- Hej- przywitałam się.
- No hej Śliczna. Obudziłem cię?
- Tak, ale bardziej mnie ciekawi co ty wyczyniasz?
- Wstałem i pomyślałem, że zrobię ci śniadanie, a że lubisz naleśniki to stwierdziłem, że spróbuję je zrobić no, ale widzisz co wyszło- wskazał głową na stos poszarpanych naleśników. Widać było, że to nie jego bajka. - Nie do końca mi się udały.
- Ja myślę, że to słodkie. Za dobre chęci należy ci się całus.
Odwrócił się do mnie, objął w talii i wpił w moje usta. Nie pozostałam mu dłużna,
- Zjedzmy te twoje naleśniki.- wydusiłam z siebie, kiedy oderwałam się od jego ust.
Po śniadaniu, a raczej obiedzie, ponieważ wstałam o 14 poszliśmy do kina, potem na lody, na spacer, na pizze i tak nam minął cały dzień. Mogłabym robić wszystko byleby z Shanem. Jednak w końcu musiałam wracać do domu. Po co odwlekać coś nieuchronnego? Droga do wschodniej części miasta była krótka. Nim się spostrzegłam musiałam ściągać kask.
- I jak? Gotowa na spotkanie z bestią?- spytał Shane.
- Jak na tygodniowe zatwardzenie.- odpowiedziałam z grymasem.- Teraz to dopiero będzie mnie kontrolował. Trudniej będzie się wymykać.- puściłam mu oczko.
- Coś się wymyśli.- skradł mi całusa. Chciał się ode mnie odsunąć, ale pragnęłam więcej. Tych jego malinowych ust nie miałam nigdy dość. Pocałunki, którymi mnie obdarowywał uzależniały.
- Muszę już iść.- powiedziałam tak cicho, że ledwo mnie słyszał.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale jak na razie nie możemy nic zrobić. Nie możesz od niego tak po prostu uciec. Ale obiecuję, że zawsze będę przy tobie, by cię wspierać.
Co mógł więcej zrobić? Nic. Ja także byłam bezradna. Pocieszałam się myślą, że to już nie potrwa długo. Wystarczy, że mama wróci i moje życie choć trochę się ustabilizuje.
Wtuliłam się w ramiona Shana i wciągnęłam zapach jego perfum.
- Jedź ostrożnie.
- Obiecuje.- powiedział na pożegnanie i ucałował mnie w czoło.
Ja ruszyłam na spotkanie nieuniknionego. Nie było sensu tego przedłużać. Wiedziałam co mnie czeka- wielka awantura.
Szłam w kierunku domu jak na ścięcie. Nic dziwnego. Nie czekała mnie tam sielanka, rodzina, czy choćby kochający ojciec. Za drzwiami było moje prywatne piekło, od którego nie było w tej chwili odwrotu, ale do którego musiałam podążyć. Mój strach mimo tego jakie zdanie, miałam o swoim tacie i mojego nastawienia, narastał z każdym krokiem. W momencie naciśnięcia klamki i przekroczenia przeze mnie progu rozpętała się kłótnia.
- Gdzieś ty była całą noc i cały dzień?! Możesz nam to wyjaśnić?! A tak! Tu nie ma co wyjaśniać bo na twoje nieszczęście wiem co robiłaś! Więc, może jak usprawiedliwisz swoje zachowanie?!- warknął gospodarz.
- A co tu usprawiedliwiać?- spytałam niewinnie.
- Jeszcze śmiesz pytać?! Raz, uciekłaś z domu! Dwa, wsiadłaś na motor! Trzy, nie z byle kim tylko z tym chłopakiem, z którym kategorycznie kazałem ci się przestać zadawać! Cztery, nie wróciłaś na noc i Bóg wie co robiłaś!- zaczął wyliczać.- Mam mówić dalej?!
Odpowiedziała mu cisza. Postanowiłam nie kontynuować tej rozmowy. Nie miałam mu nic do powiedzenia, a słuchanie jego kazań i tego jak się bardzo z Kate "martwili" po prostu mnie irytowało.
- Wracaj tu! Nie skończyłem z tobą! Jessica!
Mógł się drzeć. Już przestało to na mnie robić wrażenie. Weszłam po schodach na górę, ale to co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie!
- Gdzie są moje drzwi!- tym razem to ja podniosłam głos, zbiegając na dół.
- O więc jednak potrafisz mówić. Po pierwsze nie wyjaśniłaś swojego zachowania, a po drugie prywatność to przywilej, na który ty nie zasługujesz.
Wszystko się we mnie gotowało.
- Jesteś beznadziejny! Najgorszy ojciec świata! Oj przeprasza, ciebie nawet ojcem nie można nazwać ty kreaturo!
- Licz się ze słowami!
- Bo co?! Nic nie możesz mi zrobić.- powiedziałam, z zaciśniętymi ze złości zębami.- Jeszcze tylko 5 dni. A potem już mnie więcej nie zobaczysz.- wyrzuciłam z siebie i pobiegłam na górę. Byłam strasznie zmęczona, więc umyłam się i poszłam spać. Nie miałam nawet ochoty zejść cokolwiek zjeść. Kiedy moja głowa opadła na poduszkę, niemalże natychmiast odpłynęłam w krainę snów.
***
Pięć dni ciągnęło się i ciągnęło, ale w końcu nadeszła upragniona niedziela. Od rana siedziałam spakowana. Tylko raz udało mi się uciec od ojca. Trzy dni wcześniej musiałam z nimi pojechać na zakupy. W supermarkecie był również Shane. Jakoś udało mi się niepostrzeżenie wymknąć, kiedy moi "opiekunowie" dyskutowali o obiedzie. Oczywiście ojciec nie był zadowolony z faktu, że kolejny raz uciekłam ze swoim chłopakiem na motorze. Od tamtej pory pilnował mnie jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, że to w ogóle jest możliwe. Byłam szczęśliwa wiedząc, że już niedługo moja męka dobiegnie końca. Samolot mamy miał wylądować o 12 więc o 13 mama powinna mnie już odebrać. Czekałam i czekałam, ale ona nie przyjeżdżała. Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, biegłam jak na skrzydłach z wielkim uśmiechem na ustach. Jakże duże było moje zdziwienie, gdy w progu stali funkcjonariusze policji.
- Dzień dobry. Ty jesteś Jessica?- spytał jeden z nich.
- Tak.- odpowiedziałam niepewnie.- O co chodzi?
- Bardzo mi przykro, ale samolot twojej mamy.... rozbił się. Wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu.
W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie, to niemożliwe. Nie! To kłamstwo!- krzyczałam.
- Wiemy co czujesz, ale to niestety jest prawda....
- Nie! Nie. Nie....- zaczęłam szlochać. Moja mama. Moja mama zginęła. To nie mogło być prawdą. Zsunęłam się na podłogę. Ktoś objął mnie z tyłu ramieniem, kiedy zobaczyłam, że to ojciec odskoczyłam od niego jak poparzona.- Nie dotykaj mnie! Nigdy!- warknęłam i pobiegłam na górę. Nie miałam co ze sobą zrobić. Mój jedyny członek rodziny umarł. Zostałam sama. Zastanawiałam się co ze mną będzie. W poduszkę wylewałam hektolitry łez. Bo co innego mi pozostało?
Ponownie usłyszałam jakieś dobijanie się do drzwi, a następnie kłótnie. Mimowolnie zwlekłam się z łóżka i ruszyłam schodami w dół. A w przedpokoju ojciec po raz kolejny musiał udowodnić kto jest górą.
- Proszę mnie do niej puścić! Ona potrzebuje wsparcia, ona potrzebuje mnie!
- Ciebie?! Masz zakaz spotykania się z moją córką chłopcze! Ona potrzebuje rodziny. Mnie i mojej żony, a nie jakiegoś wyrostka!- dalej brnął w swoje. Kłamstwa. Tylko kłamstwa wychodziły z jego ust, w które wierzył.
Zbiegłam prosto w ramiona Shana.
- Zabierz mnie stąd.- szepnęłam zachrypniętym głosem.
Bez słowa wyprowadził mnie z domu, zawiózł do swojego mieszkania i położył na łóżku. Położył się obok mnie i tulił do siebie, próbując dodać otuchy.
- Dlaczego? Dlaczego ona?- pytałam.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale musisz to przetrwać. Nie chciałaby, żebyś była smutna.
- Co teraz ze mną będzie?
- Nie bój się, jestem przy tobie.- mówił czule.
Miałam dość życia. Tak cholernie obawiałam się co się ze mną stanie. Byłam skazana na ojca i Kate, a za kilka dni miałam pochować najważniejszą osobę w moim życiu.
***
Najbliższe tygodnie. byłe dla mnie koszmarem. A dzień, w którym pożegnałam mamę na zawsze, najgorszym oraz najtrudniejszym jaki kiedykolwiek przeszłam. Musiałam i chciałam sama wszystko zorganizować. Shane, Caroline, Michael byli ze mną przez cały ten czas. Wspierali mnie. Było to dla mnie niezmiernie ważne. Myślałam, że tracąc mamę, tracę jedyną rodzinę, którą dla mnie była. Jednak słowa Shana mocno mnie pokrzepiły " Wiem, że jest ci ciężko, że nie jestem w stanie zrozumieć twojej sytuacji, ale pamiętaj, że zawsze będę cię wspierał i zawsze możesz na mnie liczyć. Pomyśl, że to co do tej pory przeżyłaś jest niczym w porównaniu z tym co cie czeka. Jeszcze wiele pięknych chwil przed tobą". Te słowa stały się faktem. Był przy mnie i mogłam na niego liczyć w każdym momencie.
Musiałam oczywiście wprowadzić się do ojca i Kate. Konieczność mieszkania z nimi dobijała mnie. Nie czułam się tam jak w domu , dlatego szukałam byle pretekstu by stamtąd wyjść. Żona mojego "kochającego tatusia" nie oszczędzała mnie, a wręcz przeciwnie. Wykorzystywała mój smutek, by dołować mnie jeszcze bardziej, a w towarzystwie swojego męża udawała przejętą, kochającą macochę. Gdy byli sami skarżyła się jak to ona nie stara się dla mnie być wsparciem, które ja odrzucam. Zdążyłam przyzwyczaić się do takiej sytuacji panującej w domu. Jednak z Shanem po pewnym czasie w ogóle nie mogłam się widywać. Czułam się jak na smyczy- pod stałą kontrolą.
Raz miałam tego dość i chciałam po prostu wyjść i się zobaczyć z chłopakiem, ale drogę zagrodził mi ojciec.
- Gdzie to się wybierasz?
- Wychodzę.- powiedziałam i próbowałam go ominąć, ale uniemożliwił mi to.- Puść mnie!
- Znowu chcesz iść do tego chłopaka!
- I co z tego! Zostaw mnie! Nie znaczysz dla mnie nic!- poczułam ostry ból policzka.- Jak mogłeś mnie uderzyć?- spytałam z nie do wierzeniem.
- Powiedz jeszcze raz, że nic dla ciebie nie znaczę, a dopiero ci przyłożę!
- Nic dla mnie nie znaczysz kretynie!- uderzył mnie tym razem mocniej.- No proszę bij mnie dalej ty damski bokserze!- tym razem oberwałam tak mocno, że zatoczyłam się w tył.
- Nie pójdziesz do tego chłopaka! Masz zakaz spotykania się z nim! Jeśli moje słowa cię nie przekonują to muszę użyć innych argumentów.- Szarpnął mnie na rękę i siłą wywlókł na górę. Nie zawrócił uwagi na to, że po drodze potknęłam się na schodach i musi mnie po nich ciągnąć.
- Przemyśl swoje zachowanie.- rzucił spokojnie na odchodne.
Czułam się fatalnie. Nie potrafiłam nawet płakać, byłam przerażona. Nie miałam jak uciec, ani jak skontaktować się z kimkolwiek. Zabrał mi telefon, odciął internet. Innymi słowy zrobił wszystko, aby nie miała łączności ze światem.
Następne dni, a potem tygodnie były dla mnie koszmarem. Sytuacja powtórzyła się niejednokrotnie. Po pewnym czasie stało się to codzienną rutyną, której nie umiałam przerwać. Byle pretekst był dla niego powodem do tego, aby ponownie zadać mi ból. Nie znał litości. Stał się tyranem, katem, a ja zamykałam się w sobie coraz bardziej. Przestałam szukać pomocy. Nie wierzyłam już w dobre zakończenie. Przyjaciele nie raz próbowali dostać się do mnie do domu, ale on skutecznie im to uniemożliwiał. Kiedyś łaskawie zgodził się, żeby Caroline przynosiła mi notatki z rozpoczynającej się szkoły. Kate maskowała wtedy moje siniki tak, że nic nie było po mnie widać. Sama nie mogłam pisnąć ani słówka, ponieważ byłam pod stała obserwacją, a poza tym... bałam się. Bałam się jak nigdy.
Caroline była pośrednikiem między mną, a Shanem. Wsuwała mi jego listy do notatek tak, żeby ojciec nie zauważył. Wiedziała też, że coś jest nie w porządku, ale strach nie pozwalał mi nić mówić. Pewnego razu siedząc u mnie w pokoju zauważyła moje posiniaczone ciało, gdy bluzka niechcący podwinęła się do góry.
- On cię bije?- powiedziała tak cicho, że ledwo ją słyszałam. Popatrzyłam w jej oczy pełne przerażenia, które wypełniały stopniowo łzy. - Odpowiedz mi, proszę....
- A co tu si dzieje moje panie?! Co wy robicie?- spytał ojciec, który pojawił się znikąd.
- Co się jej stało? Dlaczego jest tak posiniaczona?- domagała się odpowiedzi moja najlepsza przyjaciółka.
- Nie przesadzaj! Potknęła się niezdara na schodach. Prawda?- rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Niepewnie pokiwałam głową, że ma rację. Wiedziałam co mnie czeka zaraz po wyjściu mojego gościa.
- Widzisz Caroline? Ale przykro mi czas na ciebie.- powiedział stanowczo i wyszedł.
- Idę na policję.
- Nie, Carol proszę. Jemu się upiecze, Po akcji z Adamem nie wierzę, że coś zdziałają. To nic nie da.
- Caroline, mówiłem coś.- pojawił się ponownie ojciec.
- Sprowadzę pomoc. Wymyślę coś.- powiedziała na pożegnanie tak cicho, bym tylko ja mogła ją usłyszeć.
Gdy drzwi za dziewczyną zamknęły się, rozpoczęło się piekło.
- Co ja ci mówiłem?! Że nikt nie może się o tym dowiedzieć! A ty co wyprawiasz?!- darł się po mnie gospodarz domu.- Chyba niejasno się wyraziłem więc muszę użyć innych argumentów.- mówiąc to wyciągnął pas. Cofnęłam się o krok.- Odsłoń plecy.- rozkazał. Próbowałam uciec, ale chwycił mnie za włosy i rzucił na łóżko. Moja głowa niemiłosiernie obiła się o ramę. Dostałam pasem... Raz, drugi trzeci. Musiałam się jakoś wydostać. Podcięłam mu nogi i wylądował na podłodze. Miałam dzięki temu trochę czasu na ucieczkę. Popędziłam w stronę schodów, ale byłam za wolna.
- Co to miało być?!- krzyczał szarpiąc mnie. Uderzył mnie w twarz pięścią, straciłam równowagę i runęłam schodami w dół. Kręciło mi się w głowie. Nie miałam już siły wstać i się bronić.
Ktoś próbował się dostać do domu. Pukał, dzwonił, ale nikt nie reagował. Ojciec zszedł na dół i minął mnie bez słowa. Gdy otworzył zamknięte na klucz drzwi frontowe mocno się zdziwił.
- Jak mogłeś ty skurwysynie? Jak mogłeś ją bić?! - darł się Shane.
- Nie twoja sprawa smar...- nie dokończył. Otrzymał solidny cios w twarz. Potem dostawał kolejne, Starał się odpowiedzieć na te ataki, ale był bezsilny.
- Jessica, kochanie.- nagle Shane pojawił się obok mnie. - Jestem tu. Już cię stąd zabieram.- podniósł mnie z podłogi i ruszył ku wyjściu. - Zabiorę cię do szpitala. Już będzie dobrze. Zaopiekuje się tobą. Gdybym wiedział wcześniej.
Na zewnątrz czekał na nas Michael i Caroline z samochodem. Zawieźli mnie do szpitala, gdzie opatrzono mi rany oraz robiono różne badania. Po jakiś dwóch godzinach dali mi spokój i mogłam w spokoju poleżeć. W sali siedział oczywiście mój chłopak, trzymając mnie cały czas za rękę.
- Gdybym wcześniej wiedział... Mogłem się domyślić....
- Kochanie, proszę, nie obwiniaj się. To nie twoja wina.
Do pomieszczenia wszedł lekarz.
- Witam. Jessico, jesteś mocno potłuczona, ale nic poza tym. Jeszcze dzisiaj będziemy mogli cię wypisać. Miałaś wiele szczęścia, ale dziecku nic nie zagraża.
- Dziecku?!- spytaliśmy jednocześnie z Shanem.
- To wy nie wiecie? No cóż... Jesteś w trzecim miesiącu ciąży. Może zostawię was samych.- powiedział i wyszedł.
- Co? Ale.... Shane co teraz będzie?- spytałam.
- Ciii.... Spokojnie nie zostawię was. Poradzimy sobie, obiecuje. Nie pozwolę was skrzywdzić. Damy radę.
- On... on... On mnie zabije...- wydukałam z przerażeniem.
- Nie pozwolę, by jeszcze kiedykolwiek cię tknął! Niech tylko się do ciebie zbliży!
- To co zrobimy? On nam nigdy nie pozwoli być razem, a dziecko odda do adopcji. Ja nie chcę...- powiedziałam i objęłam ręką brzuch. Bałam się okropnie. Nastolatka w ciąży, która ma ojca tyrana. Już czułam na sobie te pełne pogardy spojrzenia innych ludzi. Wiedziałam też, że nie pozwolę skrzywdzić tej malutkiej istotki, którą noszę pod sercem. Chciałam ponieść konsekwencję swoich czynów i wychować to dziecko.
- A więc, możemy zrobić tylko jedno. Tylko nie wiem, czy jesteś na to gotowa. Jeśli nie to zrozumiem
- Co takiego?
- Uciekniemy. Wyjedziemy gdzieś, gdzie nas nikt nie znajdzie i zacznijmy wszystko od nowa.
To był szalony pomysł i nie byłam pewna, czy możliwy do zrealizowania. Rozważałam wszystkie za i przeciw, aż w końcu podjęłam decyzję.
- Masz rację. Zróbmy to.
----------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale lepiej późno niż później :P
Bracie dziękuje za piękne słowa, które zapamiętam na zawsze. Dziękuje, że jesteś i, że mogę na ciebie liczyć :)
Oczywiście pozdrowienia dla mojej paczki :P Szczególnie dla Sówci, która męczy mnie o kolejny rozdział <3 Kocham cię wariacie <3
- Dzień dobry. Ty jesteś Jessica?- spytał jeden z nich.
- Tak.- odpowiedziałam niepewnie.- O co chodzi?
- Bardzo mi przykro, ale samolot twojej mamy.... rozbił się. Wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu.
W oczach stanęły mi łzy. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie, to niemożliwe. Nie! To kłamstwo!- krzyczałam.
- Wiemy co czujesz, ale to niestety jest prawda....
- Nie! Nie. Nie....- zaczęłam szlochać. Moja mama. Moja mama zginęła. To nie mogło być prawdą. Zsunęłam się na podłogę. Ktoś objął mnie z tyłu ramieniem, kiedy zobaczyłam, że to ojciec odskoczyłam od niego jak poparzona.- Nie dotykaj mnie! Nigdy!- warknęłam i pobiegłam na górę. Nie miałam co ze sobą zrobić. Mój jedyny członek rodziny umarł. Zostałam sama. Zastanawiałam się co ze mną będzie. W poduszkę wylewałam hektolitry łez. Bo co innego mi pozostało?
Ponownie usłyszałam jakieś dobijanie się do drzwi, a następnie kłótnie. Mimowolnie zwlekłam się z łóżka i ruszyłam schodami w dół. A w przedpokoju ojciec po raz kolejny musiał udowodnić kto jest górą.
- Proszę mnie do niej puścić! Ona potrzebuje wsparcia, ona potrzebuje mnie!
- Ciebie?! Masz zakaz spotykania się z moją córką chłopcze! Ona potrzebuje rodziny. Mnie i mojej żony, a nie jakiegoś wyrostka!- dalej brnął w swoje. Kłamstwa. Tylko kłamstwa wychodziły z jego ust, w które wierzył.
Zbiegłam prosto w ramiona Shana.
- Zabierz mnie stąd.- szepnęłam zachrypniętym głosem.
Bez słowa wyprowadził mnie z domu, zawiózł do swojego mieszkania i położył na łóżku. Położył się obok mnie i tulił do siebie, próbując dodać otuchy.
- Dlaczego? Dlaczego ona?- pytałam.
- Wiem skarbie, że to dla ciebie trudne, ale musisz to przetrwać. Nie chciałaby, żebyś była smutna.
- Co teraz ze mną będzie?
- Nie bój się, jestem przy tobie.- mówił czule.
Miałam dość życia. Tak cholernie obawiałam się co się ze mną stanie. Byłam skazana na ojca i Kate, a za kilka dni miałam pochować najważniejszą osobę w moim życiu.
***
Najbliższe tygodnie. byłe dla mnie koszmarem. A dzień, w którym pożegnałam mamę na zawsze, najgorszym oraz najtrudniejszym jaki kiedykolwiek przeszłam. Musiałam i chciałam sama wszystko zorganizować. Shane, Caroline, Michael byli ze mną przez cały ten czas. Wspierali mnie. Było to dla mnie niezmiernie ważne. Myślałam, że tracąc mamę, tracę jedyną rodzinę, którą dla mnie była. Jednak słowa Shana mocno mnie pokrzepiły " Wiem, że jest ci ciężko, że nie jestem w stanie zrozumieć twojej sytuacji, ale pamiętaj, że zawsze będę cię wspierał i zawsze możesz na mnie liczyć. Pomyśl, że to co do tej pory przeżyłaś jest niczym w porównaniu z tym co cie czeka. Jeszcze wiele pięknych chwil przed tobą". Te słowa stały się faktem. Był przy mnie i mogłam na niego liczyć w każdym momencie.
Musiałam oczywiście wprowadzić się do ojca i Kate. Konieczność mieszkania z nimi dobijała mnie. Nie czułam się tam jak w domu , dlatego szukałam byle pretekstu by stamtąd wyjść. Żona mojego "kochającego tatusia" nie oszczędzała mnie, a wręcz przeciwnie. Wykorzystywała mój smutek, by dołować mnie jeszcze bardziej, a w towarzystwie swojego męża udawała przejętą, kochającą macochę. Gdy byli sami skarżyła się jak to ona nie stara się dla mnie być wsparciem, które ja odrzucam. Zdążyłam przyzwyczaić się do takiej sytuacji panującej w domu. Jednak z Shanem po pewnym czasie w ogóle nie mogłam się widywać. Czułam się jak na smyczy- pod stałą kontrolą.
Raz miałam tego dość i chciałam po prostu wyjść i się zobaczyć z chłopakiem, ale drogę zagrodził mi ojciec.
- Gdzie to się wybierasz?
- Wychodzę.- powiedziałam i próbowałam go ominąć, ale uniemożliwił mi to.- Puść mnie!
- Znowu chcesz iść do tego chłopaka!
- I co z tego! Zostaw mnie! Nie znaczysz dla mnie nic!- poczułam ostry ból policzka.- Jak mogłeś mnie uderzyć?- spytałam z nie do wierzeniem.
- Powiedz jeszcze raz, że nic dla ciebie nie znaczę, a dopiero ci przyłożę!
- Nic dla mnie nie znaczysz kretynie!- uderzył mnie tym razem mocniej.- No proszę bij mnie dalej ty damski bokserze!- tym razem oberwałam tak mocno, że zatoczyłam się w tył.
- Nie pójdziesz do tego chłopaka! Masz zakaz spotykania się z nim! Jeśli moje słowa cię nie przekonują to muszę użyć innych argumentów.- Szarpnął mnie na rękę i siłą wywlókł na górę. Nie zawrócił uwagi na to, że po drodze potknęłam się na schodach i musi mnie po nich ciągnąć.
- Przemyśl swoje zachowanie.- rzucił spokojnie na odchodne.
Czułam się fatalnie. Nie potrafiłam nawet płakać, byłam przerażona. Nie miałam jak uciec, ani jak skontaktować się z kimkolwiek. Zabrał mi telefon, odciął internet. Innymi słowy zrobił wszystko, aby nie miała łączności ze światem.
Następne dni, a potem tygodnie były dla mnie koszmarem. Sytuacja powtórzyła się niejednokrotnie. Po pewnym czasie stało się to codzienną rutyną, której nie umiałam przerwać. Byle pretekst był dla niego powodem do tego, aby ponownie zadać mi ból. Nie znał litości. Stał się tyranem, katem, a ja zamykałam się w sobie coraz bardziej. Przestałam szukać pomocy. Nie wierzyłam już w dobre zakończenie. Przyjaciele nie raz próbowali dostać się do mnie do domu, ale on skutecznie im to uniemożliwiał. Kiedyś łaskawie zgodził się, żeby Caroline przynosiła mi notatki z rozpoczynającej się szkoły. Kate maskowała wtedy moje siniki tak, że nic nie było po mnie widać. Sama nie mogłam pisnąć ani słówka, ponieważ byłam pod stała obserwacją, a poza tym... bałam się. Bałam się jak nigdy.
Caroline była pośrednikiem między mną, a Shanem. Wsuwała mi jego listy do notatek tak, żeby ojciec nie zauważył. Wiedziała też, że coś jest nie w porządku, ale strach nie pozwalał mi nić mówić. Pewnego razu siedząc u mnie w pokoju zauważyła moje posiniaczone ciało, gdy bluzka niechcący podwinęła się do góry.
- On cię bije?- powiedziała tak cicho, że ledwo ją słyszałam. Popatrzyłam w jej oczy pełne przerażenia, które wypełniały stopniowo łzy. - Odpowiedz mi, proszę....
- A co tu si dzieje moje panie?! Co wy robicie?- spytał ojciec, który pojawił się znikąd.
- Co się jej stało? Dlaczego jest tak posiniaczona?- domagała się odpowiedzi moja najlepsza przyjaciółka.
- Nie przesadzaj! Potknęła się niezdara na schodach. Prawda?- rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Niepewnie pokiwałam głową, że ma rację. Wiedziałam co mnie czeka zaraz po wyjściu mojego gościa.
- Widzisz Caroline? Ale przykro mi czas na ciebie.- powiedział stanowczo i wyszedł.
- Idę na policję.
- Nie, Carol proszę. Jemu się upiecze, Po akcji z Adamem nie wierzę, że coś zdziałają. To nic nie da.
- Caroline, mówiłem coś.- pojawił się ponownie ojciec.
- Sprowadzę pomoc. Wymyślę coś.- powiedziała na pożegnanie tak cicho, bym tylko ja mogła ją usłyszeć.
Gdy drzwi za dziewczyną zamknęły się, rozpoczęło się piekło.
- Co ja ci mówiłem?! Że nikt nie może się o tym dowiedzieć! A ty co wyprawiasz?!- darł się po mnie gospodarz domu.- Chyba niejasno się wyraziłem więc muszę użyć innych argumentów.- mówiąc to wyciągnął pas. Cofnęłam się o krok.- Odsłoń plecy.- rozkazał. Próbowałam uciec, ale chwycił mnie za włosy i rzucił na łóżko. Moja głowa niemiłosiernie obiła się o ramę. Dostałam pasem... Raz, drugi trzeci. Musiałam się jakoś wydostać. Podcięłam mu nogi i wylądował na podłodze. Miałam dzięki temu trochę czasu na ucieczkę. Popędziłam w stronę schodów, ale byłam za wolna.
- Co to miało być?!- krzyczał szarpiąc mnie. Uderzył mnie w twarz pięścią, straciłam równowagę i runęłam schodami w dół. Kręciło mi się w głowie. Nie miałam już siły wstać i się bronić.
Ktoś próbował się dostać do domu. Pukał, dzwonił, ale nikt nie reagował. Ojciec zszedł na dół i minął mnie bez słowa. Gdy otworzył zamknięte na klucz drzwi frontowe mocno się zdziwił.
- Jak mogłeś ty skurwysynie? Jak mogłeś ją bić?! - darł się Shane.
- Nie twoja sprawa smar...- nie dokończył. Otrzymał solidny cios w twarz. Potem dostawał kolejne, Starał się odpowiedzieć na te ataki, ale był bezsilny.
- Jessica, kochanie.- nagle Shane pojawił się obok mnie. - Jestem tu. Już cię stąd zabieram.- podniósł mnie z podłogi i ruszył ku wyjściu. - Zabiorę cię do szpitala. Już będzie dobrze. Zaopiekuje się tobą. Gdybym wiedział wcześniej.
Na zewnątrz czekał na nas Michael i Caroline z samochodem. Zawieźli mnie do szpitala, gdzie opatrzono mi rany oraz robiono różne badania. Po jakiś dwóch godzinach dali mi spokój i mogłam w spokoju poleżeć. W sali siedział oczywiście mój chłopak, trzymając mnie cały czas za rękę.
- Gdybym wcześniej wiedział... Mogłem się domyślić....
- Kochanie, proszę, nie obwiniaj się. To nie twoja wina.
Do pomieszczenia wszedł lekarz.
- Witam. Jessico, jesteś mocno potłuczona, ale nic poza tym. Jeszcze dzisiaj będziemy mogli cię wypisać. Miałaś wiele szczęścia, ale dziecku nic nie zagraża.
- Dziecku?!- spytaliśmy jednocześnie z Shanem.
- To wy nie wiecie? No cóż... Jesteś w trzecim miesiącu ciąży. Może zostawię was samych.- powiedział i wyszedł.
- Co? Ale.... Shane co teraz będzie?- spytałam.
- Ciii.... Spokojnie nie zostawię was. Poradzimy sobie, obiecuje. Nie pozwolę was skrzywdzić. Damy radę.
- On... on... On mnie zabije...- wydukałam z przerażeniem.
- Nie pozwolę, by jeszcze kiedykolwiek cię tknął! Niech tylko się do ciebie zbliży!
- To co zrobimy? On nam nigdy nie pozwoli być razem, a dziecko odda do adopcji. Ja nie chcę...- powiedziałam i objęłam ręką brzuch. Bałam się okropnie. Nastolatka w ciąży, która ma ojca tyrana. Już czułam na sobie te pełne pogardy spojrzenia innych ludzi. Wiedziałam też, że nie pozwolę skrzywdzić tej malutkiej istotki, którą noszę pod sercem. Chciałam ponieść konsekwencję swoich czynów i wychować to dziecko.
- A więc, możemy zrobić tylko jedno. Tylko nie wiem, czy jesteś na to gotowa. Jeśli nie to zrozumiem
- Co takiego?
- Uciekniemy. Wyjedziemy gdzieś, gdzie nas nikt nie znajdzie i zacznijmy wszystko od nowa.
To był szalony pomysł i nie byłam pewna, czy możliwy do zrealizowania. Rozważałam wszystkie za i przeciw, aż w końcu podjęłam decyzję.
- Masz rację. Zróbmy to.
----------------------------
Przepraszam, że tak późno, ale lepiej późno niż później :P
Bracie dziękuje za piękne słowa, które zapamiętam na zawsze. Dziękuje, że jesteś i, że mogę na ciebie liczyć :)
Oczywiście pozdrowienia dla mojej paczki :P Szczególnie dla Sówci, która męczy mnie o kolejny rozdział <3 Kocham cię wariacie <3
Serdecznie zapraszam na nokaut dwunasty: http://znokautowane-uczucia.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńCałuję :*
Już czytałam :* Ale jak ona zerwie z Michałem to nie wiem co ci zrobię <3 :*
Usuń