował mnie w czoło.
Ja ruszyłam na spotkanie nieuniknionego. Nie było sensu tego przedłużać. Wiedziałam co mnie czeka- wielka awantura.
                                      Szłam w kierunku domu jak na ścięcie. Nic dziwnego. Nie czekała mnie tam sielanka, rodzina, czy choćby kochający ojciec. Za drzwiami było moje prywatne piekło, od którego nie było w tej chwili odwrotu, ale do którego musiałam podążyć. Mój strach mimo tego jakie zdanie, miałam o swoim tacie i mojego nastawienia, narastał z każdym krokiem. W momencie naciśnięcia klamki i przekroczenia przeze mnie progu rozpętała się kłótnia.
- Gdzieś ty była całą noc i cały dzień?! Możesz nam to wyjaśnić?! A tak! Tu nie ma co wyjaśniać bo na twoje nieszczęście wiem co robiłaś! Więc, może jak usprawiedliwisz swoje zachowanie?!- warknął gospodarz.
- A co tu usprawiedliwiać?- spytałam niewinnie.
- Jeszcze śmiesz pytać?! Raz, uciekłaś z domu! Dwa, wsiadłaś na motor! Trzy, nie z byle kim tylko z tym chłopakiem, z którym kategorycznie kazałem ci się przestać zadawać! Cztery, nie wróciłaś na noc i Bóg wie co robiłaś!- zaczął wyliczać.- Mam mówić dalej?!
Odpowiedziała mu cisza. Postanowiłam nie kontynuować tej rozmowy. Nie miałam mu nic do powiedzenia, a słuchanie jego kazań i tego jak się bardzo z Kate "martwili" po prostu mnie irytowało.
- Wracaj tu! Nie skończyłem z tobą! Jessica!
Mógł się drzeć. Już przestało to na mnie robić wrażenie. Weszłam po schodach na górę, ale to co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie!
- Gdzie są moje drzwi!- tym razem to ja podniosłam głos, zbiegając na dół.
- O więc jednak potrafisz mówić. Po pierwsze nie wyjaśniłaś swojego zachowania, a po drugie prywatność to przywilej, na który ty nie zasługujesz.
Wszystko się we mnie gotowało.
- Jesteś beznadziejny! Najgorszy ojciec świata! Oj przeprasza, ciebie nawet ojcem nie można nazwać ty kreaturo!
- Licz się ze słowami!
- Bo co?! Nic nie możesz mi zrobić.- powiedziałam, z zaciśniętymi ze złości zębami.- Jeszcze tylko 5 dni. A potem już mnie więcej nie zobaczysz.- wyrzuciłam z siebie i pobiegłam na górę.  Byłam strasznie zmęczona, więc umyłam się i poszłam spać. Nie miałam nawet ochoty zejść cokolwiek zjeść. Kiedy moja głowa opadła na poduszkę, niemalże natychmiast odpłynęłam w krainę snów.
                                 ***
                                      Pięć dni ciągnęło się i ciągnęło, ale w końcu nadeszła upragniona niedziela. Od rana siedziałam spakowana. Tylko raz udało mi się uciec od ojca. Trzy dni wcześniej musiałam z nimi pojechać na zakupy. W supermarkecie był również Shane. Jakoś udało mi się niepostrzeżenie wymknąć, kiedy moi "opiekunowie" dyskutowali o obiedzie. Oczywiście ojciec nie był zadowolony z faktu, że kolejny raz uciekłam ze swoim chłopakiem na motorze. Od tamtej pory pilnował mnie jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, że to w ogóle jest możliwe.  Byłam szczęśliwa wiedząc, że już niedługo moja męka dobiegnie końca. Samolot mamy miał wylądować o 12 więc o 13 mama powinna mnie już odebrać. Czekałam i czekałam, ale ona nie przyjeżdżała. Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, biegłam jak na skrzydłach z wielkim uśmiechem na ustach. Jakże duże było moje zdziwienie, gdy w progu stali funkcjonariusze policji.
- Dzień dobry. Ty jesteś Jessica?- spytał jeden z nich.
- Tak.- odpowiedziałam niepewnie.- O co chodzi?
- Bardzo mi przykro, ale samolot twojej mamy.... rozbił się. Wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu.
W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie, to niemożliwe. Nie! To kłamstwo!- krzyczałam.
- Wiemy co czujesz, ale to niestety jest prawda....
- Nie! Nie. Nie....- zaczęłam szlochać. Moja mama. Moja mama zginęła. To nie mogło być prawdą. Zsunęłam się na podłogę. Ktoś objął mnie z tyłu ramieniem, kiedy zobaczyłam, że to ojciec odskoczyłam od niego jak poparzona.- Nie dotykaj mnie! Nigdy!- warknęłam i pobiegłam na górę. Nie miałam co ze sobą zrobić. Mój jedyny członek rodziny umarł. Zostałam sama. Zastanawiałam się co ze mną będzie. W poduszkę wylewałam hektolitry łez. Bo co innego mi pozostało?
                                      Ponownie usłyszałam jakieś dobijanie się do drzwi, a następnie kłótnie. Mimowolnie zwlekłam się z łóżka i ruszyłam schodami w dół. A w przedpokoju ojciec po raz kolejny musiał udowodnić kto jest górą.
- Proszę mnie do niej puścić! Ona potrzebuje wsparcia, ona potrzebuje mnie!
- Ciebie?! Masz zakaz spotykania się z moją córką chłopcze! Ona potrzebuje rodziny. Mnie i mojej  żony, a nie jakiegoś wyrostka!- dalej brnął w swoje. Kłamstwa. Tylko kłamstwa wychodziły z jego ust, w które wierzył.
Zbiegłam prosto w ramiona Shana.
- Zabierz mnie stąd.- szepnęłam zachrypniętym głosem.
Bez słowa wyprowadził mnie z domu, zawiózł do swojego mieszkania i położył na łóżku. Położył się obok mnie i tulił do siebie, próbując dodać otuchy.
- Dlaczego? Dlaczego ona?- pytałam.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale musisz to przetrwać. Nie chciałaby, żebyś była smutna.
- Co teraz ze mną będzie?
- Nie bój się, jestem przy tobie.- mówił czule.
Miałam dość życia. Tak cholernie obawiałam się co się ze mną stanie. Byłam skazana na ojca i Kate, a za kilka dni miałam pochować najważniejszą osobę w moim życiu.
                                                                            ***
                                       Najbliższe tygodnie. byłe dla mnie koszmarem. A dzień, w którym pożegnałam mamę na zawsze, najgorszym oraz najtrudniejszym jaki kiedykolwiek przeszłam. Musiałam i chciałam sama wszystko zorganizować. Shane, Caroline, Michael byli ze mną przez cały ten czas. Wspierali mnie. Było to dla mnie niezmiernie ważne. Myślałam, że tracąc mamę, tracę jedyną rodzinę, którą dla mnie była. Jednak słowa Shana mocno mnie pokrzepiły " Wiem, że jest ci ciężko, że nie jestem w stanie zrozumieć twojej sytuacji, ale pamiętaj, że zawsze będę cię wspierał i zawsze możesz na mnie liczyć. Pomyśl, że to co do tej pory przeżyłaś jest niczym w  porównaniu z tym co cie czeka. Jeszcze wiele pięknych chwil przed tobą". Te słowa stały się faktem. Był przy mnie i mogłam na niego liczyć w każdym momencie.
                                       Musiałam oczywiście wprowadzić się do ojca i Kate. Konieczność mieszkania z nimi dobijała mnie. Nie czułam się tam jak w domu , dlatego szukałam byle pretekstu by stamtąd wyjść. Żona mojego "kochającego tatusia" nie oszczędzała mnie, a wręcz przeciwnie. Wykorzystywała mój smutek, by dołować mnie jeszcze bardziej, a w towarzystwie swojego męża udawała przejętą, kochającą macochę. Gdy byli sami skarżyła się jak to ona nie stara się dla mnie być wsparciem, które ja odrzucam. Zdążyłam przyzwyczaić się do takiej sytuacji panującej w domu. Jednak z Shanem po pewnym czasie w ogóle nie mogłam się widywać. Czułam się jak na smyczy- pod stałą kontrolą.
                                       Raz miałam tego dość i chciałam po prostu wyjść i się zobaczyć z chłopakiem, ale drogę zagrodził mi ojciec.
- Gdzie to się wybierasz?
- Wychodzę.- powiedziałam i próbowałam go ominąć, ale uniemożliwił mi to.- Puść mnie!
- Znowu chcesz iść do tego chłopaka!
- I co z tego! Zostaw mnie! Nie znaczysz dla mnie nic!- poczułam ostry ból policzka.- Jak mogłeś mnie uderzyć?- spytałam z nie do wierzeniem.
- Powiedz jeszcze raz, że nic dla ciebie nie znaczę, a dopiero ci przyłożę!
- Nic dla mnie nie znaczysz kretynie!- uderzył mnie tym razem mocniej.- No proszę bij mnie dalej ty damski bokserze!- tym razem oberwałam tak mocno, że zatoczyłam się w tył.
- Nie pójdziesz do tego chłopaka! Masz zakaz spotykania się z nim! Jeśli moje słowa cię nie przekonują to muszę użyć innych argumentów.- Szarpnął mnie na rękę i siłą wywlókł na górę. Nie zawrócił uwagi na to, że po drodze potknęłam się na schodach i musi mnie po nich ciągnąć.
- Przemyśl swoje zachowanie.- rzucił spokojnie na odchodne.
Czułam się fatalnie. Nie potrafiłam nawet płakać, byłam przerażona. Nie miałam jak uciec, ani jak skontaktować się z kimkolwiek. Zabrał mi telefon, odciął internet. Innymi słowy zrobił wszystko, aby nie miała łączności ze światem. 
                                        Następne dni, a potem tygodnie były dla mnie koszmarem. Sytuacja powtórzyła się niejednokrotnie. Po pewnym czasie stało się to codzienną rutyną, której nie umiałam przerwać. Byle pretekst był dla niego powodem do tego, aby ponownie zadać mi ból. Nie znał litości. Stał się tyranem, katem, a ja zamykałam się w sobie coraz bardziej. Przestałam szukać pomocy. Nie wierzyłam już w dobre zakończenie. Przyjaciele nie raz próbowali dostać się do mnie do domu, ale on skutecznie im to uniemożliwiał. Kiedyś łaskawie zgodził się, żeby Caroline przynosiła mi notatki z rozpoczynającej się szkoły. Kate maskowała wtedy moje siniki tak, że nic nie było po mnie widać. Sama nie mogłam pisnąć ani słówka, ponieważ byłam pod stała obserwacją, a poza tym... bałam się. Bałam się jak nigdy.
                                         Caroline była pośrednikiem między mną, a Shanem. Wsuwała mi jego listy do notatek tak, żeby ojciec nie zauważył. Wiedziała też, że coś jest nie w porządku, ale strach nie pozwalał mi nić mówić. Pewnego razu siedząc u mnie w pokoju zauważyła moje posiniaczone ciało, gdy bluzka niechcący podwinęła się do góry.
- On cię bije?- powiedziała tak cicho, że ledwo ją słyszałam. Popatrzyłam w jej oczy pełne przerażenia, które wypełniały stopniowo łzy. - Odpowiedz mi, proszę....
- A co tu si dzieje moje panie?! Co wy robicie?-  spytał ojciec, który pojawił się znikąd.
- Co się jej stało? Dlaczego jest tak posiniaczona?- domagała się odpowiedzi moja najlepsza przyjaciółka.
- Nie przesadzaj! Potknęła się niezdara na schodach. Prawda?- rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Niepewnie pokiwałam głową, że ma rację. Wiedziałam co mnie czeka zaraz po wyjściu mojego gościa.
- Widzisz Caroline? Ale przykro mi czas na ciebie.- powiedział stanowczo i wyszedł.
- Idę na policję.
- Nie, Carol proszę. Jemu się upiecze, Po akcji z Adamem nie wierzę, że coś zdziałają. To nic nie da.
- Caroline, mówiłem coś.- pojawił się ponownie ojciec.
- Sprowadzę pomoc. Wymyślę coś.- powiedziała na pożegnanie tak cicho, bym tylko ja mogła ją usłyszeć.
                                         Gdy drzwi za dziewczyną zamknęły się, rozpoczęło się piekło.
- Co ja ci mówiłem?! Że nikt nie może się o tym dowiedzieć! A ty co wyprawiasz?!- darł się po mnie gospodarz domu.- Chyba niejasno się wyraziłem więc muszę użyć innych argumentów.- mówiąc to wyciągnął pas. Cofnęłam się o krok.- Odsłoń plecy.- rozkazał. Próbowałam uciec, ale chwycił mnie za włosy i rzucił na łóżko. Moja głowa niemiłosiernie obiła się o ramę. Dostałam pasem... Raz, drugi trzeci. Musiałam się jakoś wydostać. Podcięłam mu nogi i wylądował na podłodze.  Miałam dzięki temu trochę czasu na ucieczkę. Popędziłam w stronę schodów, ale byłam za wolna.
- Co to miało być?!- krzyczał szarpiąc mnie. Uderzył mnie w twarz pięścią, straciłam równowagę i runęłam schodami w dół. Kręciło mi się w głowie. Nie miałam już siły wstać i się bronić.
                                         Ktoś próbował się dostać do domu. Pukał, dzwonił, ale nikt nie reagował. Ojciec zszedł na dół i minął mnie bez słowa. Gdy otworzył zamknięte na klucz drzwi frontowe mocno się zdziwił.
- Jak mogłeś ty skurwysynie? Jak mogłeś ją bić?! - darł się Shane.
- Nie twoja sprawa smar...- nie dokończył. Otrzymał solidny cios w twarz. Potem dostawał kolejne, Starał się odpowiedzieć na te ataki, ale był bezsilny.
- Jessica, kochanie.- nagle Shane pojawił się obok mnie. - Jestem tu. Już cię stąd zabieram.- podniósł mnie z podłogi i ruszył ku wyjściu. - Zabiorę cię do szpitala. Już będzie dobrze. Zaopiekuje się tobą. Gdybym wiedział wcześniej.
Na zewnątrz czekał na nas Michael i Caroline z samochodem. Zawieźli mnie do szpitala, gdzie opatrzono mi rany oraz robiono różne badania. Po jakiś dwóch godzinach dali mi spokój i mogłam w spokoju poleżeć. W sali siedział oczywiście mój chłopak, trzymając mnie cały czas za rękę.
- Gdybym wcześniej wiedział... Mogłem się domyślić....
- Kochanie, proszę, nie obwiniaj się. To nie twoja wina.
Do pomieszczenia wszedł lekarz.
- Witam. Jessico, jesteś mocno potłuczona, ale nic poza tym. Jeszcze dzisiaj będziemy mogli cię wypisać. Miałaś wiele szczęścia, ale dziecku nic nie zagraża.
- Dziecku?!- spytaliśmy jednocześnie z Shanem.
- To wy nie wiecie? No cóż... Jesteś w trzecim miesiącu ciąży. Może zostawię was samych.- powiedział i wyszedł.
- Co? Ale.... Shane co teraz będzie?- spytałam.
- Ciii.... Spokojnie nie zostawię was. Poradzimy sobie, obiecuje. Nie pozwolę was skrzywdzić. Damy radę.
- On... on... On mnie zabije...- wydukałam z przerażeniem.
- Nie pozwolę, by jeszcze kiedykolwiek cię tknął! Niech tylko się do ciebie zbliży!
- To co zrobimy? On nam nigdy nie pozwoli być razem, a dziecko odda do adopcji. Ja nie chcę...- powiedziałam i objęłam ręką brzuch. Bałam się okropnie. Nastolatka w ciąży, która ma ojca tyrana. Już czułam na sobie te pełne pogardy spojrzenia innych ludzi. Wiedziałam też, że nie pozwolę skrzywdzić tej malutkiej istotki, którą noszę pod sercem. Chciałam ponieść konsekwencję swoich czynów i wychować to dziecko.
- A więc, możemy zrobić tylko jedno. Tylko nie wiem, czy jesteś na to gotowa. Jeśli nie to zrozumiem
- Co takiego?
- Uciekniemy. Wyjedziemy gdzieś, gdzie nas nikt nie znajdzie i zacznijmy wszystko od nowa.
To był szalony pomysł i nie byłam pewna, czy możliwy do zrealizowania. Rozważałam wszystkie za i przeciw, aż w końcu podjęłam decyzję.
- Masz rację. Zróbmy to.


----------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale lepiej późno niż później :P
Bracie dziękuje za piękne słowa, które zapamiętam na zawsze. Dziękuje, że jesteś i, że mogę na ciebie liczyć :)

Oczywiście pozdrowienia dla mojej paczki :P Szczególnie dla Sówci, która męczy mnie o kolejny rozdział <3 Kocham cię wariacie <3

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 11

                     ROZDZIAŁ 11
                Obudziły mnie promienie czerwcowego słońca, głaskające moje policzki. Czułam się wspaniale w ramionach ukochanego. Jednak musiałam je opuścić i tak już wystarczająca nadużył zaufania mojej matki.
                Cichutko wymknęłam się z pokoju. Poszłam pod prysznic. Gorąca woda działała na mnie relaksująco. Wyszłam z łazienki owinięta w ręcznik. Spojrzałam na samą siebie w lustrze. Zastanawiałam się, co Shane we mnie takiego widzi. Brązowe włosy, brązowe oczy, dołeczki w policzkach nie czynią ze mnie kogoś wyjątkowego.
                Poszłam do kuchni, żeby zrobić śniadanie. Tak jak się spodziewałam, zastałam już tam mamę.
- Hej.- przywitałam się odrobinę niepewnie.
- No hej! Jak Shane? Śpi jeszcze?
- Chyba tak... Nie zaglądałam dzisiaj do niego.- skłamałam. Przerażało mnie to jak ostatnimy czasy łatwo przychodziło mi łganie własnej matce. Wmawiałam sobie, że to dla jej dobra. Czasem warto żyć w nieświadomości.
- Skarbie, musimy o czymś porozmawiać...- westchnęła.- Wyjeżdżam na tydzień do San Diego. Czeka mnie tam szkolenie.- to zdecydowanie nie była dobra wiadomość.- A ty przez ten czas będziesz...
-... mieszkać u taty.- dokończyłam za nią.
Skinęła głową na znak, że mam rację.
- Tak mi przykro, kochanie. Wiem, że nie znosisz tam jeździć, ale nie mamy innego wyjścia. Nie mogę nie pojechać. To jest obowiązkowy kurs. Nie martw się to tylko jeden tydzień.
                To tylko tydzień? Ja nie mogłam w towarzystwie ojca wytrzymać sekundy, a co dopiero kilku dni.
- Uśmiechnij się! Może nie będzie tak źle.- próbowała mnie pocieszyć mama. Z marnym skutkiem, ale przecież liczą się dobre chęci.
- Nie przejmuj się mną. Jakoś.... wytrzymam.
                Nie chciałam, żeby się zamartwiała, czy choćby obwiniała. Miała dużo na głowie. Harowała od świtu do nocy, żeby nas utrzymać, jednocześnie starając się poświęcać mi jak najwięcej czasu. Zdecydowanie nie mogłam przytłaczać jej swoimi obawami.
                O siódmej siedziałam już sama na dole. Włączyłam telewizor i przygotowałam śniadanie, które czekało aż Shane się obudzi. On zszedł na dół przed ósmą.
- Heej!- zawołałam.- Masz ochotę na kawę? A może napijesz się czegoś innego?
- Hej kotku. A nie, dzięki.- popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.- Ej co to za mina? Co się stało?- podszedł do mnie i otoczył ramionami.
- Mama wyjeżdża do San Diego na tydzień. Będę przez ten czas mieszkać u tego....- zabrakło mi słowa.
- Nie da się nic zrobić? Nie masz w Chicago jakiejś innej rodziny?
- Nie Shane. Nawet gdyby rodzice Caroline zgodzili się, bym została u nich przez ten czas, to ojciec się na to nie zgodzi. Jak mamy nie ma to on sprawuje nade mną opiekę i tego nie odpuści. Ale proszę, nie rozmawiajmy o tym. Nie chcę teraz o tym myśleć.
- Dobrze.- westchnął.- Pamiętaj, że cię kocham. Jeden twój telefon i cię stamtąd porwę.- poinformował mnie pół żartem pół serio.
- Będę pamiętać.- odpowiedziałam już z uśmiechem na ustach.
                Czarne myśli dotyczące spędzenia tygodnia z człowiekiem, którego z całego serca nienawidziłam zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
                Nie chciałam, aby ten dzień się skończył. Jednak minął mi bardzo szybko... Zdecydowanie za szybko. Jego koniec oznaczał nadejście innego... gorszego.
                Nawet się nie obejrzałam, kiedy nazajutrz stałam z mamą przy taksówce, która miała ją odwieźć na lotnisko.
- Nie martw się słonko. Ten tydzień zleci bardzo szybko.
- Nie przejmuj się tym. Nic mi nie będzie.- zapewniałam i nawet próbowałam się uśmiechnąć, ale głos mi się załamał, a na twarzy pojawił grymas. Starałam się z całych sił nie uronić, ani jednej łzy, ale oczy momentalnie mi się zaszkliły i nie uszło to uwadze mojej mamy.
-Och, kochanie.- powiedziała, czule mnie ściskając.- Wszystko będzie dobrze. To tylko 7 dni. Co się może wydarzyć?- pytała próbując mnie pocieszyć. Ucałowała mnie w oba policzki i wsiadła do samochodu. Patrzyłam jak odjeżdża i kiedy zniknęła mi z oczu. Usiadłam na schodach przed domem i wysłałam sms-a Shanowi, żeby przyszedł
                Zjawił się niemal natychmiast. Mieliśmy jakąś godzinę, by wspólnie spędzić czas.
- Śliczna, może będzie zabawnie? Niepotrzebnie martwisz się na zapas. Przecież nie musisz z nimi cały czas siedzieć. Możesz gdzieś wyjść z domu.
- Jasne.... Pewnie już zaplanowali każdą minutę tygodnia. Będziemy się wspólnie "bawić" i udawać szczęśliwą rodzinkę.- żaliłam się.- Ja tam zwariuję.- powiedziałam i wtuliłam się w mojego chłopaka. Nie musiał nic dodawać. To była kijowa sytuacja i oboje o tym wiedzieliśmy.
- Pamiętaj, wystarczy jeden telefon.- przypomniał, a ja się uśmiechnęłam.
                Tę miłą chwilę przerwał nadjeżdżający samochód ojca i Kate. Wezbrała we mnie wściekłość.
- Oczywiście musiał ją tu przywieźć.- warknęłam.
- Mam już sobie iść?- spytał Shane.- Zrobi się nieprzyjemnie jak mnie zobaczy.
- No i dobrze. Niech patrzy.
                Tak jak się tego spodziewaliśmy, ojciec wyszedł z auta wściekły.
- Jessica! Co ty z nim robisz?! Bierz rzeczy i jazda do auta!
Nie wiem czemu, ale te słowa jakoś mnie rozbawiły.
-Miałeś rację.- zwróciłam się do Shana szeptem.- Już jest zabawnie. Ale na mnie już czas. Muszę iść.- dodałam ze smutkiem.
                Gdy zrobiłam pierwszy krok w kierunku auta, Shane przyciągnął mnie do siebie, wziął na ręce. Aż zabrakło mi tchu, kiedy całował mnie namiętnie i łapczywie.
- Jessica! Jessica!- wołał ojciec, ale dla mnie świat nie istniał, gdy moje usta dotykały najwspanialszych ust na świecie.
- Zostaw ją w spokoju!- rozległ się głos zdecydowanie bliżej. - Łapy precz od mojej córki!- tym razem próbował Shana ode mnie odciągnąć.- Trzymaj się od niej z daleka!
- O ile ona będzie tego chciała, ale jak pan widzisz nie jestem jej obojętny.- drażnił go Shane.- Może, któregoś dnia będę panu mówił "tato".
- Dosyć tego!- ojciec był już na maksa wściekły. Shane wiedziała jak go doprowadzić do białej gorączki.- Nie pozwolę na to! Nie będziecie razem! Nigdy!
                Na te wszystkie jego groźby, kazania itp, tylko prychnęłam. Nie chciało mi się odezwać. Te jego przemówienia na temat co mi wolno, a co nie zaczynały być na porządku dziennym. Ojciec natomiast chciał jak najszybciej odciągnąć mnie od Shana. Szarpnął mnie za rękę, ale wyrwałam się i skradłam ostatniego buziaka mojemu chłopakowi.
- Pa Shane.
- Pa kochanie. Zadzwonię.
- O nie! Nigdzie nie zadzwonisz. Jessica! Idziemy!
                Pomachałam Shanowi z samochodu. Wiedziałam, że nie ominie mnie ojcowska gadka na temat tego co się dzisiaj wydarzyło i jak zawsze, tak i tym razem nie pomyliłam się.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Całujesz się z chłopakiem, z którym podejrzewam, że uprawiałaś sex!- Jego słowa tylko mnie rozbawiły i nie miałam zamiaru tego ukrywać. Nieważne jak beszczelne komu się to wydawało.- Przestań się śmiać! Na dodatek śmiesz mi kłamać prosto w twarz, że do niczego nie doszło!
- Powiedziałam ci już ojcze co cię czeka z mojej strony- wstyd, ból i cierpienie- przypomniałam mu swoje własne słowa.
                Nie skomentował tego. Wiedziałam, że powoli brak mu sił. Zaś Kate była zadowolona z naszej kłótni. Siedziała jak wielka dama, próbując ukryć swoją radość.
                Nim dojechaliśmy na miejsce, ojciec znów był cały w skowronkach.
- Córcia, to będzie wspaniały tydzień!- wykrzyknął z entuzjazmem.- Pomyśl! Tylko ty, ja i Kate.
- Uważasz, że będę z wami spędzać czas i, że mi to sprawia przyjemność? Proszę cię!- zawołałam z irytacją.- W więzieniu byłoby mi lepiej.
- Kochanie...
- Nie mów do mnie kochanie! Tak mogą do mnie tylko mówić dwie osoby- mama i Shane.
- Masz zakaz spotykania się z tym chłopakiem!
Humor ojca w ciągu jednej sekundy zmienił się.
- Rozkazywać to możesz tej lampucerze co koło ciebie siedzi. Shane jest moim chłopakiem i nikt ani nic tego nie zmieni.- odparowałam spokojnie.
- Przez TEN tydzień będziesz robić wszystko na jedno moje i Kate skinienie.
- Zapomnij. Nie myśl, że masz nade mną jakąkolwiek kontrolę.
                Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zamknęłam się w pokoju, który kiedyś nazywałam moim. Teraz tylko- tak jak cały dom- przypominałam mi o bólu jaki sprowadziła na nas Kate, o rozpadzie naszej niegdyś szczęśliwej rodziny oraz o człowieku, który kiedyś był dla mnie wzorem odpowiedzialności, ciepła i bezpieczeństwa.
- Jessica zejdź do nas na dół!- zaczął się dobijać do drzwi nie kto inny niż ów człowiek.- Młoda panno mówię coś do ciebie!
                 Postanowiłam zachować się jeszcze bardziej prowokacyjnie. Wybrałam numer komórki Shana i zadzwoniłam.
- Hej, kochanie!- odezwałam się wystarczająco głośno, by było mnie słychać za drzwiami.
- Jessica! Czy ty rozmawiasz z tym chłopakiem?! Zabroniłem ci!
O tak. Atakowałam go i za każdym razem trafiałam w dziesiątkę.
- Śliczna, czy wszystko ok? Kto się tak drze?
- A jak myślisz. Ten stary playboy tak się wydziera, ale to taki mało znaczący fakt.- dodałam.
- Coś ty o mnie powiedziała!- warknął głos za drzwiami. Przez telefon usłyszałam śmiech.
- Nieźle się wkurzył.- skomentował Shane.
- Wiesz na co mnie stać. Mam do ciebie prośbę, nawiązującą do twojej....
- Kiedy mam po ciebie być.- nie dokończyłam, ponieważ Shane przejrzał mnie na wylot.
- Dam ci jeszcze znać bo wiesz... Jestem na podsłuchu.
- Ok. Czekam w pełnej gotowości na twoje pozwolenie, by cię porwać.
Uśmiechnęłam się na te słowa.
- Możesz mnie porywać, kiedy tylko chcesz.
Oj nie kuś.- zaśmiał się.
- Kocham cię.- w tych dwóch prostych słowach były zawarte wszystkie moje uczucia. Nie było konieczności dodawania czegokolwiek. Mówiły one wszystko.
- Ja ciebie też śliczna. Zawsze będę.- odpowiedział z pełną powagą.
                  W tym całym morzu nieszczęść, Shane był moim kołem ratunkowym. Na począku chciałam siedzieć w pokoju i stamtąd nie wychodzić aż do momentu, w którym miałam uciec na chwilę z Shanem. Jednak byłam straszliwie głodna, a nie miałam zamiaru głodzić się z powodu jakiejś dwójki ludzi.
- O proszę! Wyszła sroka ze swego gniazda!- zawołał ojciec, wstając z krzesła. Wyglądał jakby tylko czekał na moment, w którym staniemy twarzą w twarz.
- O co chodzi?- spytałam z miną niewiniątka.- Rozmawiałam tylko przez telefon. Czy to jakaś zbrodnia?- w moim głosie zabrzmiał sarkazm.
- Nie żartuj sobie ze mnie! Dobrze wiesz o co, a raczej o kogo mi chodzi! A mianowicie o TEGO chłoptasia!
- A co? Zazdrosny jesteś?- zaśmiałam się.- Wściekłość cię rozrywa bo TEN chłoptaś- jak to określiłeś- znaczy dla mnie więcej niż ty kiedykolwiek znaczyłeś i kiedykolwiek będziesz znaczył. Kocham go, a ciebie nienawidzę.- te słowa zabrzmiały w moim ustach jakbym mówiła o czymś naturalnym i może dlatego to tak zabolało ich adresata.- Ta zazdrość niszczy cię od środka bo wiesz, że nie znaczysz dla mnie nic.- dodałam nieco ostrzej.
                  Spojrzenie, którym obdarzył mnie ojciec były pełne bólu i bezsilności. Z całych sił próbował to ukryć, aby wyjść z tej sytuacji z twarzą. Nie miał żadnego pola do manewru.
                  Zrobiłam sobie spaghetti bolognese. Ugotowałam małą porcję, która miała nakarmić tylko mnie. Gospodarze domu jednak łudzili się, że dla nich też wystarczy, gdyż czekali w salonie z przygotowanymi talerzami. Usiadłam obok nich i zaczęłam jeść nie zważając na ich zdziwione miny.
- Ehhm?!
- A my?- spytała Kate.
- Wy?- udałam głupią.
- Tak Jessica, my! Co z kolacją dla nas? Mnie i Kate nie zamierzasz nałożyć?- zdziwił się ojciec.
- Koleś... Widzisz to taka zabawna sytuacja. Postawię sprawę jasno. Jak chcesz coś zjeść to albo rusz swój stary tyłek albo powiedz swojej taniej żonce, by łaskawie przygotowała posiłek. W końcu jesteście małżeństwem. Zrób z nią porządek!
- Oh, jak możesz tak o mnie mówić?- oburzył się obiekt moich zarzutów.
Nie odpowiedziałam jej. Zajęłam się swoim własnoręcznie przygotowanym posiłkiem. Zrezygnowany ojciec poszedł obejrzeć telewizor. Ja kontynuowałam swoją grę i nie posprzątałam po sobie.
- Ej! Co ty sobie wyobrażasz?! Że to hotel? Wróć i posprzątaj!- rozkazywała "pani domu".
- Hehe kawalarz z ciebie Kate!
- Musisz zrobić co ci karzę bo inaczej...
- Bo inaczej co? Dasz mi szlaban? Wyślesz do pokoju? O jeju, aż trzęsę się ze strachu!
                  Kiedy domownicy spędzali czasu ze sobą, ja  wychylałam się zza okna, kombinując jak zejść na dół.
- Skacz, złapię cię!- zawołał Shane.
- No chyba nie! Ten pomysł do mnie nie przemawia!
- No weź głęboki oddech, zamknij oczy i hop. Nie ufasz mi?
                  Ufałam.... Nabrałam powietrza w płuca i skoczyłam. Z całej siły zacisnęłam usta, aby nie wydał się z nich żaden dźwięk alarmujący ojca, że coś jest nie tak, że dzieje się coś na co on nigdy by nie pozwolił.
Shane tak jak obiecał złapał mnie w swoje silne ramiona.
- Widzisz, to nie było takie straszne.- stwierdził, stawiając mnie na ziemi. Wpiłam się w jego usta, domagając się kolejnych pocałunków.
- No hej, też się stęskniłem.- zaśmiał się Shane.
- To, gdzie jedziemy?
- Przychodzi mi do głowy jedno wyjątkowe miejsce.
- Jakie?
- Chodź, zobaczysz.- złapał mnie za rękę i ruszyliśmy- jak się potem okazało- w kierunku jego motoru. W moich rękach znalazł się kask, który bez wahania założyłam.
- Misiek, czy to na pewno jest bezpieczne?
- Śliczna jak najbardziej. Wsiadaj.
Z wielką obawą zrobiłam to o co prosił. Mój strach był niewyobrażalny. Mocno zacisnęłam ręce, wokół bioder chłopaka.
- Słońce to na prawdę jest bezpieczne.- zaśmiał się.
                  Rzeczywiście było. Nigdy nie sądziłam, że jazda na motorze może sprawić tyle przyjemności, szczególnie nocą po oświetlonych ulicach Chicago. Jeździliśmy po całym mieście bez celu. Mogłoby to trwać wiecznie. Nie spodziewałam się, że to mi się spodoba. Jednak po pewnym czasie stanęliśmy przed pewnym budynkiem.
-Misiu... Gdzie jesteśmy?- spytałam.
- No więc wczoraj odstałem pracę i wynająłem mieszkanie. Chcę ci je pokazać.- oparł z uśmiechem.

- Wow. Twoje pierwsze samodzielne gniazdko. Nie powiem, zazdroszczę.
Weszliśmy do budynku. Niestety nie było winy i musieliśmy schodami iść na samą górę. Słabo było z moją kondycją. Nim dotarliśmy na górę byłam cała zdyszana.
- Ale z lokalizacją nie trafiłeś. Szóste piętro... brak windy.... Mam nadzieję, że masz coś do picia.
- Nie bój nic śliczna, znajdzie się coś.

Mieszkanie Shana było nie za duże, ale całkiem przytulne. Sypialnia, salon połączony z kuchnią i łazienka.
- Skarbie, o której mam cię odwieźć do domu?- spytał, podając mi szklankę z sokiem
- Nie mam zamiaru wracać na noc.- powiedziałam po czym upiłam łyk napoju ze szklanki.
- Doprawdy? Nie boisz się?

Pokręciłam głową, a na moje usta wkradł się uwodzicielski uśmiech.
- Mamy całą noc tylko dla siebie.- powiedziałam. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Co ten chłopak ze mną wyczyniał? Nie umiałam przy nim logicznie myśleć. On podszedł do mnie i objął w pasie.
- Chyba wiem jak spożytkować ten czas.- stwierdził i połączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Wiedziałam co będzie dalej.....  

---------------
Przepraszam, że to trwało tak długo. Rozdział powstał już dawno, ale nie chciało mi się go przepisywać. W przyszłym tygodniu kolejna część.
Pozdrowienia dla Bystrzanki, Bąbusia, Dawida i Madzi kocham was<3 Dla Rafika też, ale on na 100% tego nie czyta i dla mojego kochanego Słoneczka, z którym siedzę w ławce na każdej lekcji i, z którym nawet lekcja historii zamienia się w komedię kocham się misiek <3
Dżony napisałam rozdział, czekam na pierwszą lekcję bracie :) xd
Karola obiecałam i napisałam, przepraszam, że czkasz od czerwca <3 Kc <3 Tb należy się szczególna nagroda za wytrwałość