wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział 12

                                      Obudziły mnie upadające sztućce na podłogę i przeklinanie Shana. Wstałam sprawdzić co się dzieje. Poszłam do kuchni i zobaczyłam jak mój ukochany próbuje usmażyć naleśniki, ale nie do końca mu to wychodziło. Podeszłam do niego i przytuliłam się do jego pleców.
- Hej- przywitałam się.
- No hej Śliczna. Obudziłem cię?
- Tak, ale bardziej mnie ciekawi co ty wyczyniasz?
- Wstałem i pomyślałem, że zrobię ci śniadanie, a że lubisz naleśniki to stwierdziłem, że spróbuję je zrobić no, ale widzisz co wyszło- wskazał głową na stos poszarpanych naleśników. Widać było, że to nie jego bajka. - Nie do końca mi się udały.
- Ja myślę, że to słodkie. Za dobre chęci należy ci się całus.
Odwrócił się do mnie, objął w talii i wpił w moje usta. Nie pozostałam mu dłużna,
- Zjedzmy te twoje naleśniki.- wydusiłam z siebie, kiedy oderwałam się od jego ust.
                                      Po śniadaniu, a raczej obiedzie, ponieważ wstałam o 14 poszliśmy do kina, potem na lody, na spacer, na pizze i tak nam minął cały dzień. Mogłabym robić wszystko byleby z Shanem. Jednak w końcu musiałam wracać do domu. Po co odwlekać coś nieuchronnego? Droga do wschodniej części miasta była krótka. Nim się spostrzegłam musiałam ściągać kask.
- I jak? Gotowa na spotkanie z bestią?- spytał Shane.
- Jak na tygodniowe zatwardzenie.- odpowiedziałam z grymasem.- Teraz to dopiero będzie mnie kontrolował. Trudniej będzie się wymykać.- puściłam mu oczko.
- Coś się wymyśli.- skradł mi całusa. Chciał się ode mnie odsunąć, ale pragnęłam więcej. Tych jego malinowych ust nie miałam nigdy dość. Pocałunki, którymi mnie obdarowywał uzależniały.
- Muszę już iść.- powiedziałam tak cicho, że ledwo mnie słyszał.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale jak na razie nie możemy nic zrobić. Nie możesz od niego tak po prostu uciec. Ale obiecuję, że zawsze będę przy tobie, by cię wspierać.
Co mógł więcej zrobić? Nic. Ja także byłam bezradna. Pocieszałam się myślą, że to już nie potrwa długo. Wystarczy, że mama wróci i moje życie choć trochę się ustabilizuje.
Wtuliłam się w ramiona Shana i wciągnęłam zapach jego perfum.
- Jedź ostrożnie.
- Obiecuje.- powiedział na pożegnanie i ucałował mnie w czoło.
Ja ruszyłam na spotkanie nieuniknionego. Nie było sensu tego przedłużać. Wiedziałam co mnie czeka- wielka awantura.
                                      Szłam w kierunku domu jak na ścięcie. Nic dziwnego. Nie czekała mnie tam sielanka, rodzina, czy choćby kochający ojciec. Za drzwiami było moje prywatne piekło, od którego nie było w tej chwili odwrotu, ale do którego musiałam podążyć. Mój strach mimo tego jakie zdanie, miałam o swoim tacie i mojego nastawienia, narastał z każdym krokiem. W momencie naciśnięcia klamki i przekroczenia przeze mnie progu rozpętała się kłótnia.
- Gdzieś ty była całą noc i cały dzień?! Możesz nam to wyjaśnić?! A tak! Tu nie ma co wyjaśniać bo na twoje nieszczęście wiem co robiłaś! Więc, może jak usprawiedliwisz swoje zachowanie?!- warknął gospodarz.
- A co tu usprawiedliwiać?- spytałam niewinnie.
- Jeszcze śmiesz pytać?! Raz, uciekłaś z domu! Dwa, wsiadłaś na motor! Trzy, nie z byle kim tylko z tym chłopakiem, z którym kategorycznie kazałem ci się przestać zadawać! Cztery, nie wróciłaś na noc i Bóg wie co robiłaś!- zaczął wyliczać.- Mam mówić dalej?!
Odpowiedziała mu cisza. Postanowiłam nie kontynuować tej rozmowy. Nie miałam mu nic do powiedzenia, a słuchanie jego kazań i tego jak się bardzo z Kate "martwili" po prostu mnie irytowało.
- Wracaj tu! Nie skończyłem z tobą! Jessica!
Mógł się drzeć. Już przestało to na mnie robić wrażenie. Weszłam po schodach na górę, ale to co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie!
- Gdzie są moje drzwi!- tym razem to ja podniosłam głos, zbiegając na dół.
- O więc jednak potrafisz mówić. Po pierwsze nie wyjaśniłaś swojego zachowania, a po drugie prywatność to przywilej, na który ty nie zasługujesz.
Wszystko się we mnie gotowało.
- Jesteś beznadziejny! Najgorszy ojciec świata! Oj przeprasza, ciebie nawet ojcem nie można nazwać ty kreaturo!
- Licz się ze słowami!
- Bo co?! Nic nie możesz mi zrobić.- powiedziałam, z zaciśniętymi ze złości zębami.- Jeszcze tylko 5 dni. A potem już mnie więcej nie zobaczysz.- wyrzuciłam z siebie i pobiegłam na górę.  Byłam strasznie zmęczona, więc umyłam się i poszłam spać. Nie miałam nawet ochoty zejść cokolwiek zjeść. Kiedy moja głowa opadła na poduszkę, niemalże natychmiast odpłynęłam w krainę snów.
                                 ***
                                      Pięć dni ciągnęło się i ciągnęło, ale w końcu nadeszła upragniona niedziela. Od rana siedziałam spakowana. Tylko raz udało mi się uciec od ojca. Trzy dni wcześniej musiałam z nimi pojechać na zakupy. W supermarkecie był również Shane. Jakoś udało mi się niepostrzeżenie wymknąć, kiedy moi "opiekunowie" dyskutowali o obiedzie. Oczywiście ojciec nie był zadowolony z faktu, że kolejny raz uciekłam ze swoim chłopakiem na motorze. Od tamtej pory pilnował mnie jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, że to w ogóle jest możliwe.  Byłam szczęśliwa wiedząc, że już niedługo moja męka dobiegnie końca. Samolot mamy miał wylądować o 12 więc o 13 mama powinna mnie już odebrać. Czekałam i czekałam, ale ona nie przyjeżdżała. Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, biegłam jak na skrzydłach z wielkim uśmiechem na ustach. Jakże duże było moje zdziwienie, gdy w progu stali funkcjonariusze policji.
- Dzień dobry. Ty jesteś Jessica?- spytał jeden z nich.
- Tak.- odpowiedziałam niepewnie.- O co chodzi?
- Bardzo mi przykro, ale samolot twojej mamy.... rozbił się. Wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu.
W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie, to niemożliwe. Nie! To kłamstwo!- krzyczałam.
- Wiemy co czujesz, ale to niestety jest prawda....
- Nie! Nie. Nie....- zaczęłam szlochać. Moja mama. Moja mama zginęła. To nie mogło być prawdą. Zsunęłam się na podłogę. Ktoś objął mnie z tyłu ramieniem, kiedy zobaczyłam, że to ojciec odskoczyłam od niego jak poparzona.- Nie dotykaj mnie! Nigdy!- warknęłam i pobiegłam na górę. Nie miałam co ze sobą zrobić. Mój jedyny członek rodziny umarł. Zostałam sama. Zastanawiałam się co ze mną będzie. W poduszkę wylewałam hektolitry łez. Bo co innego mi pozostało?
                                      Ponownie usłyszałam jakieś dobijanie się do drzwi, a następnie kłótnie. Mimowolnie zwlekłam się z łóżka i ruszyłam schodami w dół. A w przedpokoju ojciec po raz kolejny musiał udowodnić kto jest górą.
- Proszę mnie do niej puścić! Ona potrzebuje wsparcia, ona potrzebuje mnie!
- Ciebie?! Masz zakaz spotykania się z moją córką chłopcze! Ona potrzebuje rodziny. Mnie i mojej  żony, a nie jakiegoś wyrostka!- dalej brnął w swoje. Kłamstwa. Tylko kłamstwa wychodziły z jego ust, w które wierzył.
Zbiegłam prosto w ramiona Shana.
- Zabierz mnie stąd.- szepnęłam zachrypniętym głosem.
Bez słowa wyprowadził mnie z domu, zawiózł do swojego mieszkania i położył na łóżku. Położył się obok mnie i tulił do siebie, próbując dodać otuchy.
- Dlaczego? Dlaczego ona?- pytałam.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale musisz to przetrwać. Nie chciałaby, żebyś była smutna.
- Co teraz ze mną będzie?
- Nie bój się, jestem przy tobie.- mówił czule.
Miałam dość życia. Tak cholernie obawiałam się co się ze mną stanie. Byłam skazana na ojca i Kate, a za kilka dni miałam pochować najważniejszą osobę w moim życiu.
                                                                            ***
                                       Najbliższe tygodnie. byłe dla mnie koszmarem. A dzień, w którym pożegnałam mamę na zawsze, najgorszym oraz najtrudniejszym jaki kiedykolwiek przeszłam. Musiałam i chciałam sama wszystko zorganizować. Shane, Caroline, Michael byli ze mną przez cały ten czas. Wspierali mnie. Było to dla mnie niezmiernie ważne. Myślałam, że tracąc mamę, tracę jedyną rodzinę, którą dla mnie była. Jednak słowa Shana mocno mnie pokrzepiły " Wiem, że jest ci ciężko, że nie jestem w stanie zrozumieć twojej sytuacji, ale pamiętaj, że zawsze będę cię wspierał i zawsze możesz na mnie liczyć. Pomyśl, że to co do tej pory przeżyłaś jest niczym w  porównaniu z tym co cie czeka. Jeszcze wiele pięknych chwil przed tobą". Te słowa stały się faktem. Był przy mnie i mogłam na niego liczyć w każdym momencie.
                                       Musiałam oczywiście wprowadzić się do ojca i Kate. Konieczność mieszkania z nimi dobijała mnie. Nie czułam się tam jak w domu , dlatego szukałam byle pretekstu by stamtąd wyjść. Żona mojego "kochającego tatusia" nie oszczędzała mnie, a wręcz przeciwnie. Wykorzystywała mój smutek, by dołować mnie jeszcze bardziej, a w towarzystwie swojego męża udawała przejętą, kochającą macochę. Gdy byli sami skarżyła się jak to ona nie stara się dla mnie być wsparciem, które ja odrzucam. Zdążyłam przyzwyczaić się do takiej sytuacji panującej w domu. Jednak z Shanem po pewnym czasie w ogóle nie mogłam się widywać. Czułam się jak na smyczy- pod stałą kontrolą.
                                       Raz miałam tego dość i chciałam po prostu wyjść i się zobaczyć z chłopakiem, ale drogę zagrodził mi ojciec.
- Gdzie to się wybierasz?
- Wychodzę.- powiedziałam i próbowałam go ominąć, ale uniemożliwił mi to.- Puść mnie!
- Znowu chcesz iść do tego chłopaka!
- I co z tego! Zostaw mnie! Nie znaczysz dla mnie nic!- poczułam ostry ból policzka.- Jak mogłeś mnie uderzyć?- spytałam z nie do wierzeniem.
- Powiedz jeszcze raz, że nic dla ciebie nie znaczę, a dopiero ci przyłożę!
- Nic dla mnie nie znaczysz kretynie!- uderzył mnie tym razem mocniej.- No proszę bij mnie dalej ty damski bokserze!- tym razem oberwałam tak mocno, że zatoczyłam się w tył.
- Nie pójdziesz do tego chłopaka! Masz zakaz spotykania się z nim! Jeśli moje słowa cię nie przekonują to muszę użyć innych argumentów.- Szarpnął mnie na rękę i siłą wywlókł na górę. Nie zawrócił uwagi na to, że po drodze potknęłam się na schodach i musi mnie po nich ciągnąć.
- Przemyśl swoje zachowanie.- rzucił spokojnie na odchodne.
Czułam się fatalnie. Nie potrafiłam nawet płakać, byłam przerażona. Nie miałam jak uciec, ani jak skontaktować się z kimkolwiek. Zabrał mi telefon, odciął internet. Innymi słowy zrobił wszystko, aby nie miała łączności ze światem. 
                                        Następne dni, a potem tygodnie były dla mnie koszmarem. Sytuacja powtórzyła się niejednokrotnie. Po pewnym czasie stało się to codzienną rutyną, której nie umiałam przerwać. Byle pretekst był dla niego powodem do tego, aby ponownie zadać mi ból. Nie znał litości. Stał się tyranem, katem, a ja zamykałam się w sobie coraz bardziej. Przestałam szukać pomocy. Nie wierzyłam już w dobre zakończenie. Przyjaciele nie raz próbowali dostać się do mnie do domu, ale on skutecznie im to uniemożliwiał. Kiedyś łaskawie zgodził się, żeby Caroline przynosiła mi notatki z rozpoczynającej się szkoły. Kate maskowała wtedy moje siniki tak, że nic nie było po mnie widać. Sama nie mogłam pisnąć ani słówka, ponieważ byłam pod stała obserwacją, a poza tym... bałam się. Bałam się jak nigdy.
                                         Caroline była pośrednikiem między mną, a Shanem. Wsuwała mi jego listy do notatek tak, żeby ojciec nie zauważył. Wiedziała też, że coś jest nie w porządku, ale strach nie pozwalał mi nić mówić. Pewnego razu siedząc u mnie w pokoju zauważyła moje posiniaczone ciało, gdy bluzka niechcący podwinęła się do góry.
- On cię bije?- powiedziała tak cicho, że ledwo ją słyszałam. Popatrzyłam w jej oczy pełne przerażenia, które wypełniały stopniowo łzy. - Odpowiedz mi, proszę....
- A co tu si dzieje moje panie?! Co wy robicie?-  spytał ojciec, który pojawił się znikąd.
- Co się jej stało? Dlaczego jest tak posiniaczona?- domagała się odpowiedzi moja najlepsza przyjaciółka.
- Nie przesadzaj! Potknęła się niezdara na schodach. Prawda?- rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Niepewnie pokiwałam głową, że ma rację. Wiedziałam co mnie czeka zaraz po wyjściu mojego gościa.
- Widzisz Caroline? Ale przykro mi czas na ciebie.- powiedział stanowczo i wyszedł.
- Idę na policję.
- Nie, Carol proszę. Jemu się upiecze, Po akcji z Adamem nie wierzę, że coś zdziałają. To nic nie da.
- Caroline, mówiłem coś.- pojawił się ponownie ojciec.
- Sprowadzę pomoc. Wymyślę coś.- powiedziała na pożegnanie tak cicho, bym tylko ja mogła ją usłyszeć.
                                         Gdy drzwi za dziewczyną zamknęły się, rozpoczęło się piekło.
- Co ja ci mówiłem?! Że nikt nie może się o tym dowiedzieć! A ty co wyprawiasz?!- darł się po mnie gospodarz domu.- Chyba niejasno się wyraziłem więc muszę użyć innych argumentów.- mówiąc to wyciągnął pas. Cofnęłam się o krok.- Odsłoń plecy.- rozkazał. Próbowałam uciec, ale chwycił mnie za włosy i rzucił na łóżko. Moja głowa niemiłosiernie obiła się o ramę. Dostałam pasem... Raz, drugi trzeci. Musiałam się jakoś wydostać. Podcięłam mu nogi i wylądował na podłodze.  Miałam dzięki temu trochę czasu na ucieczkę. Popędziłam w stronę schodów, ale byłam za wolna.
- Co to miało być?!- krzyczał szarpiąc mnie. Uderzył mnie w twarz pięścią, straciłam równowagę i runęłam schodami w dół. Kręciło mi się w głowie. Nie miałam już siły wstać i się bronić.
                                         Ktoś próbował się dostać do domu. Pukał, dzwonił, ale nikt nie reagował. Ojciec zszedł na dół i minął mnie bez słowa. Gdy otworzył zamknięte na klucz drzwi frontowe mocno się zdziwił.
- Jak mogłeś ty skurwysynie? Jak mogłeś ją bić?! - darł się Shane.
- Nie twoja sprawa smar...- nie dokończył. Otrzymał solidny cios w twarz. Potem dostawał kolejne, Starał się odpowiedzieć na te ataki, ale był bezsilny.
- Jessica, kochanie.- nagle Shane pojawił się obok mnie. - Jestem tu. Już cię stąd zabieram.- podniósł mnie z podłogi i ruszył ku wyjściu. - Zabiorę cię do szpitala. Już będzie dobrze. Zaopiekuje się tobą. Gdybym wiedział wcześniej.
Na zewnątrz czekał na nas Michael i Caroline z samochodem. Zawieźli mnie do szpitala, gdzie opatrzono mi rany oraz robiono różne badania. Po jakiś dwóch godzinach dali mi spokój i mogłam w spokoju poleżeć. W sali siedział oczywiście mój chłopak, trzymając mnie cały czas za rękę.
- Gdybym wcześniej wiedział... Mogłem się domyślić....
- Kochanie, proszę, nie obwiniaj się. To nie twoja wina.
Do pomieszczenia wszedł lekarz.
- Witam. Jessico, jesteś mocno potłuczona, ale nic poza tym. Jeszcze dzisiaj będziemy mogli cię wypisać. Miałaś wiele szczęścia, ale dziecku nic nie zagraża.
- Dziecku?!- spytaliśmy jednocześnie z Shanem.
- To wy nie wiecie? No cóż... Jesteś w trzecim miesiącu ciąży. Może zostawię was samych.- powiedział i wyszedł.
- Co? Ale.... Shane co teraz będzie?- spytałam.
- Ciii.... Spokojnie nie zostawię was. Poradzimy sobie, obiecuje. Nie pozwolę was skrzywdzić. Damy radę.
- On... on... On mnie zabije...- wydukałam z przerażeniem.
- Nie pozwolę, by jeszcze kiedykolwiek cię tknął! Niech tylko się do ciebie zbliży!
- To co zrobimy? On nam nigdy nie pozwoli być razem, a dziecko odda do adopcji. Ja nie chcę...- powiedziałam i objęłam ręką brzuch. Bałam się okropnie. Nastolatka w ciąży, która ma ojca tyrana. Już czułam na sobie te pełne pogardy spojrzenia innych ludzi. Wiedziałam też, że nie pozwolę skrzywdzić tej malutkiej istotki, którą noszę pod sercem. Chciałam ponieść konsekwencję swoich czynów i wychować to dziecko.
- A więc, możemy zrobić tylko jedno. Tylko nie wiem, czy jesteś na to gotowa. Jeśli nie to zrozumiem
- Co takiego?
- Uciekniemy. Wyjedziemy gdzieś, gdzie nas nikt nie znajdzie i zacznijmy wszystko od nowa.
To był szalony pomysł i nie byłam pewna, czy możliwy do zrealizowania. Rozważałam wszystkie za i przeciw, aż w końcu podjęłam decyzję.
- Masz rację. Zróbmy to.


----------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale lepiej późno niż później :P
Bracie dziękuje za piękne słowa, które zapamiętam na zawsze. Dziękuje, że jesteś i, że mogę na ciebie liczyć :)

Oczywiście pozdrowienia dla mojej paczki :P Szczególnie dla Sówci, która męczy mnie o kolejny rozdział <3 Kocham cię wariacie <3

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 11

                     ROZDZIAŁ 11
                Obudziły mnie promienie czerwcowego słońca, głaskające moje policzki. Czułam się wspaniale w ramionach ukochanego. Jednak musiałam je opuścić i tak już wystarczająca nadużył zaufania mojej matki.
                Cichutko wymknęłam się z pokoju. Poszłam pod prysznic. Gorąca woda działała na mnie relaksująco. Wyszłam z łazienki owinięta w ręcznik. Spojrzałam na samą siebie w lustrze. Zastanawiałam się, co Shane we mnie takiego widzi. Brązowe włosy, brązowe oczy, dołeczki w policzkach nie czynią ze mnie kogoś wyjątkowego.
                Poszłam do kuchni, żeby zrobić śniadanie. Tak jak się spodziewałam, zastałam już tam mamę.
- Hej.- przywitałam się odrobinę niepewnie.
- No hej! Jak Shane? Śpi jeszcze?
- Chyba tak... Nie zaglądałam dzisiaj do niego.- skłamałam. Przerażało mnie to jak ostatnimy czasy łatwo przychodziło mi łganie własnej matce. Wmawiałam sobie, że to dla jej dobra. Czasem warto żyć w nieświadomości.
- Skarbie, musimy o czymś porozmawiać...- westchnęła.- Wyjeżdżam na tydzień do San Diego. Czeka mnie tam szkolenie.- to zdecydowanie nie była dobra wiadomość.- A ty przez ten czas będziesz...
-... mieszkać u taty.- dokończyłam za nią.
Skinęła głową na znak, że mam rację.
- Tak mi przykro, kochanie. Wiem, że nie znosisz tam jeździć, ale nie mamy innego wyjścia. Nie mogę nie pojechać. To jest obowiązkowy kurs. Nie martw się to tylko jeden tydzień.
                To tylko tydzień? Ja nie mogłam w towarzystwie ojca wytrzymać sekundy, a co dopiero kilku dni.
- Uśmiechnij się! Może nie będzie tak źle.- próbowała mnie pocieszyć mama. Z marnym skutkiem, ale przecież liczą się dobre chęci.
- Nie przejmuj się mną. Jakoś.... wytrzymam.
                Nie chciałam, żeby się zamartwiała, czy choćby obwiniała. Miała dużo na głowie. Harowała od świtu do nocy, żeby nas utrzymać, jednocześnie starając się poświęcać mi jak najwięcej czasu. Zdecydowanie nie mogłam przytłaczać jej swoimi obawami.
                O siódmej siedziałam już sama na dole. Włączyłam telewizor i przygotowałam śniadanie, które czekało aż Shane się obudzi. On zszedł na dół przed ósmą.
- Heej!- zawołałam.- Masz ochotę na kawę? A może napijesz się czegoś innego?
- Hej kotku. A nie, dzięki.- popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.- Ej co to za mina? Co się stało?- podszedł do mnie i otoczył ramionami.
- Mama wyjeżdża do San Diego na tydzień. Będę przez ten czas mieszkać u tego....- zabrakło mi słowa.
- Nie da się nic zrobić? Nie masz w Chicago jakiejś innej rodziny?
- Nie Shane. Nawet gdyby rodzice Caroline zgodzili się, bym została u nich przez ten czas, to ojciec się na to nie zgodzi. Jak mamy nie ma to on sprawuje nade mną opiekę i tego nie odpuści. Ale proszę, nie rozmawiajmy o tym. Nie chcę teraz o tym myśleć.
- Dobrze.- westchnął.- Pamiętaj, że cię kocham. Jeden twój telefon i cię stamtąd porwę.- poinformował mnie pół żartem pół serio.
- Będę pamiętać.- odpowiedziałam już z uśmiechem na ustach.
                Czarne myśli dotyczące spędzenia tygodnia z człowiekiem, którego z całego serca nienawidziłam zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
                Nie chciałam, aby ten dzień się skończył. Jednak minął mi bardzo szybko... Zdecydowanie za szybko. Jego koniec oznaczał nadejście innego... gorszego.
                Nawet się nie obejrzałam, kiedy nazajutrz stałam z mamą przy taksówce, która miała ją odwieźć na lotnisko.
- Nie martw się słonko. Ten tydzień zleci bardzo szybko.
- Nie przejmuj się tym. Nic mi nie będzie.- zapewniałam i nawet próbowałam się uśmiechnąć, ale głos mi się załamał, a na twarzy pojawił grymas. Starałam się z całych sił nie uronić, ani jednej łzy, ale oczy momentalnie mi się zaszkliły i nie uszło to uwadze mojej mamy.
-Och, kochanie.- powiedziała, czule mnie ściskając.- Wszystko będzie dobrze. To tylko 7 dni. Co się może wydarzyć?- pytała próbując mnie pocieszyć. Ucałowała mnie w oba policzki i wsiadła do samochodu. Patrzyłam jak odjeżdża i kiedy zniknęła mi z oczu. Usiadłam na schodach przed domem i wysłałam sms-a Shanowi, żeby przyszedł
                Zjawił się niemal natychmiast. Mieliśmy jakąś godzinę, by wspólnie spędzić czas.
- Śliczna, może będzie zabawnie? Niepotrzebnie martwisz się na zapas. Przecież nie musisz z nimi cały czas siedzieć. Możesz gdzieś wyjść z domu.
- Jasne.... Pewnie już zaplanowali każdą minutę tygodnia. Będziemy się wspólnie "bawić" i udawać szczęśliwą rodzinkę.- żaliłam się.- Ja tam zwariuję.- powiedziałam i wtuliłam się w mojego chłopaka. Nie musiał nic dodawać. To była kijowa sytuacja i oboje o tym wiedzieliśmy.
- Pamiętaj, wystarczy jeden telefon.- przypomniał, a ja się uśmiechnęłam.
                Tę miłą chwilę przerwał nadjeżdżający samochód ojca i Kate. Wezbrała we mnie wściekłość.
- Oczywiście musiał ją tu przywieźć.- warknęłam.
- Mam już sobie iść?- spytał Shane.- Zrobi się nieprzyjemnie jak mnie zobaczy.
- No i dobrze. Niech patrzy.
                Tak jak się tego spodziewaliśmy, ojciec wyszedł z auta wściekły.
- Jessica! Co ty z nim robisz?! Bierz rzeczy i jazda do auta!
Nie wiem czemu, ale te słowa jakoś mnie rozbawiły.
-Miałeś rację.- zwróciłam się do Shana szeptem.- Już jest zabawnie. Ale na mnie już czas. Muszę iść.- dodałam ze smutkiem.
                Gdy zrobiłam pierwszy krok w kierunku auta, Shane przyciągnął mnie do siebie, wziął na ręce. Aż zabrakło mi tchu, kiedy całował mnie namiętnie i łapczywie.
- Jessica! Jessica!- wołał ojciec, ale dla mnie świat nie istniał, gdy moje usta dotykały najwspanialszych ust na świecie.
- Zostaw ją w spokoju!- rozległ się głos zdecydowanie bliżej. - Łapy precz od mojej córki!- tym razem próbował Shana ode mnie odciągnąć.- Trzymaj się od niej z daleka!
- O ile ona będzie tego chciała, ale jak pan widzisz nie jestem jej obojętny.- drażnił go Shane.- Może, któregoś dnia będę panu mówił "tato".
- Dosyć tego!- ojciec był już na maksa wściekły. Shane wiedziała jak go doprowadzić do białej gorączki.- Nie pozwolę na to! Nie będziecie razem! Nigdy!
                Na te wszystkie jego groźby, kazania itp, tylko prychnęłam. Nie chciało mi się odezwać. Te jego przemówienia na temat co mi wolno, a co nie zaczynały być na porządku dziennym. Ojciec natomiast chciał jak najszybciej odciągnąć mnie od Shana. Szarpnął mnie za rękę, ale wyrwałam się i skradłam ostatniego buziaka mojemu chłopakowi.
- Pa Shane.
- Pa kochanie. Zadzwonię.
- O nie! Nigdzie nie zadzwonisz. Jessica! Idziemy!
                Pomachałam Shanowi z samochodu. Wiedziałam, że nie ominie mnie ojcowska gadka na temat tego co się dzisiaj wydarzyło i jak zawsze, tak i tym razem nie pomyliłam się.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Całujesz się z chłopakiem, z którym podejrzewam, że uprawiałaś sex!- Jego słowa tylko mnie rozbawiły i nie miałam zamiaru tego ukrywać. Nieważne jak beszczelne komu się to wydawało.- Przestań się śmiać! Na dodatek śmiesz mi kłamać prosto w twarz, że do niczego nie doszło!
- Powiedziałam ci już ojcze co cię czeka z mojej strony- wstyd, ból i cierpienie- przypomniałam mu swoje własne słowa.
                Nie skomentował tego. Wiedziałam, że powoli brak mu sił. Zaś Kate była zadowolona z naszej kłótni. Siedziała jak wielka dama, próbując ukryć swoją radość.
                Nim dojechaliśmy na miejsce, ojciec znów był cały w skowronkach.
- Córcia, to będzie wspaniały tydzień!- wykrzyknął z entuzjazmem.- Pomyśl! Tylko ty, ja i Kate.
- Uważasz, że będę z wami spędzać czas i, że mi to sprawia przyjemność? Proszę cię!- zawołałam z irytacją.- W więzieniu byłoby mi lepiej.
- Kochanie...
- Nie mów do mnie kochanie! Tak mogą do mnie tylko mówić dwie osoby- mama i Shane.
- Masz zakaz spotykania się z tym chłopakiem!
Humor ojca w ciągu jednej sekundy zmienił się.
- Rozkazywać to możesz tej lampucerze co koło ciebie siedzi. Shane jest moim chłopakiem i nikt ani nic tego nie zmieni.- odparowałam spokojnie.
- Przez TEN tydzień będziesz robić wszystko na jedno moje i Kate skinienie.
- Zapomnij. Nie myśl, że masz nade mną jakąkolwiek kontrolę.
                Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zamknęłam się w pokoju, który kiedyś nazywałam moim. Teraz tylko- tak jak cały dom- przypominałam mi o bólu jaki sprowadziła na nas Kate, o rozpadzie naszej niegdyś szczęśliwej rodziny oraz o człowieku, który kiedyś był dla mnie wzorem odpowiedzialności, ciepła i bezpieczeństwa.
- Jessica zejdź do nas na dół!- zaczął się dobijać do drzwi nie kto inny niż ów człowiek.- Młoda panno mówię coś do ciebie!
                 Postanowiłam zachować się jeszcze bardziej prowokacyjnie. Wybrałam numer komórki Shana i zadzwoniłam.
- Hej, kochanie!- odezwałam się wystarczająco głośno, by było mnie słychać za drzwiami.
- Jessica! Czy ty rozmawiasz z tym chłopakiem?! Zabroniłem ci!
O tak. Atakowałam go i za każdym razem trafiałam w dziesiątkę.
- Śliczna, czy wszystko ok? Kto się tak drze?
- A jak myślisz. Ten stary playboy tak się wydziera, ale to taki mało znaczący fakt.- dodałam.
- Coś ty o mnie powiedziała!- warknął głos za drzwiami. Przez telefon usłyszałam śmiech.
- Nieźle się wkurzył.- skomentował Shane.
- Wiesz na co mnie stać. Mam do ciebie prośbę, nawiązującą do twojej....
- Kiedy mam po ciebie być.- nie dokończyłam, ponieważ Shane przejrzał mnie na wylot.
- Dam ci jeszcze znać bo wiesz... Jestem na podsłuchu.
- Ok. Czekam w pełnej gotowości na twoje pozwolenie, by cię porwać.
Uśmiechnęłam się na te słowa.
- Możesz mnie porywać, kiedy tylko chcesz.
Oj nie kuś.- zaśmiał się.
- Kocham cię.- w tych dwóch prostych słowach były zawarte wszystkie moje uczucia. Nie było konieczności dodawania czegokolwiek. Mówiły one wszystko.
- Ja ciebie też śliczna. Zawsze będę.- odpowiedział z pełną powagą.
                  W tym całym morzu nieszczęść, Shane był moim kołem ratunkowym. Na począku chciałam siedzieć w pokoju i stamtąd nie wychodzić aż do momentu, w którym miałam uciec na chwilę z Shanem. Jednak byłam straszliwie głodna, a nie miałam zamiaru głodzić się z powodu jakiejś dwójki ludzi.
- O proszę! Wyszła sroka ze swego gniazda!- zawołał ojciec, wstając z krzesła. Wyglądał jakby tylko czekał na moment, w którym staniemy twarzą w twarz.
- O co chodzi?- spytałam z miną niewiniątka.- Rozmawiałam tylko przez telefon. Czy to jakaś zbrodnia?- w moim głosie zabrzmiał sarkazm.
- Nie żartuj sobie ze mnie! Dobrze wiesz o co, a raczej o kogo mi chodzi! A mianowicie o TEGO chłoptasia!
- A co? Zazdrosny jesteś?- zaśmiałam się.- Wściekłość cię rozrywa bo TEN chłoptaś- jak to określiłeś- znaczy dla mnie więcej niż ty kiedykolwiek znaczyłeś i kiedykolwiek będziesz znaczył. Kocham go, a ciebie nienawidzę.- te słowa zabrzmiały w moim ustach jakbym mówiła o czymś naturalnym i może dlatego to tak zabolało ich adresata.- Ta zazdrość niszczy cię od środka bo wiesz, że nie znaczysz dla mnie nic.- dodałam nieco ostrzej.
                  Spojrzenie, którym obdarzył mnie ojciec były pełne bólu i bezsilności. Z całych sił próbował to ukryć, aby wyjść z tej sytuacji z twarzą. Nie miał żadnego pola do manewru.
                  Zrobiłam sobie spaghetti bolognese. Ugotowałam małą porcję, która miała nakarmić tylko mnie. Gospodarze domu jednak łudzili się, że dla nich też wystarczy, gdyż czekali w salonie z przygotowanymi talerzami. Usiadłam obok nich i zaczęłam jeść nie zważając na ich zdziwione miny.
- Ehhm?!
- A my?- spytała Kate.
- Wy?- udałam głupią.
- Tak Jessica, my! Co z kolacją dla nas? Mnie i Kate nie zamierzasz nałożyć?- zdziwił się ojciec.
- Koleś... Widzisz to taka zabawna sytuacja. Postawię sprawę jasno. Jak chcesz coś zjeść to albo rusz swój stary tyłek albo powiedz swojej taniej żonce, by łaskawie przygotowała posiłek. W końcu jesteście małżeństwem. Zrób z nią porządek!
- Oh, jak możesz tak o mnie mówić?- oburzył się obiekt moich zarzutów.
Nie odpowiedziałam jej. Zajęłam się swoim własnoręcznie przygotowanym posiłkiem. Zrezygnowany ojciec poszedł obejrzeć telewizor. Ja kontynuowałam swoją grę i nie posprzątałam po sobie.
- Ej! Co ty sobie wyobrażasz?! Że to hotel? Wróć i posprzątaj!- rozkazywała "pani domu".
- Hehe kawalarz z ciebie Kate!
- Musisz zrobić co ci karzę bo inaczej...
- Bo inaczej co? Dasz mi szlaban? Wyślesz do pokoju? O jeju, aż trzęsę się ze strachu!
                  Kiedy domownicy spędzali czasu ze sobą, ja  wychylałam się zza okna, kombinując jak zejść na dół.
- Skacz, złapię cię!- zawołał Shane.
- No chyba nie! Ten pomysł do mnie nie przemawia!
- No weź głęboki oddech, zamknij oczy i hop. Nie ufasz mi?
                  Ufałam.... Nabrałam powietrza w płuca i skoczyłam. Z całej siły zacisnęłam usta, aby nie wydał się z nich żaden dźwięk alarmujący ojca, że coś jest nie tak, że dzieje się coś na co on nigdy by nie pozwolił.
Shane tak jak obiecał złapał mnie w swoje silne ramiona.
- Widzisz, to nie było takie straszne.- stwierdził, stawiając mnie na ziemi. Wpiłam się w jego usta, domagając się kolejnych pocałunków.
- No hej, też się stęskniłem.- zaśmiał się Shane.
- To, gdzie jedziemy?
- Przychodzi mi do głowy jedno wyjątkowe miejsce.
- Jakie?
- Chodź, zobaczysz.- złapał mnie za rękę i ruszyliśmy- jak się potem okazało- w kierunku jego motoru. W moich rękach znalazł się kask, który bez wahania założyłam.
- Misiek, czy to na pewno jest bezpieczne?
- Śliczna jak najbardziej. Wsiadaj.
Z wielką obawą zrobiłam to o co prosił. Mój strach był niewyobrażalny. Mocno zacisnęłam ręce, wokół bioder chłopaka.
- Słońce to na prawdę jest bezpieczne.- zaśmiał się.
                  Rzeczywiście było. Nigdy nie sądziłam, że jazda na motorze może sprawić tyle przyjemności, szczególnie nocą po oświetlonych ulicach Chicago. Jeździliśmy po całym mieście bez celu. Mogłoby to trwać wiecznie. Nie spodziewałam się, że to mi się spodoba. Jednak po pewnym czasie stanęliśmy przed pewnym budynkiem.
-Misiu... Gdzie jesteśmy?- spytałam.
- No więc wczoraj odstałem pracę i wynająłem mieszkanie. Chcę ci je pokazać.- oparł z uśmiechem.

- Wow. Twoje pierwsze samodzielne gniazdko. Nie powiem, zazdroszczę.
Weszliśmy do budynku. Niestety nie było winy i musieliśmy schodami iść na samą górę. Słabo było z moją kondycją. Nim dotarliśmy na górę byłam cała zdyszana.
- Ale z lokalizacją nie trafiłeś. Szóste piętro... brak windy.... Mam nadzieję, że masz coś do picia.
- Nie bój nic śliczna, znajdzie się coś.

Mieszkanie Shana było nie za duże, ale całkiem przytulne. Sypialnia, salon połączony z kuchnią i łazienka.
- Skarbie, o której mam cię odwieźć do domu?- spytał, podając mi szklankę z sokiem
- Nie mam zamiaru wracać na noc.- powiedziałam po czym upiłam łyk napoju ze szklanki.
- Doprawdy? Nie boisz się?

Pokręciłam głową, a na moje usta wkradł się uwodzicielski uśmiech.
- Mamy całą noc tylko dla siebie.- powiedziałam. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Co ten chłopak ze mną wyczyniał? Nie umiałam przy nim logicznie myśleć. On podszedł do mnie i objął w pasie.
- Chyba wiem jak spożytkować ten czas.- stwierdził i połączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Wiedziałam co będzie dalej.....  

---------------
Przepraszam, że to trwało tak długo. Rozdział powstał już dawno, ale nie chciało mi się go przepisywać. W przyszłym tygodniu kolejna część.
Pozdrowienia dla Bystrzanki, Bąbusia, Dawida i Madzi kocham was<3 Dla Rafika też, ale on na 100% tego nie czyta i dla mojego kochanego Słoneczka, z którym siedzę w ławce na każdej lekcji i, z którym nawet lekcja historii zamienia się w komedię kocham się misiek <3
Dżony napisałam rozdział, czekam na pierwszą lekcję bracie :) xd
Karola obiecałam i napisałam, przepraszam, że czkasz od czerwca <3 Kc <3 Tb należy się szczególna nagroda za wytrwałość

wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 10

                                                             ROZDZIAŁ 10
               Przez miesiąc chodziłam codziennie do szpitala. Jednak Shane nie obudził się. Nie traciłam nadziei, że w końcu otworzy oczy, ale to oczekiwanie było bardzo męczące, a na dodatek dręczyło mnie poczucie winy... Zdawałam sobie sprawę, że to przeze mnie Shane jest w stanie jakim jest i nie mogę niczego zmienić. Zastanawiałam się co powiem rodzinie Shana, kiedy przyjdzie go odwiedzić, ale nikt się nie zjawił. Byłam zdziwiona i jednocześnie zszokowana.
               Pewnego razu, kiedy wróciłam do domu i poszłam do swojego pokoju, zobaczyłam, że na mojej poduszce leży list. Zdziwiło mnie to i przeraziło. Byłam sama więc stałam przez chwilę jak sparaliżowana. Podeszłam do łóżka bardzo powoli i niechętnie sięgnęłam po wiadomość, a gdy zobaczyłam jej treść zamarłam. Brzmiała ona tak: "Nie myśl, że o tobie zapomniałem. Nadal pamiętam co zrobiłaś i co tego ani nie wybaczę, ani nie zapomnę. Kara cię nie ominie, a ty ją tylko odwlekasz. Nic cię przede mną nie ochroni"
               Nie zastanawiałam się w ogóle. Zadzwoniłam do detektywa Laterla. Gdy go o wszystkim zawiadomiłam, zbiegłam do kuchni i wyciągnęłam nóż. Trzęsłam się ze strachu. Byłam przerażona. Policjant przyjechał w ciągu niecałych pięciu minut, ale każda sekunda oczekiwania wydawała mi się wiecznością. Pan Laterla sprawdził wraz z ekipą cały dom, zdjęli odciski palców i szukali jakichkolwiek innych tropów. 
- Nie martw się znajdziemy ich.- zapewniał detektyw.
- Słyszę to już od miesiąca.- byłam zmęczona całą tą sytuacją. 
               Następnego dnia jak zawsze wybrałam się do Shana. Jak co dzień nie było żadnej zmiany. Leżał jak zawsze. Wyglądał tak mizernie, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać, ale jednocześnie emanowała z niego siła, która pozwoliła mu przetrwać. 
               Podeszłam do łóżka mojego chłopaka, dałam mu buziaka w usta i chwyciłam za rękę. Nienawidziłam swojej bezsilności. 
- Tak bym chciała, żebyś się obudził....- szepnęłam. 
               Wyciągnęłam książkę oraz gazetę i jak zwykle zaczęłam czytać na głos. Lekarze powiedzieli, że niektórzy zachowują świadomość i słyszą co się wokół nich dzieje. Wyobraziłam sobie jakie to musi być fatalne uczucie słyszeć wszystko i nie móc kompletnie nic zrobić. 
               Po kilku godzinach ciągłego czytania zrobiłam sobie przerwę. Nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam, ale w pewnym momencie moje oczy same się zamknęły. Gdy już się obudziłam za oknem panowała kompletna ciemność. Nie byłabym w stanie zrobić kroku choćby w ten mrok więc postanowiłam zostać z Shanem na noc. Pracownicy szpitala już się przyzwyczaili do mojej obecności w nocy i po pewnym czasie nawet nie próbowali mnie z niego wyganiać. 
               Tylko raz musiałam iść do toalety. Kiedy z niej wracałam czyjaś ręka mocno mnie chwyciła. Nogi miałam jak z waty.
- Myślałaś, że nam się wywiniesz?- zacharczał czyjś obrzydliwy głos do mojego ucha.
- Paul.- przeraziłam się.
- Tak to ja. Co sobie wyobrażałaś? Że jesteś bezpieczna? O nie! Załatwimy ciebie.
- Gdzie Adam?
- A jak myślisz?!- zaśmiał się.
               Wpadłam w panikę. Adam chciał nie tylko zemścić się na mnie. Chciał zabić Shana! Mojego Shana!
- Zabijcie mnie, ale zostawcie jego! Błagam!
- Oj, nie martw się! Ciebie też nie ominie kara.- powiedział czule.
- To znaczy?- wolałam wiedzieć co mnie czeka.
- Będziesz zmuszona bezczynnie patrzeć, jak Adam pozbawia twojego chłoptasia ostatniego tchu.- oznajmił Paul.- A potem.... Kto wie?
               Paul zaczął mnie popychać w kierunku sali Shana. Byłam uwięziona w jego żelaznym uścisku. 
               Gdy byliśmy już blisko "celu", usłyszeliśmy odgłosy szarpaniny. 
- Co jest?- spytał sam siebie zdziwiony. Wparowaliśmy oboje do sali i zobaczyliśmy ich- Shana i Adam szarpiących się na podłodze. Adam próbował zadźgać Shana nożem, a ten z trudem się bronił. Szczęście w nieszczęściu, że się w ogóle obudził i był w stanie stawiać opór.
               Paul był w szoku. Nie spodziewał sie takiego obrotu spraw. Postanowiłam to wykorzystać. Zamachnęłam się i z całej siły kopnęłam go w krocze. On zajęczał z bólu i padł na podłogę. 
               Skoczyłam na plecy Adama i zaczęłam go dusić, ale niewiele to dało. Miałam za słabe ręce. Nie wiedziałam co robić, zatem nie długo się zastanawiając ugryzłam go w szyję.
-Aaaaaaa!- zawył mój ex z bólu.
               Paul podniósł się. Podbiegł do mnie i chwytając za włosy, rzucił i ścianę. Cały świat zawirował. Czułam jak jakaś ciecz płynie mi po twarzy.
- Jess!- usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Nie byłam w stanie się ruszyć, czy chociaż odpowiedzieć. Mogłam tylko obserwować dziejące się na moich oczach wydarzenia. 
- Trzymaj go!- zawarczał Adam, a Paul posłusznie wykonał jego polecenie. Gdy już Shane nie mógł się oswobodzić, Adam podszedł do mnie i przykucnął.
- Nasłałaś na mnie gliny. Zostawiłaś mnie i nie chciałaś do mnie wrócić. Ośmieszyłaś przy całej szkole. Chodzisz z moim kuzynem ćpunem.- mówił to nieprzerwanie. Kiedy skończył uderzył mnie pięścią w twarz. 
- Jeśli przeprosisz i wrócisz do mnie, zapomnę o twych złych uczynkach względem mnie. Uciekniemy i będziemy razem. Widzisz jaki jestem wspaniałomyślny? Wystarczy, że będziesz moja.- mówił o nas jak o jakiejś pięknej idei. 
- Adam....- szepnęłam.- Zabierz mnie stąd. Przepraszam. To się więcej nie powtórzy. Kocham się. Wybacz mi!
               Spojrzałam w oczy Shana i zobaczyłam w nich ból. Adam tymczasem podniósł mnie delikatnie z podłogi.
- No i widzisz! Po co było się tak skarbie wygłupiać?- spytał mnie czule.- A ty?!- zawarczał na Shana.- Co z tobą! Nie pokonasz prawdziwej miłości! Ja i Jessica to coś nierozerwalnego! Na zawsze razem!
               Shane nawet na niego nie popatrzył. Wbił we mnie swój smutny wzrok. 
- Adam zostaw go! Chodźmy już...- błagałam. 
- Jak sobie życzysz skarbie. 
               Adam objął mnie w pasie i nachylił się nade mną, chcąc mnie pocałować. Gdy nasze twarze dzieliła tylko kilkumilimetrowa przestrzeń..... Wzięłam co było pod ręką i uderzyłam go w jego głupi, pusty łeb, a na dokładkę kiedy leżał na podłodze otrzymał parę kopniaków, a następnie podarunek w postaci spadającego krzesła. 
- Ty parszywa kreaturo! Nigdy nie będziemy razem! Nienawidzę cię! Nigdy nie będę twoja!
               Tymczasem Shane uwolnił się z uścisku Paula, który mógł już tylko odepchnąć rywala i wraz z Adamem uciekać.   
               Nogi miałam jak z waty. Upadłam na podłogę. Nie wiedziałam do końca co się w okół mnie dzieje.
               Shane podbiegł do mnie i zaczął coś do mnie mówić. Po chwili zaroiło się w sali od lekarzy i pielęgniarek. Zabrali mnie do jakiegoś innego pomieszczenia i zaczęli robić opatrunki. Opatrzyli mi ranę na głowie i przyłożyli lodu do oka. Po krótkim czasie doszłam do siebie. 
               Kiedy chciałam już wychodzić, policja mnie zatrzymała, aby spisać zeznania. Zrelacjonowałam im bardzo szczegółowo to co się stało w sali Shana. Jakby tego przesłuchania było mało, moja mama wpadła do szpitala przerażona. Natychmiast wysłała mnie na rozmowę ze szpitalnym psychologiem.
               Musiałam wszystkich po kolei przekonywać, że nic mi nie jest, a jedyne czego pragnę, to zobaczyć Shana.
               Gdy w końcu mnie puścili poprosiłam mamę, żeby dała nam trochę prywatności. Zrozumiała to i poszła do kawiarenki. 
                Wychodząc z gabinetu zobaczyłam go! Już był przebrany w swoje ubrania. Wstał i zaczął iść w moim kierunku. Na jego twarzy zagościł szeroki, promienny uśmiech. Zaczęłam biec w jego kierunku... Gdy już był bardzo blisko skoczyłam mu w ramiona. Czas stanął w miejscu. To wszystko wydawało się tak nierealne... Tak niemożliwe. 
- Shane... Przepraszam.- powiedziałam ze łzami w oczach. 
- Jessica... Za co? Kochanie, nie masz za co przepraszać....- wyszeptał czule, a jego oddech pieścił mi szyję.
                Potem pocałował mnie tak namiętnie i zachłannie jak nigdy. Nie chciałam by ta chwila kiedykolwiek się kończyła. Bałam się że nigdy nie będzie w stanie mnie dotknąć, przytulić.
                Wszyscy patrzyli na nas, ale miałam to gdzieś. Liczył się tylko Shane. To, że był ze mną i jego ciepłe usta...
- Jess, kocham cię. Wiem, że ci tego nigdy nie powiedziałem i bałem się, że nigdy już nie będę mógł tego wyznać. Kocham cię nad życie. Zrobię dla ciebie wszystko.
- Ja ciebie też Shane. Jesteś tym jedynym. Tylko proszę.... Nie zostawiaj mnie. Bez ciebie moje życie nie ma sensu. 
- Będę już zawsze przy tobie. 
- Zawsze?- spytałam z obawą.
- Zawsze.- Obiecał.
                Staliśmy jeszcze długą chwilę na korytarzu szpitala objęci. 
- Ekhm. Przepraszam, ale musicie iść do swoich sal.- Poinformowała nas pielęgniarka.
- Musimy?- zdziwiłam się.
- Tak, ale tylko na jedną noc. Przygotuję ci salę.
- Nie może spać w mojej sali.
- Nie może! Gdyby ordynator się dowiedział, że dziewczyna jest na męskim oddziale, wyrzucił by mnie z pracy!
                Postawiliśmy na swoim. Kiedy wszystkie światła zgasły po prosty podreptałam do sali Shana i wślizgnęłam się w jego ramiona i niemal natychmiast zasnęłam.
                Przyjemnie mi było w objęciach Shana. Nie chciałam się budzić, ale mimo wszystko nasz sen zakłóciły jakieś głosy.
- Michael! Cicho!- krzyczał ktoś szeptem.
- Nie moja wina. Spoko śpią jak zabici.
- Wcale nie śpimy. Dzięki Caroline za twoją troskę.- odezwał się Shane. 
- Sorki.
                Caroline i Michael stali przy naszym łóżku uśmiechnięci jak nigdy. 
- Jak się czujesz Jess?- spytała Caroline.
- W porządkuu.
- To dobrze, A ty słońce jak się czujesz?- zwróciła się do Shana. Wszyscy się zdziwiliśmy. Przecież ona nienawidziła Shana.
- Wiesz przed chwilą było wszystko ok, ale teraz jestem w dość wielkim szoku. 
                Zapadła cisza wypełniona ukradkowymi spojrzeniami Michaela i Carol na mnie i Shana. 
- Może skoczymy na pizze? Zmizernieliście ostatnio.- zaproponował Michael. 
- Pewnie stary. Jestem głodny, a szpitalne jedzenie nie wygląda zbyt apetycznie i jeszcze te małe porcje! Nawet chomik się by tym nie najadł.
                Gdy już załatwiono wszystkie formalności wyszliśmy we czwórkę ze szpitala i udaliśmy się do kafejki Sharon. Dzień był piękny. Słońce ogrzewało nasze twarze. Nie mogłabym sobie wyobrazić bardziej idealnego popołudnia. Kiedy dotarliśmy na miejsce zajęliśmy stolik przy oknie. 
- Co zamawiacie?- spytałam.
- Ja wezmę pizze z salami, hamburgera, frytki, tortille, cole, shaka czekoladowego i szarlotkę z lodami.
- Jak masz zamiar to zjeść?- nie dowierzałam. Jak można tyle wcisnąć w siebie. Na dodatek chłopaki zamówili to samo i zrobili zawody, kto więcej zje. 
- Przestańcie to obrzydliwe!- protestowała Caroline. 
- Kotku, ty po prostu nie rozumiesz potrzeb prawdziwego mężczyzny.
                Z knajpy wyszliśmy w okolicach godziny piętnastej i ruszyliśmy do naszych domów ulicami Chicago. Pierwsze trafiliśmy pod mój adres.
- Wjedziecie?- spytałam Micheala i Caroline.
- To miłe z waszej strony, ale wiemy, że chcecie pobyć sami po tym co przeszliście.- odmówiła grzecznie Carol. Byłam jej za to wdzięczna. W głębi serca miałam nadzieję, że to powie.
                Pożegnaliśmy się i każdy odszedł w swoim kierunku. Kiedy otworzyłam drzwi, mama już zabierała się do wyjścia.
- O dzieci! Już jesteście? W lodówce macie lazanię, jak będziecie głodni, a na kuchence stoi ciasto. Ja już wychodzę do pracy.
- Nie martw się mamo. Poradzimy sobie.
- Wiem, wiem. Ja się śpieszę, zaraz się spóźnię. Pa!- krzyknęła i zamknęła za sobą drzwi. Usłyszeliśmy jak uruchamia silnik i odjeżdża.
- Jesteśmy sami.- powiedział Shane zalotnie. Zaśmiałam się. 
- I co zrobimy z tym fantem?
- No nie wiem, nie wiem. 
                Zrobiłam krok w jego kierunku. Nasze twarze dzieliły już tylko centymetry.
- Wszystko zależy od ciebie.- szepnęłam.
- Ale ja mam bardzo, bardzo brudne myśli.- powiedział przybliżając się do mnie i zmniejszając przestrzeń między nami.
- Mrrr... Kuszące.
                Nasze usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Nie odrywając swoich warg od moich Shane, wziął mnie na ręce i zaniósł do mojego pokoju, a potem położył delikatnie na łóżku. Wszystko działo się tak szybko. Po chwili leżeliśmy w samej bieliźnie, a Shane zaczął obsypywać moje ciało pocałunkami. 
                Nadużyłam zaufania mojej mamy. Złamałam wszystkie zasady, ale te emocje... Wystarczyła iskra, by wybuchły wielkim płomieniem pożądania. Wszystkie te doznania były tak intensywne. Każdy nawet najmniejszy ruch, czy dotyk Shana sprawił mi ogromną przyjemność. 
                Zaczęliśmy posuwać się dalej i dalej. Nie było odwrotu, którego żadne z nas nie chciało. Pragnęłam tego. Pragnęłam by mnie dotykał. Pragnęłam by mnie pożądał. 
                Po chwili leżałam już pod Shanem bez bielizny. Czułam jak się rumienię. 
- Jesteś taka piękna... Taka doskonała....- szeptał.
                To była miłość. Miłość popchnęła nam ku sobie. I to właśnie ona wzięła górę nad wstydem, który mnie ogarniał. Objęłam mego ukochanego za szyję i splotłam nogi na jego biodrach. 
- Oh.... Shane...
                Wszystko było takie piękne, że aż momentami nierealne. Ja i Shane- razem- coś oczywistego. Nasze ciała idealnie do siebie pasowały. Czułam się bezpieczna i kochana. Czułam rozkosz wynikającą z każdego, najmniejszego dotknięcia ust Shana na mojej skórze.
                Po tych wszystkich miłosnych uniesieniach leżałam w ramionach Shana z rumieńcami na policzkach. Jego ręka wędrowała po moich plecach. 
                Jak w każdym kiepskim filmie, tak i teraz zadzwonił dzwonek do drzwi. Ubrałam szlafrok i poszłam otworzyć, a Shane rzucił mi tęskne spojrzenie z błyskiem w oku.
- Zaraz wracam.
- No ja myślę. Bo za karę spiorę ci ten śliczny kuferek.
                Zaśmiałam się. Humor nigdy go nie opuszczał. A to popołudnie było tak upojne, że coś, a raczej ktoś musiał go zepsuć lub chociaż spróbować zniszczyć. Więc nie bardzo się zdziwiłam, kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyłam stojącego w nich ojca.
- O fuck!
- Młoda panno! Wyrażaj się!- pouczał mnie.
- Bo co mi zrobisz? Nie masz na mnie żadnego wpływu. Jedyne uczucie jakie wzbudzasz to obrzydzenie. całą twoją osobą.
- Córcia, zakopmy topór wojenny.
- Człowieku daj już sobie spokój! Zamęczasz mnie tylko. Z mojej strony nie czeka cię niz prócz bólu, który chcę ci zadawać,rozczarowania, które chcę wzbudzać i cierpienia, które chcę u ciebie potęgować. 
- Co cię napędza takim gniewem? Jesteś przepełniona nienawiścią!
- Ty! I to jaką krzywdę nam wyrządziłeś. Nigdy nie będziemy kwita, a ja nigdy ci nie odpuszczę!
- A co ja takiego zrobiłem?- zapytał z miną niewiniątka. 
                Był bezczelny. Wciąż miałam w pamięci ten dzień, kiedy ojciec przyprowadził do domu Kate. Siedziałyśmy wtedy z mamą w kuchni i robiłyśmy obiad. Niczego nie podejrzewałyśmy.
                Ojciec wszedł do kuchni, a za plecami miał ją- Kate, przyczynę naszego nieszczęścia.
- Lisa! To jest Kate. Chcemy razem zamieszkać.- oznajmił.
- Jak to chcecie razem zamieszkać?!- zagrzmiał wściekły głos mamy. 
- Normalnie. To mój dom! Wynoś się stąd! Pakuj walizki i wynocha! Jessica może zostać, rzecz jasna, ale ty jazda stąd. 
                Patrzyłam na to wszystko oszołomiona. Nie spodziewałam się, że ojciec przyprowadzi do domu kochankę, a mamę wyrzuci na bruk. W ogóle nie wiedziałam, że zdradza nas. Bez wahania zabił naszą rodzinę. Byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej tak mi się wydawało. On wybrał jednak inną drogę. 
                Jednak najbardziej było mi żal mamy. Przeżyła takie upokorzenie. Osoba, którą kochała zadała jej tyle bólu. Ja nie zastanawiałam się nad niczym, ponieważ dla mnie sprawa była jasna- mój dom jest tak, gdzie jest dom mojej mamy. 
- Jessico, ty możesz zostać- próbował mnie zatrzymać ojciec. 
- Mam mieszkać w tym przeklętym domu? Z wami?
- Tak. Razem z Kate tworzymy teraz rodzinę. 
- Chyba śnisz. Bawcie się w rodzinkę, ale beze mnie. Od dzisiaj istnieje dla mnie tylko mama.
                Mama miała swoje oszczędności, trochę pożyczyła nam babcia i jakoś przetrwałyśmy ten trudny okres. Tamten dzień jednak na zawsze zmienił moje wyobrażenie o ojcu i popsuł nasze relacje, które teraz opierały się na głównie na mojej nienawiści i niechęci do niego.
                Mimo tych kilku lat to wydarzenia pozostawiło po sobie ślad i nie dało o sobie zapomnieć. Poprzysięgłam, że nie odpuszczę ojcu i nigdy nie będę go tolerować. Ilekroć go widziałam przed oczyma stawała mi chwila, w której zniszczył naszą rodzinę. 
                Ten sam człowiek, który skrzywdził przed kilkoma laty najdroższą mi osobę na świecie, stał przede mną i udawał, że nie wie o co mi chodzi. Tą swoją udawaną niewiedza pogrążał się i pogarszał sytuację. 
- Powiedziałam ci już kiedyś. Mam tylko jednego członka rodziny mamę!- krzyknęłam.
- A ja? Co ze mną?- dopytywał się. Widziałam w jego oczach desperację.-Co z twoim ojcem Jessico?
- Mój ojciec od kilku lat nie żyje.- powiedziałam z malującą się na mojej twarzy powagą. Widziałam jak na mnie patrzy. Brakowało mu argumentów. Chciał jakoś wybrnąć z roli "złego ojca" i uciec, ale wiedział, że wtedy by się skompromitował. 
- Dlaczego jesteś w szlafroku o tej porze dnia? Dzwonili do mnie ze szkoły, kiedy byłem z Kate na Karaibach.- Kate.... Liczyła się tylko Kate.- Przez miesiąc w ogóle nie pojawiłaś się w szkole. Co się w tym domu dzieje?- I tym sposobem przechodzimy do momentu, w którym winę ponoszę ja i mama.
- Od kiedy obchodzi cię mój los?- Czułam do niego odrazę. Nie miałam zamiaru chociaż próbować ukryć tego uczucia. Przez moment patrzyliśmy sobie zaciekle w oczy.
- Wpuść mnie do środka! - zażądał.
- Mowy nie ma.- odparłam spokojnie. 
- Już!- wrzasnął i próbował wtargnąć siłą do środka. 
- Zostaw mnie!- nie chciałam by zobaczył Shana. Próbowałam stawiać opór. Ojciec okazał się silniejszy. Uderzył w drzwi z całej siły, a ja upadłam na szafkę. 
- Aaa...- zajęczałam z bólu. Zakręciło mi sie w głowie.
- Jess, kotku!- Shane zbiegł z góry. Uklęknął przy mnie i chwycił moją twarz delikatnie w swoje dłonie.- Kochanie, nic ci nie jest?
- Kotku?!- zawarczał ojciec.- Zabieraj łapy od mojej córki zboczeńcu!
                Shane jednak z uporem próbował zająć się mną. Ojciec usilnie próbował mu w tym przeszkodzić. Zaczęli się szarpać. 
- Zostaw moją córkę i wynoś się stąd!
- Ty się wynoś śmierdzielu!
- Jak powiedziałeś?!- zapytał wściekle ojciec i próbował uderzyć Shana, ale ten skutecznie zablokował jego cios i wymierzył własny, który powalił ojca na podłogę. Z trudem się podniósł i ponownie próbował zaatakować Shana, ale ten wywalił go z domu, a drzwi zamknął na klucz. 
- Kotku? Nic ci się nie stało?- spytał z troską. Postawił mnie delikatnie na nogi.
- Otwierać! Otwierać!- wydzierał się ojciec, dobijając się do nas.
- Nie. Wezmę tylko lód.- odpowiedziałam.- Ale było blisko.- stwierdziłam.- Znowu mnie obroniłeś. Dziękuje.
- Dla ciebie wszystko śliczna.
                Z twarzy zniknął mi grymas, rozpromieniłam się. Miło było móc na kogoś liczyć. Na kogoś kto nie jest twoją matką.
- Głodny?
- O tak! Potrafisz człowieka wymęczyć. 
                Po tych słowach zarumieniłam się i spuściłam głowę. Nie umiałam spojrzeć mu w oczy po całych uniesieniach, które miały miejsce w moim pokoju. 
- Ej!- zaprotestował Shane i podniósł moją głowę, by móc mi spojrzeć głęboko w oczy.- Nie masz się czego wstydzić. To była najpiękniejsza chwila mojego życia. A ty... Jesteś doskonała w każdym, najmniejszym calu. Pragnę być przy tobie na zawsze.
- Naprawdę?- spytałam. Nie mogłam się smucić, czy wstydzić po tych słowach.
- Poważnie. W głowię mi tylko ty.
                Te wszystkie złe wydarzenia z zeszłej nocy i rekompensata losu w postaci miłosnej rozkoszy zrobiły swoje- byłam godna jak wilk.    
                Gdy zjedliśmy poszłam pod prysznic i ubrałam się. Nie zamierzałam paradować w szlafroku. Nie mogłam mamie wyznać prawdy. Wiedziałam, że ojciec zadzwonił do niej z pretensjami. Nie wiedziałam, czy kupi moją bajeczkę. Znała mnie na wylot, jak nikt. Trudno mi było ja oszukać. 
                Szykowałam się na ostrą awanturę i wyrzuty z jej strony. Shane stwierdził, że to wszystko jego wina i nie zostawi mnie na pastwę moralnego kazania.
- O hej dzieciaki!- przywitała nas mama nad wyraz miło.- Jedliście coś? Zaraz zrobię coś gorącego.
                Popatrzyliśmy się na siebie. Było spokojnie.... Za spokojnie i w tym był problem. Intuicja podpowiadała mi, że to cisza przed burzą. Miałam nadzieję, że się myli, ale z drugiej strony wolałam mieć tę rozmowę z głowy niż czekać jak więzień na wyrok.
                Shane został na kolacji w czasie, której poszam raz, na chwilę do łazienki. Kiedy wracałam, przystanęłam na chwilę na schodach. Usłyszałam jak mama przeprowadza poważną rozmowę z Shanem na temat dzisiejszego dnia. 
- Uratowałeś życie mojej córki i będę ci za to wdzięczna do końca życia, jak nie dłużej, ale niech wam się nie wydaje, że nie wiem co się dzisiaj tu działo.- urwała i wzięła głęboki oddech.- Dzwonił do mnie mój były mąż. Opowiedział mi co się tu według niego działo.
- Proszę pani, my naprawdę nic...
- Nie oczekuję byście mi mówili czy coś się między wami zdarzyło, czy też nie. Rozumiem, że jesteście w trudnym wieku i czasem emocje mogą was zaprowadzić w pewne sfery dorosłości. Nie potępiam tego, ale też nie pochwalam. Pamiętajcie jednak, że nie mam zamiaru zostać teraz zostać babcią i...
                Postanowiłam to przerwać jak najszybciej. Domyślałam się tylko, jak Shane musi się niezręcznie czuć. Mama umilkła kiedy weszłam do kuchni, tak jak się spodziewałam. 
                Dalsza część pomimo moich obaw minęła w luźnej atmosferze. Rozmawialiśmy w trójkę przez długie godziny i kompletnie straciliśmy poczucie czasu. Nawet nie zauważyliśmy kiedy nastała noc, a za oknem kompletny mrok.
- Na mnie już czas.- powiedział Shane, powoli wstając od stołu.
- Chyba nie myślisz młody człowieku, że w obliczu takiej sytuacji puszczę cię do domu o tej porze, prawda? Jessica  pościel Shanowi w pokoju gościnnym. 
                Byłam zadowolona. Cały dzień oprócz jednego incydentu z ojcem był udany i nie miał zamiaru cię kończyć. Trochę mnie przerażało to, jakim wielkim zaufanie darzy nas moja mama. Dała nam możliwość dokonania wyboru. 
                Oczywiście nie miałam zamiaru opowiadać jej, o tym jak straciłam dziewictwo. Takich rzeczy nie powinno się mówić matce Przynajmniej ja nie zamierzałam. 
                Zaprowadziłam Shana do pokoju, w którym miał spędzić noc. Jedna myśl nie dawała mi spokoju.
- Shane?
- Tak?
- Mogę ci zadać pytanie?- w moim głosie można było usłyszeć strach oraz wiele obaw.
- Pewnie- wzruszył ramionami.- O co chodzi?
Przełknęłam głośno ślinę.- Dlaczego Adam nazwał cię ćpunem?- wyraźnie posmutniał i napiął mięśnie. Widocznie uderzyłam w jego czuły punkt. Nie odezwał się.- Odpowiedz mi.- nalegałam.
- Czy to ważne?- wzruszył ramionami.
- Dla mnie tak. Odpowiedz mi proszę. 
                Wziął głęboki oddech. Bałam się usłyszeć prawdę, na którą wyznanie zbierał się Shane. 
- Dobrze.- zgodził się.- Może usiądziemy?- zaproponował więc zamknęłam drzwi i usiadłam na łóżku.
- Kiedyś...- zaczął z lekkim wahaniem.- Kiedyś brałem. Bo wiesz, to skomplikowane... Kiedyś moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Miałem rodziców. Bardzo dobrych rodziców. Byliśmy normalną, szczęśliwa rodziną. Mieszkaliśmy w Kalifornii. Pamiętam, że tata mocno kochał mamę, a ona jego. Byli wspaniałym małżeństwem. Kochali mnie, troszczyli się o mnie, starali się, by niczego mi nigdy nie brakowało...
                ...Jednak pewnego dnia cały mój świat runął. Rodzice wybrali się do sklepu. Ja zostałem w domu. Natrafili na nieodpowiednie miejsce i czas. Jakiś typ napadł na ten sklep. Zabił wszystkich zakładników. Nie oszczędził nikogo. Na koniec w desperacji, samego siebie. Swoim okrucieństwem odebrał mi wszystko co ceniłem i co posiadałem. Nie radziłem sobie z tą sytuacją. Na świecie miałem tylko ich. Moja ciotka- matka Adama- nie chciała mnie przygarnąć. Władze nie zainteresowały się moją osobą. Byłem pozostawiony na pastwę losy oraz łaski i nie łaski innych. Jedyna osoba, która się mną przyjęła, to moja starsza sąsiadka. Wzięła mnie pod swoje skrzydła. Sprzedali nawet mój rodzinny dom więc nie miałem, gdzie zamieszkać, a ona przyjęła mnie pod swój dach.
                Od samego początku nie miała ze mną łatwo. Moją ucieczką od nowej sytuacji był alkohol, fajki, a w pewnym momencie doszły również narkotyki. Pani Gibens nie była w stanie mnie wysłać na odwyk. Bała się, że to mnie zniszczy psychicznie i, że poczuję się niechciany. Z kolei ja nie widziałem sensu, by z tym skończyć lub chociaż próbować walczyć z nałogiem. To głupio zabrzmi, ale dzięki nim zapominałem na chwilę, o tym wszystkim co mnie przytłaczało. 
                Po jakimś czasie byłem zbyt wielkim obciążeniem dla biednej staruszki, ale ona nigdy mi tego nie powiedziała. Dalej starała się mną zająć. Dawałem jej nieźle popalić, a przecież miała swoje lata. Dla jej dobra postanowiłem się wynieść. Pokochałem ją. Próbowała zastąpić mi rodziców, stworzyć mi dom. Wyniosłem się do Chicago. Ciotka się dowiedziałam o tym i zajęła się mną bo tak "trzeba". Zamieszkałem razem z nią i Adamem. Potem wyniosłem się od nich. Nie byłem w stanie mieszkać pod jednym dachem z facetem, którego dziewczynę kochałem, a który ją tak krzywdzi. Tak, wszystko się zmieniło, kiedy spotkałem ciebie kogoś o kogo warto walczyć i na kogo warto zasłużyć, dla kogo chciałem stać się lepszym człowiekiem i dla kogo chciałem skończyć z wszystkimi złymi nawykami. Cierpiałem, ponieważ nie jednokrotnie słyszałem jak Adam cię traktuje, co jesteś zmuszona znosić. Nie znałem cię, ale szczerze ci współczułem. Pragnąłem twojego towarzystwa. Marzyłem by być blisko ciebie, aby być powodem twojego uśmiechu. Nigdy wcześniej się tak nie czułem. Przypomniałaś mi jak to jest mieć w życiu cel. Wcześniej już nachodziły mnie myśli samobójcze. Nawet się ciąłem, ale ty wszystko to zmieniałaś całkiem nieświadomie. Byłaś powodem, dla którego chciałem żyć. Chciałem być ciebie godzien. Teraz nie chcę wracać do czasów, kiedy brałem te wszystkie świństwa. Marzę być z tobą i z tobą tworzyć przyszłość. Jess?... Powiedz coś... Cokolwiek...-błagał Shane i padł przede mną na kolana.- Jessica, kochanie, przepraszam, że ci nie powiedziałem. Wybacz mi. Ja juz z tym skończyłem, przysięgam. Liczysz się tylko ty.- mówił dalej przytulając się do mnie. 
- Shane...- zaczęłam. Oczy miałam pełne od łez, a głos mi drżał.- Nie masz za co przepraszać Obiecaj mi tylko, że nigdy nie zrobisz sobie krzywdy, ani nie wrócisz do nałogu.- prosiłam.
- Obiecuję.
- Shane, tak mi przykro.- płakałam.- To nie fair, że miałeś tak pod górkę. 
- Nie martw się. Teraz... Tutaj... Z tobą.... Jestem szczęśliwy.
                Zasnęliśmy przytuleni do siebie. Cieszyłam się, że Shane otworzył się przede mną. Nie mogłam go zawieść.

niedziela, 2 czerwca 2013

Rozdział 9

                                                     ROZDZIAŁ 9
                - Co ty zrobiłeś?! Wy potwory! Bestie!- krzyczałam. Pobiegłam do Shana. Nie ruszał się, a krew wylewała się z niego strumieniami. 
                Adam i Paul zabrali moją torebkę, w której był telefon i uciekli. Musiałam coś wymyślić. 
- Shane! Shane! Kochanie, wytrzymaj! Nie zostawiaj mnie!
                Podarłam swój sweter i starałam się zatamować cieknącą krew. 
- Pomocy! Ratunku!- wrzeszczałam, ale nikt mnie nie słyszał. Niedaleko mnie stało auto. Podbiegłam do niego. Na szczęście w środku były kluczyki, ale samochód był zamknięty. Zamachnęłam się i łokciem rozbiłam szybę, odpaliłam silnik. 
                Musiałam działać szybko. Shane. Mój Shane! Umierał! Wsadziła jego bezwładne ciało na tylne siedzenie. Było strasznie ciężkie, a liczyła się każda sekunda. 
                Jechałam jak szalona. Po drodze prawie potrąciłam człowieka, ale to mnie niewiele obchodziło. Liczył się tylko Shane. 
                Stanęłam przed drzwiami szpitala i wołałam o pomoc. Natychmiast podbiegli do mnie lekrze. 
- Co się stało?!- spytał jeden z nich podczas, gdy pozostali wyciągali Shane z samochodu. Jego twarz bardzo zbladła przez te kilka minut. 
- Mój chłopak! On został postrzelony kilka razy!
                Przewieźli Shana na salę. Nie pozwolili mi z nim wejść. 
- Pani krwawi!- usłyszałam czyjś głos. 
- Co?- spytałam oszołomiona, nie wiedząc o co chodzi.
Pielęgniarka pokazała mi mój rozwalony łokieć. Wielkie odłamki szkła utknęły w mojej ręce. To dziwne, ale nie czułam bólu. 
- To nic. Nie boli mnie. 
- Dziecko, jesteś w szoku! Trzeba zrobić opatrunek!
                Siostra wzięła mnie do gabinetu i zrobiła opatrunek. Strasznie mnie to niecierpliwiło. Chciałam być z Shanem. Jednak to nic w porównaniu z uczuciem, które mi towarzyszyło, gdy zobaczyłam mojego chłopaka podłączonego do tych wszystkich urządzeń. Łzy napłynęły mi do oczu, usiadłam obok niego na łóżku. Był gotów za mnie umrzeć. 
- Shane... Nie musiałeś tego robić. Obiecuję ci, że Adam za to zapłaci!
                Siedziałam przy łóżku mojego ukochanego jeszcze chwilę. Cały czas płakałam. Załamałam się kompletnie, kiedy serce Shana przestało pracować. W jednej chwili w sali zaroiło się od lekarzy i pielęgniarek. 
- Co się dzieje?!- krzyczałam. 
- Zabierzcie ją stąd!- rozkazał jeden z medyków. 
                Jakiś mężczyzna chwycił mnie w pasie, z zamiarem wyprowadzenia mnie z sali. 
- Nie! Zostaw mnie! Chcę przy nim być! Shane! Nie zostawiaj mnie ! Kocham cię!- wrzeszczałam. 
                Musieli mnie wynieść siłą. Z przerażeniem oglądałam jak lekarza reanimują Shana. Robili mi masaż serca. Panowało tam straszne zamieszanie. 
                Reanimacja trwała nieprzerwanie przez dwadzieścia minut. Przy czym każda sekunda wydawała mi się wiecznością. Miałam wrażenie, że moje serce zaraz pęknie i rozpadnie się na miliony małych kawałków. 
                W końcu wysiłek lekarzy nie poszedł na marne. Serce mojego ukochanego zaczęło samodzielnie pracować!.... Na chwilę. Gdy myśleliśmy, że już minęło najgorsze ponownie zaczynaliśmy go tracić. 
                Reanimacja rozpoczęła się na nowo. Po godzinie poddali się. 
- Czas zgonu 23:37.
- Nie! Nie!- krzyczałam. Podeszłam do łóżka, na którym leżał Shane.- Kocham cię. Już zawsze będę cię kochać!- powiedziałam i złożyłam na ustach zmarłego już chłopaka ostatni pocałunek....
                Nagle serce Shane zaczęło ponownie pracować! Myślałam, że to sen. To był cud!
- O rany! Mamy go!- wykrzyknął lekarz. 
                Cieszyłam się, że Shane żyje, ale zapadł w śpiączkę. Nikt nie dawał mu szans na przebudzenie się, ale ja wiedziałam, że się mylą. Nie znałam dnia, którego mój chłopak otworzy oczy, jednak byłam pewna, że ten dzień nastąpi. 
                W szpitalu byłam codziennie. Lekarze mówili mi, że może Shane słyszy wszystko więc czytałam horrory, relacjonowałam mu wydarzenia każdego dnia, puszczałam muzykę.





              Przepraszam, że tak długo musieliście czekać. Tekst trochę jak z jakiegoś melodramatu, ale trudno.  Następny rozdział będzie nie prędko, ponieważ zakończenie roku i wiecie jak to wygląda ;) 

      
                  
     

sobota, 18 maja 2013

Rozdział 8


                                                     ROZDZIAŁ 8

                Adam Scott wybiegł jak z procy z terenu szkoły. Nie mógł uwierzyć, że Jessica zostawiła jego- najlepszą partię w szkole- dla ćpuna.
                Gdyby tylko znała prawdę o Shanie. Ha! Zdziwiłaby się. Ale ją musi spotkać kara. Nie mógł jej odpuścić po tym, jak potraktowała go przed tymi wszystkimi ludźmi. Musiał tylko wymyślić, jak jego była dziewczyna zapłaci mu za tak niegodziwy czyn. I wiedział nawet, kto mu w tym pomoże- Paul. To oczywiste!
                Nie zwlekając zadzwonił do swojego najlepszego przyjaciela i umówił się z nim na spotkanie. Już pół godziny później Paul siedział u niego na kanapie. 
- Jak ona mogła ci to zrobić?! Jak?! I to przed całą szkołą?! Tak nie może być! Adam, musisz coś z tym zrobić!
- Przecież wiem! Ale mam związane ręce. Ona do mnie nie wróci! 
- To zmuś ją! I zabij jej szczęście!
- Co? Jak?- spytał z ciekawością Adam. 
- Zaczaimy się na nią wieczorem, pokażemy pistolet i wymięknie. 
- Pistolet?- wahał się chłopak.
- Tak... Jak zobaczy spluwę przekonamy ją do wszystkiego.
- Dobra. Wezmę ją ze skrytki ojca. Nie zauważy. Leży tam od wieków. 
- A więc?
- Zróbmy to!- wykrzyknął Adam zdecydowanie. Nie pozwoli sobie na takie traktowanie. Jaką potem by miał reputację? Mógł mieć każdą, a wybrał ją! Powinna być mu wdzięczna. 
                Plan wydawał się prosty, ale okazja do jego wykonania długo nie chciała nadejść. Co wieczór Adam i Paul zaczajali się na Jessicę, która nigdy nie była sama albo nie wychodziła w ogóle.
                Chłopak z dnia na dzień czuł się coraz bardziej upokorzony i poniżony. Był zmuszony patrzeć na swoją dziewczynę w ramionach innego, jak się całują i jak szepczą sobie miłe słówka. Miał tego dość. Powinien zakończyć im tą sielankę, ale to z kolei byłoby nieroztropne. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. Po raz pierwszy poczuł tak silną nienawiść, że miał ochotę kogoś zabić.
                Nadszedł ten wieczór. Jessica wyszła z domu wraz z Caroline. Adam i Paul wiedzieli, że wystarczy podążyć za nimi i w odpowiedniej chwili zaatakować. Dziewczyna czuła się pewnie i bezpiecznie. Myliła się myśląc, że jest Shana bo była jego własnością i nie miałam prawa mu się sprzeciwiać. 
                Dzisiaj nauczy ją, gdzie jej miejsce. Już nigdy nie odważy się zrobić czegokolwiek wbrew niemu. 
                * * *
                W środę wieczorem wyszłam z Caroline do kina. Nie wiem jak się jej udało namówić mnie na horror. Miał być to nasz babski wieczór. Bez Michaela i Shana. Tylko my dwie.
                Sam film był straszny, ale czego ja się spodziewałam. Nie miałam pojęcia, jak zdołam zasnąć w nocy. 
- Jak ja mogłam zgodzić się pójść na to?- pytałam.
- Oj Jess, nie było tak źle. Zdecydowanie przesadzasz.- stwierdziła Carol.
- Mhm... Jaasne. To nie ty będziesz sikać ze strachu w drodze do domu. 
- Ha ha! Przestań! Nie nakręcaj się tak. Dasz radę. Do jutra słońce. 
- Do jutra.- pożegnałam się bez przekonania. 
                Byłam głupia, sądząc, że po filmie nie będę się bała. Popatrzyłam w ciemne ulice i nie byłam w stanie się ruszyć. 
- O nie! Nie poradzę sobie!- przyznałam na głos. Moja sytuacja była beznadziejna. 
                Miałam nadzieję, że Shane będzie mógł przyjść i mnie odprowadzić.
- Hej śliczna! Już się stęskniłaś? Czyżby babski wieczór nie wyszedł?
- Byłyśmy na horrorze, a teraz boję się wrócić i pomyślałam sobie...
-... że mógłby cię odprowadzić.- dokończył za mnie Shane.- Zaraz będę. To idź w moją stronę spotkamy się w połowie drogi.
- Dobrze, ale Shane.... Pospiesz się. 
- Nie bój nic śliczna. Już pędzę.- zakończył rozmowę Shane. 
                Z wielkim bólem zrobiłam pierwszy krok. Kolejne nie były wcale łatwiejsze. Ulice były opustoszałe, co wcale nie pomagało. 
                Mimo wszystko zmusiłam swoje ciało by weszło w pierwszą, mroczną uliczkę Chicago. Jednak co chwilę odwracałam się za siebie.  
                Miałam nieoparte wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Martwiłam się, że to nie tylko moja wyobraźnia, a moje przypuszczenia okażą się prawdą. 
                Nie chciałam czekać, aż ktoś mnie zajdzie od tyłu i zastrzeli więc, gdy tylko zniknęłam za rogiem budynku, lekko wychyliłam głowę i zobaczyłam dwie postacie, które ewidentnie mnie śledziły. 
                Zaczęłam uciekać. Mogłam usłyszeć kołatanie własnego serca. Tak bardzo się bałam. Moi oprawcy domyślili się, że ich zobaczyłam, ponieważ też zaczęli biec. Już nie byli dyskretni. Tak bardzo się bałam, a oni byli coraz bliżej! Biegłam ile sił w nogach, ale to było za mało. Po kilku metrach byli tak blisko, że czułam ich oddech na karku. Jeden z nich skoczył na mnie i własnym ciałem przyparł mnie do ziemi. Nie mogłam w to uwierzyć.... To był Adam i Paul. 
- Cześć kochanie.... Tęskniłaś?- zaczął mi szeptać do ucha Adam. To było obrzydliwe! Zaczęłam płakać.
- Puść mnie! Puszczaj!!!- krzyczałam, ale nie mogłam zrzucić go z siebie.
- O nie.... Powiedziałem ci, że nie odpuszczam! Adam Scott nigdy łatwo się nie poddaje! Albo będziesz ze mną po dobroci albo..... Cię do tego zmuszę.- powiedział do mnie i wyciągnął z kieszeni pistolet.
- Zastrzelisz mnie?- spytałam przerażona.
                Nagle jakiś cień rzucił się na Adama i zwalił go ze mnie. 
- Uciekaj Jess!! Uciekaj!- krzyczał Shane szarpiąc się z Adamem. Nie wiedziałam co robić, ale usłuchałam go i zaczęłam biec. Wkrótce potem dobiegł do mnie i uciekaliśmy razem. Nie wiem jak zdołał im się wymknąć.
                Niestety.... Los nie był po naszej stronie. Szczęście nas opuściło i wbiegliśmy w ślepą uliczkę, a mur był za wysoki by się po nim wspiąć. Nie było już drogi ucieczki. 
                Dwaj oprawcy dogonili nas. Paul zaczął się szarpać z Shanem, który próbował wyrwać mu się, by ochronić mnie przed Adamem. 
- Możesz być ze mną! A wybierasz jego! Masz szansę do mnie wrócić! Możesz być moja! Możemy być szczęśliwi!- przekonywał mnie mój były chłopak.
- A więc postanowione. Nigdy nie będę twoja! Kocham Shana! I tylko jego! A ciebie nienawidzę! Żałuję każdej chwili jaką razem spędziliśmy!- wykrzyknęłam przez łzy.
- Chyba nie wyrażam się jasno.- Adam wycelował we mnie pistoletem.- Albo będziesz moja...albo niczyja.
- Wolę umrzeć niż być z tobą! 
- Masz to jak w banku.- W tym momencie Shanowi udało się wyswobodzić z niedźwiedziego uchwytu Paula i rzucił się w stronę pistoletu, zasłonił mnie przed kulą, stanął na lini ognia...
                Usłyszałam kilka strzałów. Krzyknęłam! Krew! Wszędzie widziałam krew! Krew Shana, jego upadające ciało i 
 jego nieobecne oczy....