wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 13

                                                   ROZDZIAŁ 13
                                    Decyzja zapadła. Uciekamy z miasta. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej i z czego będziemy żyć, ale każde miejsce na ziemi będzie lepsze od tego, w którym przeżyłam horror. Byłam przerażona. Nie byłam pewna, czy sobie poradzimy. Już w głowie układały mi się obrazy tych pełnych pogardy spojrzeń skierowanych we mnie. Już słyszałam jak szepczą za moimi plecami. Nastolatka z brzuchem, która zmarnowała sobie życie. Nie należę do osób, których opinia innych w ogóle nie dotyka. Wiedziałam, że sama jestem sobie winna i byłam gotowa ponieść wszelkie konsekwencje.
                                    Wczesnym rankiem czekałam już przed szpitalem na Shana.
- Skąd je masz?- spytałam, kiedy chłopak zaparkował przed szpitalem samochód.
- Sprzedałem motor. Może... nie jest to luksus, ale da się nim... uciec.
- No to w drogę.
                                    Jechaliśmy przez kilka godzin, robiąc tylko od czasu do czasu krótkie postoje. Przez cały czas zastanawiałam się, co z nami będzie, czy podołamy nowej roli.
Jechaliśmy w nieznanym mi kierunku. Wszystko było mi jedno gdzie, bylebyśmy byli bezpieczni, byleby dalej od tego co mnie spotkało w miejscu, które nazywałam domem.
- Shane, uciekliśmy, ale co dalej?- zadałam my pytanie, które chodziło mi po głowie od dłuższego czasu.
Westchnął.
- Jedziemy do pani Gibens, jej brat zostawił jej kiedyś dom w Nowym Orleanie. Zapytam, czy na jakiś czas możemy w nim zamieszkać, póki sami nie staniemy na nogi i póki nie będziemy musieli przestać sie ukrywać. Jeśli się zgodzi, pojedziemy tam. Ja znajdę tam pracę i zrobię wszystko by się wami zająć.- powiedział i położył swoją rękę na moim brzuchu.  
                                    Żałowałam tylko, że to tylko w teorii wydaje się proste. Rzeczywistość jednak jest okrutniejsza. Tyle rzeczy mogło pójść nie tak.
- Jess, nie martw się na zapas.
- Co?
- Przysięgam, że słyszę twoje myśli. Na razie dojedźmy do Kalifornii i porozmawiajmy z panią Gibens. Skupmy się na tym. Postaraj się, o tym nie myśleć.- próbował dodać mi otuchy.
- Póki co zjedź do jakiejś knajpki bo jestem tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami.
Zaśmiał się.
- Ej, to wcale nie jest śmieszne!- próbowałam się oburzyć, ale kąciki ust mimowolnie uniosły się do góry. Nie przeszkodziło mi to w zdzieleniu Shane po głowie.
- Dobra, dobra już zjeżdżam. Tu jest jakaś knajpka.
                                    Weszliśmy do małego, skromnie urządzonego pomieszczenia. Na nadmiar klientów to oni nie narzekali. Na ścianie za barem był powieszony telewizor. Usiedliśmy w stoliku w samym rogu. Po chwili podeszła do nas kelnerka.
- Witam, co podać?- spytała.
- Poprosimy dwa hamburgery z frytkami, jedną sałatkę i sok pomarańczowy.
Kiedy jedliśmy nasze zamówienie, wydarzyło się coś, co jeszcze bardziej skomplikowało naszą trudną sytuację.
- Wiadomości z ostatniej chwili! Dzisiaj w okolicach godzin porannych nastoletnia Jessica została porwana, przez niejakiego Shana Stensona. Nieletnia została skatowana przez swojego oprawcę, a następnie uprowadzona ze szpitala. Chłopak był notowany za bójki i posiadanie narkotyków. Jeśli ich widzieliście prosimy o niezwłoczne zawiadomienie policji.
Siedziałam jak sparaliżowana. Jak to się mogło stać?
- To ojciec to na pewno jego sprawka! Shane, tak mi przykro- powiedziałam i złapałam go za rękę. Dlatego, że chciał być odpowiedzialny zrobiono z niego przestępce.
- Musimy uciekać.- wskazał ręką na kelnerkę, która trzymała w ręce telefon.
Szybko pozbieraliśmy rzeczy i biegiem ruszyliśmy do auta.
- Ej, stać! Zostaw ją!- biegła za nami kelnerka i przytrzymała mi drzwi.- Nie musisz z nim jechać.
- Pani nic nie rozumie, to nie Shane mi to zrobił, to ojciec! A teraz proszę mnie puścić- odepchnęłam ją i czym prędzej weszłam do samochodu. Ruszyliśmy z piskiem opon. Oboje oddychaliśmy szybko. Fala paniki zalała cały mój organizm.
- Co teraz?....- szepnęłam, mając łzy w oczach i gulę w gardle.
- Nie wiem kotek, musimy jakoś sobie z tym poradzić. On nie może się pogodzić z tym, że odeszłaś, dlatego teraz chce, żebyś wróciła, chce cię ukarać. Nie martw się zrobię wszystko, żebyście byli bezpieczni.
                                    Jechaliśmy jeszcze przez wiele, wiele godzin. Zmęczenie, malujące się na twarzy Shana było już bardzo widoczne.
- Powinieneś się przespać, odpocząć. Widzę jak ci się oczy zamykają.
- Dam radę.
- Słońce, jak spowodujesz wypadek, to będzie jeszcze gorzej.- przekonywałam go dalej.
- Ale gdzie się zatrzymamy. TA wiadomość była w telewizji krajowej. Wszędzie nas szukają. Myślą, że cię porwałem. Nie możemy zatrzymać się w żadnym hotelu.
- Trudno zatrzymaj się gdzieś na poboczu, gdzie jest w miarę bezpiecznie prześpimy się w aucie.
- Dobrze.
Po 20 minutach zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu. Ułożyłam się obok Shana i wtuliłam do jego ciała, a on przykrył nas kocem.
- Boję się Shane, tak strasznie się boję.
- Wiem, malutka. Staraj się, o tym nie myśleć i zasnąć.- pocałował mnie w skroń.- Dobranoc.
Zasnęłam, otulona ramionami, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Następny dzień miał znowu nam przynieść problemy, byłam tego pewna, ale póki co to nie miało znaczenia.
                                            * * *
                     Rano ponownie musieliśmy ruszyć w drogę. Wstawaliśmy, kiedy było to naprawdę konieczne. Mieliśmy świadomość, że szuka nas policja w całym kraju, ponieważ jeden człowiek postanowił się
zemścić. Zastanawiałam  się dlaczego po prostu nie da mi odejść. Przecież nie oczekiwałam od niego niczego nawet rekompensaty za to co zrobił. Chciałam tylko spokoju- pragnęłam za dużo.
                    Wieczorem dotarliśmy na obrzeża miasteczka Paradise. Zatrzymaliśmy przed skromnym domkiem na skraju lasu obok rzeki. Fala zdenerwowania zalała moje ciało. Liczyłam na pomoc kobiety, której nie znam. Co jej miałam powiedzieć?
- To tutaj. Nie bój się. Pomoże nam.- próbował mi dodać otuchy Shane. Skwitowałam to tylko wymuszonym uśmiechem.
Szliśmy wolnym krokiem w kierunku drzwi. Shane objął mnie ramieniem. Kolana miałam jak z waty. W głębi ducha wiedziałam, że pani Gibens to poczciwa staruszka. Zaopiekowała się chłopcem, który nie miał nic, a sprawiał wiele problemów. Jednak dręczyły mnie obawy, jak zareaguje na wiadomość o mojej ciąży.
- Gotowa?- spytał trzymając klamkę.
- Nigdy nie będę na to gotowa.
- A więc wchodzimy.
Po przekroczeniu progu zobaczyłam skromnie urządzone, ale czyste wnętrze. Dom nie miał nawet piętra.
- Babciu? Jesteś?

Z kuchni wyszła starsza, przygarbiona kobieta. Odruchowo schowałam się za plecami swojego chłopaka.
- Shane! Dziecko ty moje! Co za niespodzianka! W końcu raczyłeś odwiedzić starą kobietę co? Chodź no tu do mnie!- podeszła do niego i przytuliła mocno.- Zmizerniałeś! Mówiłam ci, że tak będzie, ale troszeczkę cię podtuczę ty się nic nie martw.
- Babciu, ale chciałbym ci kogoś przedstawić.- przyciągnął mnie do siebie.- To jest moja dziewczyna Jessica. Jessica poznaj panią Gibens.

- Dzień dobry, dziecko!- przytuliła mnie równie mocno co Shana.- Zaraz wam coś przygotuję. Musicie być strasznie zmęczeni. Zaraz wam coś przygotuję do jedzenia i sobie porozmawiamy. - powiedziała po czym zniknęła ponownie w kuchni.
- Widzisz nie było tak strasznie.- z uśmiechem podsumował wszystko Shane.
- Bo jeszcze nie wiem najgorszego. Co będzie jak....- nie skończyłam, gdyż usta zostały mi zamknięte namiętnym pocałunkiem.

- Będzie dobrze. W końcu musi.
                    Późnym wieczorem wspólnie usiedliśmy przy stole, jedząc kolację przygotowaną przez panią Gibens, która nie pozwoliła sobie pomóc. W posprzątaniu po niej również. Stwierdziła, że nie wypada bo jesteśmy gośćmi.
- No, a teraz opowiadajcie co się stało.
- Bo widzisz babciu, to trochę delikatna sprawa....- próbował zacząć Shane. - Chodzi o to, że Jessica jest w ciąży, ale nie może zostać w domu, ponieważ jej ojciec ją bije. Jej mama... zmarła. Nie mamy za bardzo, gdzie się podziać. W dodatku jej ojciec wniósł oskarżenie na policje, że ją porwałem. Proszę pomóż nam. Nie mogę jej zostawić.
- Dzieci, narobiliście sobie kłopotów. Dobrze, że nie zrobiliście jakiegoś głupstwa i nie usunęliście ciąży to byłby szczyt. W tej sytuacji nie możecie wrócić do domu. Tutaj też nie możecie zostać. Przecież twoja ciotka cię nie cierpi i zaraz powie, gdzie możesz być. Pojedziecie do Nowego Orleanu do mieszkania mojego brata, jutro z samego rana. Od razu was zaczną szukać tutaj i pytać. Powiem, że was nie widziałam. Dam wam trochę oszczędności. W Nowym Orleanie mieszka mój stary przyjaciel, który ma własny warsztat samochodowy, może cię przyjmie Shane. Ale pamiętajcie, że musicie się ukrywać. Policja w całym kraju na pewno ma wasze zdjęcia. To nie jest prosta sytuacja, ale jakoś sobie poradzimy. Zawsze możecie na mnie liczyć.
- Dziękujemy. Naprawdę jesteśmy pani bardzo wdzięczni.- powiedziałam ze łzami w oczach. Nie mogłam liczyć na nikogo ze swojej rodziny, a obca kobieta okazuje mi tyle ciepła. 

- Dziecinko, to oczywiste, że wam pomogę. Shane, idź po wasze rzeczy do auta musicie wypocząć. Nie płacz kochanie, będzie dobrze.- otarła moje łzy z policzków. Jej gesty były dla mnie zadziwiające. Jej dobroć, chęć pomocy nie wypływała z jakiegoś poczucia obowiązku, była naturalna, pochodziła prosto z serca.
Shane wyszedł na dwór.
- Chodź dziecinko musisz odpocząć kiedyś musimy posiedzieć na spokojnie przy filiżance herbaty.
- Mam nadzieję, że kiedyś będzie na to czas.- uśmiechnęłam się szczerze.
Shane przyniósł nasz skromny "dobytek", poszłam się odświeżyć, a potem położyłam się, po czym natychmiast zasnęłam.
                             ***
                    Poszedłem po nasze rzeczy zgodnie z prośbą pani Gibens. Wszystko się skomplikowało, jakby ta cała sytuacja nie była dość pokręcona. Jessica poszła spać. Ja usiadłem jeszcze na moment na tarasie.
- To się porobiło kochanie.- przysiadła się do mnie staruszka.
- I to jak.
- Ale ta dziewczyna ma na ciebie bardzo dobry wpływ. Zmieniłeś się. Mam rację?
- Jak zawsze masz racje. Po prostu dla niej chciałem się zmienić. Była dla mnie taka dobra, a ja czułem, że na nią nie zasługuje, nadal tak myślę. Chcę być dla niej jak najlepszy. Chcę, żeby miała we mnie wsparcie. Chcę się nimi zaopiekować. Chcę wziąć odpowiedzialność za to co się stało.
- Widzisz w naszym życiu trafiają się osoby, które potrafią zmienić wszystko, nawet jeśli same o tym nie wiedzą. Cieszę się, że przestałeś się niszczyć. Ja nie potrafiłam do ciebie dotrzeć. Jednak zawsze wiedziałam, że gdzieś w głębi ciebie żyje ten chłopak sprzed wypadku.
- Masz na myśli tego chłopaka, który nie ćpał i nie pił. Tak, masz rację. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Poza tym, nie próbuj się obwiniać. Zawsze robiłaś co mogłaś. Nie wiem jakbyśmy sobie bez ciebie poradzili.
- Och, nie ma o czym mówić kochanie. Zawsze możecie na mnie liczyć.- powiedziała z uśmiechem. - Idź spać jutro czeka was długa droga. Dobranoc.
-Dobranoc. 
Poszedłem do łazienki wziąć szybki prysznic, a następnie ułożyłem się obok Jessici, obejmując ją ręka i składając pocałunek na ustach. Nie wiem co by było gdyby mi jej zabrakło. 
                  ***
                     Wstaliśmy wcześnie rano, aby jak najprędzej wyruszyć w drogę. Mieliśmy nadzieję być w Nowym Orleanie o zmierzchu lub nad ranem. Podróż była męcząca, czego można było się spodziewać. Jednak, kiedy byliśmy już w stanie Luizjana, zatrzymała nas policja. 
- I co teraz?- byłam wręcz przerażona.
- Bądź naturalna, uśmiechnięta, nie zachowuj się podejrzanie.
- Nie zachowuj się podejrzanie- prychnęłam- łatwo mówić.
Shane uchylił okno. 
- Dobry wieczór.
- Dobry wieczór panie władzo. Stało się coś?
- Proszę jechać objazdem zdarzył się tam wypadek i droga jest zamknięta.
- Naprawdę? To straszne. Obiecuję, że pojedziemy okrężną drogą.
- A właściwie dlaczego wy młodzi jeździcie tak po nocy.
- Rozumie pan wracamy z randki, a nocą podobno jest romantycznie- Shane teatralnie przewrócił oczami.- Wie pan jakie są kobiety. 
Uderzyłam go niby żartobliwie w ramie i się uśmiechnęłam dla zachowania pozorów chociaż w środku trzęsłam się jak galareta.
- Kotek, ale taka jest prawda. Sama wiesz. Jesteś kobietą i nic na to nie poradzisz.- ciągnął swoją rolę chłopak.
-No tak, kobiety.- połknął haczyk policjant.- Tylko bądźcie ostrożni. A pani niech pilnuje chłopaka.
- Ma pan to jak w banku.- uśmiechnęłam się.
- Do widzenia i proszę bądźcie ostrożni.
Mogliśmy spokojnie odjechać. Kamień spadł mi z serca.
- Rany.... Jak ja się bałam.
- Grunt, że się udało.- powiedział Shane i pocałował mnie w skroń. 
Nasza podróż trwała jeszcze półtorej godziny i zatrzymaliśmy się tym razem na obrzeżach Nowego Orleanu. W promieniu półtora kilometra nie było żadnego innego domu oprócz małego domku należącego do Pani Gibens. 
Zaparkowaliśmy samochód i weszliśmy do dość nowocześnie urządzonego pomieszczenia. W mieszkaniu były 3 pokoje, salon, łazienka, kuchnia, poddasze i piwnica. Rozpakowaliśmy wszystko co mieliśmy, a było tego niewiele, a następnie poszliśmy spać. Padaliśmy z nóg. 
- Jakoś to będzie malutka. Damy sobie radę.- powiedział Shane, kiedy już leżeliśmy przytuleni w łóżku. Czułam, że przez najbliższy czas nie będzie nam łatwo, ale będzie dobrze.... Lepiej niż do tej pory.
                
                            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz