ROZDZIAŁ 11
Obudziły mnie promienie czerwcowego słońca, głaskające moje policzki. Czułam się wspaniale w ramionach ukochanego. Jednak musiałam je opuścić i tak już wystarczająca nadużył zaufania mojej matki.
Cichutko wymknęłam się z pokoju. Poszłam pod prysznic. Gorąca woda działała na mnie relaksująco. Wyszłam z łazienki owinięta w ręcznik. Spojrzałam na samą siebie w lustrze. Zastanawiałam się, co Shane we mnie takiego widzi. Brązowe włosy, brązowe oczy, dołeczki w policzkach nie czynią ze mnie kogoś wyjątkowego.
Poszłam do kuchni, żeby zrobić śniadanie. Tak jak się spodziewałam, zastałam już tam mamę.
- Hej.- przywitałam się odrobinę niepewnie.
- No hej! Jak Shane? Śpi jeszcze?
- Chyba tak... Nie zaglądałam dzisiaj do niego.- skłamałam. Przerażało mnie to jak ostatnimy czasy łatwo przychodziło mi łganie własnej matce. Wmawiałam sobie, że to dla jej dobra. Czasem warto żyć w nieświadomości.
- Skarbie, musimy o czymś porozmawiać...- westchnęła.- Wyjeżdżam na tydzień do San Diego. Czeka mnie tam szkolenie.- to zdecydowanie nie była dobra wiadomość.- A ty przez ten czas będziesz...
-... mieszkać u taty.- dokończyłam za nią.
Skinęła głową na znak, że mam rację.
- Tak mi przykro, kochanie. Wiem, że nie znosisz tam jeździć, ale nie mamy innego wyjścia. Nie mogę nie pojechać. To jest obowiązkowy kurs. Nie martw się to tylko jeden tydzień.
To tylko tydzień? Ja nie mogłam w towarzystwie ojca wytrzymać sekundy, a co dopiero kilku dni.
- Uśmiechnij się! Może nie będzie tak źle.- próbowała mnie pocieszyć mama. Z marnym skutkiem, ale przecież liczą się dobre chęci.
- Nie przejmuj się mną. Jakoś.... wytrzymam.
Nie chciałam, żeby się zamartwiała, czy choćby obwiniała. Miała dużo na głowie. Harowała od świtu do nocy, żeby nas utrzymać, jednocześnie starając się poświęcać mi jak najwięcej czasu. Zdecydowanie nie mogłam przytłaczać jej swoimi obawami.
O siódmej siedziałam już sama na dole. Włączyłam telewizor i przygotowałam śniadanie, które czekało aż Shane się obudzi. On zszedł na dół przed ósmą.
- Heej!- zawołałam.- Masz ochotę na kawę? A może napijesz się czegoś innego?
- Hej kotku. A nie, dzięki.- popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem.- Ej co to za mina? Co się stało?- podszedł do mnie i otoczył ramionami.
- Mama wyjeżdża do San Diego na tydzień. Będę przez ten czas mieszkać u tego....- zabrakło mi słowa.
- Nie da się nic zrobić? Nie masz w Chicago jakiejś innej rodziny?
- Nie Shane. Nawet gdyby rodzice Caroline zgodzili się, bym została u nich przez ten czas, to ojciec się na to nie zgodzi. Jak mamy nie ma to on sprawuje nade mną opiekę i tego nie odpuści. Ale proszę, nie rozmawiajmy o tym. Nie chcę teraz o tym myśleć.
- Dobrze.- westchnął.- Pamiętaj, że cię kocham. Jeden twój telefon i cię stamtąd porwę.- poinformował mnie pół żartem pół serio.
- Będę pamiętać.- odpowiedziałam już z uśmiechem na ustach.
Czarne myśli dotyczące spędzenia tygodnia z człowiekiem, którego z całego serca nienawidziłam zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Nie chciałam, aby ten dzień się skończył. Jednak minął mi bardzo szybko... Zdecydowanie za szybko. Jego koniec oznaczał nadejście innego... gorszego.
Nawet się nie obejrzałam, kiedy nazajutrz stałam z mamą przy taksówce, która miała ją odwieźć na lotnisko.
- Nie martw się słonko. Ten tydzień zleci bardzo szybko.
- Nie przejmuj się tym. Nic mi nie będzie.- zapewniałam i nawet próbowałam się uśmiechnąć, ale głos mi się załamał, a na twarzy pojawił grymas. Starałam się z całych sił nie uronić, ani jednej łzy, ale oczy momentalnie mi się zaszkliły i nie uszło to uwadze mojej mamy.
-Och, kochanie.- powiedziała, czule mnie ściskając.- Wszystko będzie dobrze. To tylko 7 dni. Co się może wydarzyć?- pytała próbując mnie pocieszyć. Ucałowała mnie w oba policzki i wsiadła do samochodu. Patrzyłam jak odjeżdża i kiedy zniknęła mi z oczu. Usiadłam na schodach przed domem i wysłałam sms-a Shanowi, żeby przyszedł
Zjawił się niemal natychmiast. Mieliśmy jakąś godzinę, by wspólnie spędzić czas.
- Śliczna, może będzie zabawnie? Niepotrzebnie martwisz się na zapas. Przecież nie musisz z nimi cały czas siedzieć. Możesz gdzieś wyjść z domu.
- Jasne.... Pewnie już zaplanowali każdą minutę tygodnia. Będziemy się wspólnie "bawić" i udawać szczęśliwą rodzinkę.- żaliłam się.- Ja tam zwariuję.- powiedziałam i wtuliłam się w mojego chłopaka. Nie musiał nic dodawać. To była kijowa sytuacja i oboje o tym wiedzieliśmy.
- Pamiętaj, wystarczy jeden telefon.- przypomniał, a ja się uśmiechnęłam.
Tę miłą chwilę przerwał nadjeżdżający samochód ojca i Kate. Wezbrała we mnie wściekłość.
- Oczywiście musiał ją tu przywieźć.- warknęłam.
- Mam już sobie iść?- spytał Shane.- Zrobi się nieprzyjemnie jak mnie zobaczy.
- No i dobrze. Niech patrzy.
Tak jak się tego spodziewaliśmy, ojciec wyszedł z auta wściekły.
- Jessica! Co ty z nim robisz?! Bierz rzeczy i jazda do auta!
Nie wiem czemu, ale te słowa jakoś mnie rozbawiły.
-Miałeś rację.- zwróciłam się do Shana szeptem.- Już jest zabawnie. Ale na mnie już czas. Muszę iść.- dodałam ze smutkiem.
Gdy zrobiłam pierwszy krok w kierunku auta, Shane przyciągnął mnie do siebie, wziął na ręce. Aż zabrakło mi tchu, kiedy całował mnie namiętnie i łapczywie.
- Jessica! Jessica!- wołał ojciec, ale dla mnie świat nie istniał, gdy moje usta dotykały najwspanialszych ust na świecie.
- Zostaw ją w spokoju!- rozległ się głos zdecydowanie bliżej. - Łapy precz od mojej córki!- tym razem próbował Shana ode mnie odciągnąć.- Trzymaj się od niej z daleka!
- O ile ona będzie tego chciała, ale jak pan widzisz nie jestem jej obojętny.- drażnił go Shane.- Może, któregoś dnia będę panu mówił "tato".
- Dosyć tego!- ojciec był już na maksa wściekły. Shane wiedziała jak go doprowadzić do białej gorączki.- Nie pozwolę na to! Nie będziecie razem! Nigdy!
Na te wszystkie jego groźby, kazania itp, tylko prychnęłam. Nie chciało mi się odezwać. Te jego przemówienia na temat co mi wolno, a co nie zaczynały być na porządku dziennym. Ojciec natomiast chciał jak najszybciej odciągnąć mnie od Shana. Szarpnął mnie za rękę, ale wyrwałam się i skradłam ostatniego buziaka mojemu chłopakowi.
- Pa Shane.
- Pa kochanie. Zadzwonię.
- O nie! Nigdzie nie zadzwonisz. Jessica! Idziemy!
Pomachałam Shanowi z samochodu. Wiedziałam, że nie ominie mnie ojcowska gadka na temat tego co się dzisiaj wydarzyło i jak zawsze, tak i tym razem nie pomyliłam się.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Całujesz się z chłopakiem, z którym podejrzewam, że uprawiałaś sex!- Jego słowa tylko mnie rozbawiły i nie miałam zamiaru tego ukrywać. Nieważne jak beszczelne komu się to wydawało.- Przestań się śmiać! Na dodatek śmiesz mi kłamać prosto w twarz, że do niczego nie doszło!
- Powiedziałam ci już ojcze co cię czeka z mojej strony- wstyd, ból i cierpienie- przypomniałam mu swoje własne słowa.
Nie skomentował tego. Wiedziałam, że powoli brak mu sił. Zaś Kate była zadowolona z naszej kłótni. Siedziała jak wielka dama, próbując ukryć swoją radość.
Nim dojechaliśmy na miejsce, ojciec znów był cały w skowronkach.
- Córcia, to będzie wspaniały tydzień!- wykrzyknął z entuzjazmem.- Pomyśl! Tylko ty, ja i Kate.
- Uważasz, że będę z wami spędzać czas i, że mi to sprawia przyjemność? Proszę cię!- zawołałam z irytacją.- W więzieniu byłoby mi lepiej.
- Kochanie...
- Nie mów do mnie kochanie! Tak mogą do mnie tylko mówić dwie osoby- mama i Shane.
- Masz zakaz spotykania się z tym chłopakiem!
Humor ojca w ciągu jednej sekundy zmienił się.
- Rozkazywać to możesz tej lampucerze co koło ciebie siedzi. Shane jest moim chłopakiem i nikt ani nic tego nie zmieni.- odparowałam spokojnie.
- Przez TEN tydzień będziesz robić wszystko na jedno moje i Kate skinienie.
- Zapomnij. Nie myśl, że masz nade mną jakąkolwiek kontrolę.
Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zamknęłam się w pokoju, który kiedyś nazywałam moim. Teraz tylko- tak jak cały dom- przypominałam mi o bólu jaki sprowadziła na nas Kate, o rozpadzie naszej niegdyś szczęśliwej rodziny oraz o człowieku, który kiedyś był dla mnie wzorem odpowiedzialności, ciepła i bezpieczeństwa.
- Jessica zejdź do nas na dół!- zaczął się dobijać do drzwi nie kto inny niż ów człowiek.- Młoda panno mówię coś do ciebie!
Postanowiłam zachować się jeszcze bardziej prowokacyjnie. Wybrałam numer komórki Shana i zadzwoniłam.
- Hej, kochanie!- odezwałam się wystarczająco głośno, by było mnie słychać za drzwiami.
- Jessica! Czy ty rozmawiasz z tym chłopakiem?! Zabroniłem ci!
O tak. Atakowałam go i za każdym razem trafiałam w dziesiątkę.
- Śliczna, czy wszystko ok? Kto się tak drze?
- A jak myślisz. Ten stary playboy tak się wydziera, ale to taki mało znaczący fakt.- dodałam.
- Coś ty o mnie powiedziała!- warknął głos za drzwiami. Przez telefon usłyszałam śmiech.
- Nieźle się wkurzył.- skomentował Shane.
- Wiesz na co mnie stać. Mam do ciebie prośbę, nawiązującą do twojej....
- Kiedy mam po ciebie być.- nie dokończyłam, ponieważ Shane przejrzał mnie na wylot.
- Dam ci jeszcze znać bo wiesz... Jestem na podsłuchu.
- Ok. Czekam w pełnej gotowości na twoje pozwolenie, by cię porwać.
Uśmiechnęłam się na te słowa.
- Możesz mnie porywać, kiedy tylko chcesz.
Oj nie kuś.- zaśmiał się.
- Kocham cię.- w tych dwóch prostych słowach były zawarte wszystkie moje uczucia. Nie było konieczności dodawania czegokolwiek. Mówiły one wszystko.
- Ja ciebie też śliczna. Zawsze będę.- odpowiedział z pełną powagą.
W tym całym morzu nieszczęść, Shane był moim kołem ratunkowym. Na począku chciałam siedzieć w pokoju i stamtąd nie wychodzić aż do momentu, w którym miałam uciec na chwilę z Shanem. Jednak byłam straszliwie głodna, a nie miałam zamiaru głodzić się z powodu jakiejś dwójki ludzi.
- O proszę! Wyszła sroka ze swego gniazda!- zawołał ojciec, wstając z krzesła. Wyglądał jakby tylko czekał na moment, w którym staniemy twarzą w twarz.
- O co chodzi?- spytałam z miną niewiniątka.- Rozmawiałam tylko przez telefon. Czy to jakaś zbrodnia?- w moim głosie zabrzmiał sarkazm.
- Nie żartuj sobie ze mnie! Dobrze wiesz o co, a raczej o kogo mi chodzi! A mianowicie o TEGO chłoptasia!
- A co? Zazdrosny jesteś?- zaśmiałam się.- Wściekłość cię rozrywa bo TEN chłoptaś- jak to określiłeś- znaczy dla mnie więcej niż ty kiedykolwiek znaczyłeś i kiedykolwiek będziesz znaczył. Kocham go, a ciebie nienawidzę.- te słowa zabrzmiały w moim ustach jakbym mówiła o czymś naturalnym i może dlatego to tak zabolało ich adresata.- Ta zazdrość niszczy cię od środka bo wiesz, że nie znaczysz dla mnie nic.- dodałam nieco ostrzej.
Spojrzenie, którym obdarzył mnie ojciec były pełne bólu i bezsilności. Z całych sił próbował to ukryć, aby wyjść z tej sytuacji z twarzą. Nie miał żadnego pola do manewru.
Zrobiłam sobie spaghetti bolognese. Ugotowałam małą porcję, która miała nakarmić tylko mnie. Gospodarze domu jednak łudzili się, że dla nich też wystarczy, gdyż czekali w salonie z przygotowanymi talerzami. Usiadłam obok nich i zaczęłam jeść nie zważając na ich zdziwione miny.
- Ehhm?!
- A my?- spytała Kate.
- Wy?- udałam głupią.
- Tak Jessica, my! Co z kolacją dla nas? Mnie i Kate nie zamierzasz nałożyć?- zdziwił się ojciec.
- Koleś... Widzisz to taka zabawna sytuacja. Postawię sprawę jasno. Jak chcesz coś zjeść to albo rusz swój stary tyłek albo powiedz swojej taniej żonce, by łaskawie przygotowała posiłek. W końcu jesteście małżeństwem. Zrób z nią porządek!
- Oh, jak możesz tak o mnie mówić?- oburzył się obiekt moich zarzutów.
Nie odpowiedziałam jej. Zajęłam się swoim własnoręcznie przygotowanym posiłkiem. Zrezygnowany ojciec poszedł obejrzeć telewizor. Ja kontynuowałam swoją grę i nie posprzątałam po sobie.
- Ej! Co ty sobie wyobrażasz?! Że to hotel? Wróć i posprzątaj!- rozkazywała "pani domu".
- Hehe kawalarz z ciebie Kate!
- Musisz zrobić co ci karzę bo inaczej...
- Bo inaczej co? Dasz mi szlaban? Wyślesz do pokoju? O jeju, aż trzęsę się ze strachu!
Kiedy domownicy spędzali czasu ze sobą, ja wychylałam się zza okna, kombinując jak zejść na dół.
- Skacz, złapię cię!- zawołał Shane.
- No chyba nie! Ten pomysł do mnie nie przemawia!
- No weź głęboki oddech, zamknij oczy i hop. Nie ufasz mi?
Ufałam.... Nabrałam powietrza w płuca i skoczyłam. Z całej siły zacisnęłam usta, aby nie wydał się z nich żaden dźwięk alarmujący ojca, że coś jest nie tak, że dzieje się coś na co on nigdy by nie pozwolił.
Shane tak jak obiecał złapał mnie w swoje silne ramiona.
- Widzisz, to nie było takie straszne.- stwierdził, stawiając mnie na ziemi. Wpiłam się w jego usta, domagając się kolejnych pocałunków.
- No hej, też się stęskniłem.- zaśmiał się Shane.
- To, gdzie jedziemy?
- Przychodzi mi do głowy jedno wyjątkowe miejsce.
- Jakie?
- Chodź, zobaczysz.- złapał mnie za rękę i ruszyliśmy- jak się potem okazało- w kierunku jego motoru. W moich rękach znalazł się kask, który bez wahania założyłam.
- Misiek, czy to na pewno jest bezpieczne?
- Śliczna jak najbardziej. Wsiadaj.
Z wielką obawą zrobiłam to o co prosił. Mój strach był niewyobrażalny. Mocno zacisnęłam ręce, wokół bioder chłopaka.
- Słońce to na prawdę jest bezpieczne.- zaśmiał się.
Rzeczywiście było. Nigdy nie sądziłam, że jazda na motorze może sprawić tyle przyjemności, szczególnie nocą po oświetlonych ulicach Chicago. Jeździliśmy po całym mieście bez celu. Mogłoby to trwać wiecznie. Nie spodziewałam się, że to mi się spodoba. Jednak po pewnym czasie stanęliśmy przed pewnym budynkiem.
-Misiu... Gdzie jesteśmy?- spytałam.
- No więc wczoraj odstałem pracę i wynająłem mieszkanie. Chcę ci je pokazać.- oparł z uśmiechem.
- Wow. Twoje pierwsze samodzielne gniazdko. Nie powiem, zazdroszczę.
Weszliśmy do budynku. Niestety nie było winy i musieliśmy schodami iść na samą górę. Słabo było z moją kondycją. Nim dotarliśmy na górę byłam cała zdyszana.
- Ale z lokalizacją nie trafiłeś. Szóste piętro... brak windy.... Mam nadzieję, że masz coś do picia.
- Nie bój nic śliczna, znajdzie się coś.
Mieszkanie Shana było nie za duże, ale całkiem przytulne. Sypialnia, salon połączony z kuchnią i łazienka.
- Skarbie, o której mam cię odwieźć do domu?- spytał, podając mi szklankę z sokiem
- Nie mam zamiaru wracać na noc.- powiedziałam po czym upiłam łyk napoju ze szklanki.
- Doprawdy? Nie boisz się?
Pokręciłam głową, a na moje usta wkradł się uwodzicielski uśmiech.
- Mamy całą noc tylko dla siebie.- powiedziałam. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Co ten chłopak ze mną wyczyniał? Nie umiałam przy nim logicznie myśleć. On podszedł do mnie i objął w pasie.
- Chyba wiem jak spożytkować ten czas.- stwierdził i połączył nasze usta w namiętnym pocałunku. Wiedziałam co będzie dalej.....
---------------
Przepraszam, że to trwało tak długo. Rozdział powstał już dawno, ale nie chciało mi się go przepisywać. W przyszłym tygodniu kolejna część.
Pozdrowienia dla Bystrzanki, Bąbusia, Dawida i Madzi kocham was<3 Dla Rafika też, ale on na 100% tego nie czyta i dla mojego kochanego Słoneczka, z którym siedzę w ławce na każdej lekcji i, z którym nawet lekcja historii zamienia się w komedię kocham się misiek <3
Dżony napisałam rozdział, czekam na pierwszą lekcję bracie :) xd
Karola obiecałam i napisałam, przepraszam, że czkasz od czerwca <3 Kc <3 Tb należy się szczególna nagroda za wytrwałość
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz