poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Rozdział 15

ROZDZIAŁ 15

                                 Następnego dnia wstałam stosunkowo wcześnie. Z racji tego, że była niedziela Shane miał wolne i mógł odpocząć. Zsunęłam z siebie delikatnie kołdrę, ostrożnie podniosłam się z łóżka i na paluszkach zeszłam na dół. Nie chciałam go budzić. Miał prawo się wyspać. Przygotowałam śniadanie, które czekało na Shana. Sama zajęłam się porządkami w domu. Po niedługim czasie mieszkanie lśniło, a ja poszłam posiedzieć na tarasie. Wpatrywałam się w widoki rozciągające się przede mną. Nagle poczułam pocałunki na swojej szyi.

- Mmmm....

- Dzień dobry kochanie.- przywitał się Shane.

- Dzień dobry, dzień dobry. Ty już się wyspałeś? Na stole w kuchni masz zrobione śniadanie.

- O dziękuje, umieram z głodu. A jak się miewa nasza księżniczka?- kucnął przede mną i położył głowę na moim brzuchu.

- Dobrze się ma.- uśmiechnęłam się do niego. Co ja bym bez niego zrobiła. Zauważyłam zmiany jakie zaszły w Shanie. Jak go poznałam był beztroski, wyluzowany, zlewał wszystko po kolei. A teraz... teraz mam wrażenie, że to inny człowiek, ale cały czas ten sam. Nie bardzo wiem jak to wyjaśnić. Jedno jest pewne bez jego wsparcia i zaangażowania nie wiem co by ze mną było i czy w ogóle bym była.

- Ty, tatuś, idź zjedz bo nam zaraz padniesz i co będzie?- spytałam z uśmiechem.

- Idę, idę.- wstał, pocałował mnie w czoło i poszedł do domu.

Ja nadal wylegiwałam się na słońcu. Piękny dzień. Aż chce się żyć.

- Jessica! Chodź tu szybko!- krzyknął Shane. Zerwałam się do biegu jak poparzona i wpadłam do domu przerażona.

- Co się stało?!

- Patrz.- powiedział i pokazał na telewizor.

- Wiadomości z ostatniej chwili. Wszyscy pamiętamy sprawę o porwanie nieletniej Jessici przez niejakiego Shana Stensona, Jednak na światło dzienne wyszły nowe fakty. Okazało się, że Jessicę w domu bił jej własny ojciec. Podobno pan Stenson był chłopakiem nieletniej i to on uratował ją z domu pełnego przemocy. W dodatku osoba z bliskiego kręgu nastolatki twierdzi, że Jessica była nękana psychicznie nie tylko przez ojca, ale również macochę. Na domiar tego dziewczyna kilka miesięcy temu straciła matkę. Istnieje duża możliwość, że Jessica ze strachu o swoje życie uciekła z domu wraz ze swoim chłopakiem. Sprawa ojca nieletniej jest w toku. Sąd wydał nakaz tymczasowego aresztowania oskarżonego.

Jeszcze nigdy nie czułam takiego uczucia ulgi. Nie wierzyłam w to co się dzieje. Nareszcie! Nareszcie koniec z ukrywaniem się! Byliśmy wolni....

- Tak, Jessica udało się!- zaczął wrzeszczeć Shane, wziął mnie w swoje ramiona i zaczął się kręcić.- Jesteś moja! Moja na zawsze.

- Tak jestem twoja....- szepnęłam z uśmiechem na ustach i łzami w oczach.- Koniec tego horroru.- powiedziałam.- Shane, dziękuje ci, ze tu jesteś ze mną, że się mną opiekowałeś.... Dziękuje za wszystko.

- Kochanie....- zaczął mówić i chwycił mnie za ręce.- Nie masz za co dziękować. Poszedł bym za tobą nawet na koniec świata. Kocham cię i zawsze będę cię kochać. Nigdy cię nie zostawię bo jesteś miłością mojego życia i zrobię dla ciebie wszystko. Po za tym to ja dziękuje ci za to, że mam o kogo dbać.

Te słowa tyle dla mnie znaczyły. Kolejny raz dzisiaj poczułam smak jego ust. Całował mnie tak zachłannie, ale jednocześnie delikatnie, z pasją, jakby nie mógł się nasycić, a ja z przyjemnością oddawałam pocałunki. Jeszcze długo staliśmy tak po prostu wtuleni w siebie. Cieszyliśmy się sobą. Wreszcie coś szło po naszej myśli. A ja nie musiałam się bać, że kiedy Shane wyjdzie do pracy już nie wróci. Wszystko zaczynało się układać.

                            Kolejne dni były zdecydowanie łatwiejsze. Teoretycznie mogliśmy poruszać się po mieście bez żadnych obaw. Jednak tak czy inaczej poszłam za radą Rose i zmieniłam fryzurę. Nie miałam się czego bać, ale mimo wszystko spojrzenia i szepty za plecami, kiedy szliśmy z Shanem ulicą odrobinę irytowały. Poza tym nie czułam się wtedy komfortowo. Po zmianie fryzury mało kto mnie rozpoznał.

                            Przez następne miesiące wiele się zmieniło. Już nikt nie pamiętał o naszej historii choć od czasu do czasu dzwonili do nas dziennikarze, chcący opisać naszą sytuację. Zawsze odmawialiśmy. Kolejne nagłośnienie sprawy nie było nam potrzebne, a sprawiło by tylko niepotrzebne problemy.
                           Urządziliśmy pokój dla naszej małej dziewczynki, a właściwie Shane urządził bo przecież nie pozwolił mi niczego ruszać. Kupił łóżeczko i sam zrobił kołyskę dla dziecka. Byłam pod wielkim wrażeniem jego zaangażowania. Co dzień potrafił mnie zaskoczyć jeszcze bardziej.
                           Na święto zmarłych chciałam jechać do Chicago, odwiedzić grób mamy, ale niestety. Nie było to nam dane. Za duży koszt podróży i martwiliśmy się, czy taka podróż by nie zaszkodziła dziecku.

                           14 listopada 2013 roku. Godzina 1:33. Nie mogę zasnąć. Czuję narastające skurcze, ale nic nie mówię Shanowi. Myślę, że może przejdzie. Termin porodu teoretycznie wyznaczony na za 2 tygodnie. Godzina 2:14. Ból nie ustępuje. Idę do kuchni napić się soku, ale nawet nie zeszłam po schodach. Uświadomiłam sobie, że są to TE skurcze.
- Shane!- krzyczę, wchodząc z powrotem do pokoju.

- Co się dzieje?- pyta zaspany.

- Rodzę!

- A, to gratulacje.- powiedział i poszedł spać dalej.

- Ja rodzę debilu!- wrzeszczę i uderzam go poduszką.

- Co?! Jak to rodzisz?! To czemu nic nie mówisz!- obudził się w jednej chwili i zerwał z łóżka w pośpiechu narzucając na siebie ubrania.- Już tylko bez paniki, tylko bez paniki, Shane dasz radę....- gadał do siebie.

- Co dasz radę?! Ja tu rodzę! Zawieź mnie do szpitala!

- Już, już! Nie krzycz na mnie.- jedno było pewne był przerażony.

Zniósł mnie po schodach i wsadził do auta.

- Kluczyki! Zapomniałem kluczyków.

- Ja cię zaraz zastrzelę. Nie siedź jak kołek leć po nie!

Wybiegł z samochodu jak z procy i szybko wrócił. Odpalił auto i mogliśmy jechać. Jednak po chwili auto zgasło.

- No nie.... Angelina, słońce nie rób mi tego....- powiedział i pogłaskał kierownicę.

- Shane....

- Tak, kochanie?- spytał przerażony

- Odpal to auto!

- Nie krzycz na mnie to nie moja wina! Trzeba je popchać.

Wysiadłam z auta i poszłam popychać. No bo co miałam zrobić? Jestem ciekawa, która kobieta musiała robić to co ja w tamtej chwili, kiedy rodziła. Po minucie auto zapaliło. Shane nie dbał o przepisy i złapała nas policja.

- Dobry wieczór. Dokumenciki proszę.

- Ale panie władzo....

- Żadne panie władzo było nie jechać tak szybko. Wiecie ile jest teraz wypadków. A jesteście jeszcze tacy młodzi. Naprawdę chcecie zginąć? Nie wydaje mi się więc czemu...

- Bo ja rodzę!- wydarłam się, ale ile było można.

- To co nic nie mówicie! Będziemy was eskortować. Gazu młody, gazu.

Bez dalszych komplikacji dojechaliśmy do szpitala. Podczas całej drogi wydzierałam się na Shana nie pamiętam już za co, ale wtedy sądziłam, że mu się należy. Shane pobiegł po wózek bo już nawet chodzić nie mogłam.

- Dobra poczekaj tu, a ja pójdę po lekarza i sprawdzić salę. Tylko się stąd nie ruszaj nigdzie ok?

-A gdzie twoim zdaniem mam iść?!- krzyknęłam po raz enty tego wieczoru.

Shane pobiegł po lekarza, ale zajęło mu to dosłownie chwilę.

- No więc tak.... Sal jedynek już nie ma są tylko wspólne. To co bierzemy, czy szukamy innego szpitala?

- Ja cię chyba zabiję! To nie cholerna restauracja, bierz co dają albo urodzę tutaj!!!

- Bierzemy wspólną.- zwrócił się do lekarza.

Przez kolejne minuty, godziny ból był potworny. Shane był cały czas ze mną i trzymał mnie za rękę. W pewnej chwili pobladł na twarzy. Naprawdę  miałam wrażenie, że on zaraz stracić przytomność.

- Spróbuj ino zemdleć!- wydarłam się, przyciągając go jedną ręką za koszulkę i spoglądając groźnie co go jeszcze bardziej wystraszyło.- Zrobiłeś mi to dziecko?!- nie odpowiedział.- No pytam!- pokiwał twierdząco głową przerażony.- To teraz masz tu ze mną być do końca bo cię uduszę!- krzyczałam dalej.

                       Długo nam to zajęło, ale w końcu o 7;30 na świat przyszła mała Jane. Po policzkach pociekły mi łzy. Shane również nie ukrywał swojego wzruszenia. Waga 2.8kg. Nasza mała kruszynka.

- Czy mogę ją potrzymać?- spytałam cała we łzach.

- Tak, proszę. Oto wasza córka.- pielęgniarka podała mi dziecko z uśmiechem na ustach.

- Cześć maluszku.- zaczął mówić do córeczki Shane.- Jesteś taka piękna wiesz?- całował ją po rączkach.- Nasza kruszynka.

Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Shane musnął moje usta swoimi. Miał rację. To była nasza mała kruszynka. Mała była śliczna, drobna, oczy miała ewidentnie po tacie- mocno brązowe, ciemne włoski sterczały jej na wszystkie strony. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Wreszcie mieliśmy ją przy sobie.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z dedykacją dla Rybci ❤ Kocham cię wariacie ❤

2 komentarze:

  1. Jaki cudowny rozdział *.* I ja nadalam imię <3 chociaż jakbyś mi powiedziała to bym lepsze wymyślia. A najlepszy tekst: Shane ja rodzę. A to gratulacje :D

    OdpowiedzUsuń