poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Rozdział 15

ROZDZIAŁ 15

                                 Następnego dnia wstałam stosunkowo wcześnie. Z racji tego, że była niedziela Shane miał wolne i mógł odpocząć. Zsunęłam z siebie delikatnie kołdrę, ostrożnie podniosłam się z łóżka i na paluszkach zeszłam na dół. Nie chciałam go budzić. Miał prawo się wyspać. Przygotowałam śniadanie, które czekało na Shana. Sama zajęłam się porządkami w domu. Po niedługim czasie mieszkanie lśniło, a ja poszłam posiedzieć na tarasie. Wpatrywałam się w widoki rozciągające się przede mną. Nagle poczułam pocałunki na swojej szyi.

- Mmmm....

- Dzień dobry kochanie.- przywitał się Shane.

- Dzień dobry, dzień dobry. Ty już się wyspałeś? Na stole w kuchni masz zrobione śniadanie.

- O dziękuje, umieram z głodu. A jak się miewa nasza księżniczka?- kucnął przede mną i położył głowę na moim brzuchu.

- Dobrze się ma.- uśmiechnęłam się do niego. Co ja bym bez niego zrobiła. Zauważyłam zmiany jakie zaszły w Shanie. Jak go poznałam był beztroski, wyluzowany, zlewał wszystko po kolei. A teraz... teraz mam wrażenie, że to inny człowiek, ale cały czas ten sam. Nie bardzo wiem jak to wyjaśnić. Jedno jest pewne bez jego wsparcia i zaangażowania nie wiem co by ze mną było i czy w ogóle bym była.

- Ty, tatuś, idź zjedz bo nam zaraz padniesz i co będzie?- spytałam z uśmiechem.

- Idę, idę.- wstał, pocałował mnie w czoło i poszedł do domu.

Ja nadal wylegiwałam się na słońcu. Piękny dzień. Aż chce się żyć.

- Jessica! Chodź tu szybko!- krzyknął Shane. Zerwałam się do biegu jak poparzona i wpadłam do domu przerażona.

- Co się stało?!

- Patrz.- powiedział i pokazał na telewizor.

- Wiadomości z ostatniej chwili. Wszyscy pamiętamy sprawę o porwanie nieletniej Jessici przez niejakiego Shana Stensona, Jednak na światło dzienne wyszły nowe fakty. Okazało się, że Jessicę w domu bił jej własny ojciec. Podobno pan Stenson był chłopakiem nieletniej i to on uratował ją z domu pełnego przemocy. W dodatku osoba z bliskiego kręgu nastolatki twierdzi, że Jessica była nękana psychicznie nie tylko przez ojca, ale również macochę. Na domiar tego dziewczyna kilka miesięcy temu straciła matkę. Istnieje duża możliwość, że Jessica ze strachu o swoje życie uciekła z domu wraz ze swoim chłopakiem. Sprawa ojca nieletniej jest w toku. Sąd wydał nakaz tymczasowego aresztowania oskarżonego.

Jeszcze nigdy nie czułam takiego uczucia ulgi. Nie wierzyłam w to co się dzieje. Nareszcie! Nareszcie koniec z ukrywaniem się! Byliśmy wolni....

- Tak, Jessica udało się!- zaczął wrzeszczeć Shane, wziął mnie w swoje ramiona i zaczął się kręcić.- Jesteś moja! Moja na zawsze.

- Tak jestem twoja....- szepnęłam z uśmiechem na ustach i łzami w oczach.- Koniec tego horroru.- powiedziałam.- Shane, dziękuje ci, ze tu jesteś ze mną, że się mną opiekowałeś.... Dziękuje za wszystko.

- Kochanie....- zaczął mówić i chwycił mnie za ręce.- Nie masz za co dziękować. Poszedł bym za tobą nawet na koniec świata. Kocham cię i zawsze będę cię kochać. Nigdy cię nie zostawię bo jesteś miłością mojego życia i zrobię dla ciebie wszystko. Po za tym to ja dziękuje ci za to, że mam o kogo dbać.

Te słowa tyle dla mnie znaczyły. Kolejny raz dzisiaj poczułam smak jego ust. Całował mnie tak zachłannie, ale jednocześnie delikatnie, z pasją, jakby nie mógł się nasycić, a ja z przyjemnością oddawałam pocałunki. Jeszcze długo staliśmy tak po prostu wtuleni w siebie. Cieszyliśmy się sobą. Wreszcie coś szło po naszej myśli. A ja nie musiałam się bać, że kiedy Shane wyjdzie do pracy już nie wróci. Wszystko zaczynało się układać.

                            Kolejne dni były zdecydowanie łatwiejsze. Teoretycznie mogliśmy poruszać się po mieście bez żadnych obaw. Jednak tak czy inaczej poszłam za radą Rose i zmieniłam fryzurę. Nie miałam się czego bać, ale mimo wszystko spojrzenia i szepty za plecami, kiedy szliśmy z Shanem ulicą odrobinę irytowały. Poza tym nie czułam się wtedy komfortowo. Po zmianie fryzury mało kto mnie rozpoznał.

                            Przez następne miesiące wiele się zmieniło. Już nikt nie pamiętał o naszej historii choć od czasu do czasu dzwonili do nas dziennikarze, chcący opisać naszą sytuację. Zawsze odmawialiśmy. Kolejne nagłośnienie sprawy nie było nam potrzebne, a sprawiło by tylko niepotrzebne problemy.
                           Urządziliśmy pokój dla naszej małej dziewczynki, a właściwie Shane urządził bo przecież nie pozwolił mi niczego ruszać. Kupił łóżeczko i sam zrobił kołyskę dla dziecka. Byłam pod wielkim wrażeniem jego zaangażowania. Co dzień potrafił mnie zaskoczyć jeszcze bardziej.
                           Na święto zmarłych chciałam jechać do Chicago, odwiedzić grób mamy, ale niestety. Nie było to nam dane. Za duży koszt podróży i martwiliśmy się, czy taka podróż by nie zaszkodziła dziecku.

                           14 listopada 2013 roku. Godzina 1:33. Nie mogę zasnąć. Czuję narastające skurcze, ale nic nie mówię Shanowi. Myślę, że może przejdzie. Termin porodu teoretycznie wyznaczony na za 2 tygodnie. Godzina 2:14. Ból nie ustępuje. Idę do kuchni napić się soku, ale nawet nie zeszłam po schodach. Uświadomiłam sobie, że są to TE skurcze.
- Shane!- krzyczę, wchodząc z powrotem do pokoju.

- Co się dzieje?- pyta zaspany.

- Rodzę!

- A, to gratulacje.- powiedział i poszedł spać dalej.

- Ja rodzę debilu!- wrzeszczę i uderzam go poduszką.

- Co?! Jak to rodzisz?! To czemu nic nie mówisz!- obudził się w jednej chwili i zerwał z łóżka w pośpiechu narzucając na siebie ubrania.- Już tylko bez paniki, tylko bez paniki, Shane dasz radę....- gadał do siebie.

- Co dasz radę?! Ja tu rodzę! Zawieź mnie do szpitala!

- Już, już! Nie krzycz na mnie.- jedno było pewne był przerażony.

Zniósł mnie po schodach i wsadził do auta.

- Kluczyki! Zapomniałem kluczyków.

- Ja cię zaraz zastrzelę. Nie siedź jak kołek leć po nie!

Wybiegł z samochodu jak z procy i szybko wrócił. Odpalił auto i mogliśmy jechać. Jednak po chwili auto zgasło.

- No nie.... Angelina, słońce nie rób mi tego....- powiedział i pogłaskał kierownicę.

- Shane....

- Tak, kochanie?- spytał przerażony

- Odpal to auto!

- Nie krzycz na mnie to nie moja wina! Trzeba je popchać.

Wysiadłam z auta i poszłam popychać. No bo co miałam zrobić? Jestem ciekawa, która kobieta musiała robić to co ja w tamtej chwili, kiedy rodziła. Po minucie auto zapaliło. Shane nie dbał o przepisy i złapała nas policja.

- Dobry wieczór. Dokumenciki proszę.

- Ale panie władzo....

- Żadne panie władzo było nie jechać tak szybko. Wiecie ile jest teraz wypadków. A jesteście jeszcze tacy młodzi. Naprawdę chcecie zginąć? Nie wydaje mi się więc czemu...

- Bo ja rodzę!- wydarłam się, ale ile było można.

- To co nic nie mówicie! Będziemy was eskortować. Gazu młody, gazu.

Bez dalszych komplikacji dojechaliśmy do szpitala. Podczas całej drogi wydzierałam się na Shana nie pamiętam już za co, ale wtedy sądziłam, że mu się należy. Shane pobiegł po wózek bo już nawet chodzić nie mogłam.

- Dobra poczekaj tu, a ja pójdę po lekarza i sprawdzić salę. Tylko się stąd nie ruszaj nigdzie ok?

-A gdzie twoim zdaniem mam iść?!- krzyknęłam po raz enty tego wieczoru.

Shane pobiegł po lekarza, ale zajęło mu to dosłownie chwilę.

- No więc tak.... Sal jedynek już nie ma są tylko wspólne. To co bierzemy, czy szukamy innego szpitala?

- Ja cię chyba zabiję! To nie cholerna restauracja, bierz co dają albo urodzę tutaj!!!

- Bierzemy wspólną.- zwrócił się do lekarza.

Przez kolejne minuty, godziny ból był potworny. Shane był cały czas ze mną i trzymał mnie za rękę. W pewnej chwili pobladł na twarzy. Naprawdę  miałam wrażenie, że on zaraz stracić przytomność.

- Spróbuj ino zemdleć!- wydarłam się, przyciągając go jedną ręką za koszulkę i spoglądając groźnie co go jeszcze bardziej wystraszyło.- Zrobiłeś mi to dziecko?!- nie odpowiedział.- No pytam!- pokiwał twierdząco głową przerażony.- To teraz masz tu ze mną być do końca bo cię uduszę!- krzyczałam dalej.

                       Długo nam to zajęło, ale w końcu o 7;30 na świat przyszła mała Jane. Po policzkach pociekły mi łzy. Shane również nie ukrywał swojego wzruszenia. Waga 2.8kg. Nasza mała kruszynka.

- Czy mogę ją potrzymać?- spytałam cała we łzach.

- Tak, proszę. Oto wasza córka.- pielęgniarka podała mi dziecko z uśmiechem na ustach.

- Cześć maluszku.- zaczął mówić do córeczki Shane.- Jesteś taka piękna wiesz?- całował ją po rączkach.- Nasza kruszynka.

Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Shane musnął moje usta swoimi. Miał rację. To była nasza mała kruszynka. Mała była śliczna, drobna, oczy miała ewidentnie po tacie- mocno brązowe, ciemne włoski sterczały jej na wszystkie strony. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Wreszcie mieliśmy ją przy sobie.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z dedykacją dla Rybci ❤ Kocham cię wariacie ❤

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 14

ROZDZIAŁ 14
                             Następny dzień nie przyniósł żadnych nowych rewelacji oprócz faktu, że Shane dostał prace w warsztacie samochodowym znajomego pani Gibens. Cieszył nas ten mały postęp. Dla mnie było to małe światełko w tunelu, malutki kroczek do tego, aby było dobrze. Moje sińce na całym ciele wyglądały tragicznie. Jedynie na twarzy pozostały ledwo widoczne ślady dotyku silnej ręki ojca. Jak na razie nie mogłam wychodzić do miasta nawet na zakupy, by nie wzbudzić podejrzeń. Jedynie martwiło mnie, czy Shana nikt nie rozpozna. Oczywiście musieliśmy pana Franka- właściciela warsztatu- zaznajomić z sytuacją. Zrozumiał i starał się pomóc. Jego żona- Issabel, starała się nas wesprzeć w miarę swoich możliwości. Niemal codziennie mogliśmy liczyć na ciepły posiłek, który przygotowywała również z myślą o nas.
                             Sprawa w telewizji związana z moim "porwaniem" nie cichła. Miałam wrażenie, że przybywa nowych informacji, spekulacji. Pojawiały się nawet wątpliwości, czy może "bezduszny porywacz" nie zamordował mnie. Nie chciałam, żeby Shane na to patrzył. Wiedziałam, że to co mówią w telewizji mocno go rani bo nigdy by mnie nie skrzywdził, ale upierał się oglądać te kłamliwe pierdoły, ponieważ jak twierdził musimy wiedzieć na czym stoimy. Przyznawałam mu rację. Musieliśmy wiedzieć, gdzie nas szukają, czy wpadli na jakiś nasz trop.
                             Strasznie brakowało mi Caroline i mamy, Ale byłam pewna, że z tą pierwszą jeszcze nie raz się spotkam, a mamy już nigdy nie zobaczę. Nie mogłam nawet pójść na jej grób. Ta sprawa ciążyła mi na sercu niesamowicie. 
                             Martwiła mnie jeszcze jedna rzecz, a mianowicie, lekarz. Byłam w ciąży i powinnam chodzić na kontrole, usg, różne badania, aby wiedzieć, czy ciąża rozwija się prawidłowo. Jednak w obecnej sytuacji bałam się. Nasze zdjęcia były rozwieszane wszędzie. Aż dziwo, że nikt do tej pory nas nie rozpoznał.
                             Minął miesiąc. Brzuch miałam już dosyć widoczny. Bałam się. Wciąż nie bylismy u lekarza. Jak co dzień Shane wybierał się do pracy.
- Shane? Mogłabym jechać dzisiaj z tobą?- spytałam.
- Dlaczego? Stało się coś?
- Chciałabym porozmawiać z Issabel. 
- Coś nie tak?- zaniepokoił się.
- Może zna jakiego lekarza, który no wiesz....Nie wyda nas.- powiedziałam z wahaniem. Westchnął. Wiedział, że mam rację. Musieliśmy w końcu znaleźć kogoś komu mogliśmy zaufać. To było wielkie ryzyko, jednak musieliśmy się tego podjąć. Nie było sensu tego odwlekać. Ale kiedy widziałam zatroskaną twarz ukochanego czułam ukłucie w sercu. Pracował ile mógł, by zapewnić nam jak najdogodniejsze życie, Żyliśmy skromnie ledwo starczało na nasze potrzeby. W razie czego zawsze mogliśmy się zgłosić do Franka i do Issabel, ale Shane nie chciał liczyć na czyjąś pomoc. Pragnął niezależności, kiedy potrzebowaliśmy więcej pieniędzy brał nadgodziny, prosił Franka o jakąś dodatkową pracę. Można powiedzieć, że zważywszy na okoliczności dobrze sobie radziliśmy.- Nie martw się. I tak już za długo z tym zwlekaliśmy.- podeszłam i wtuliłam się w jego tors.
- Wiem, masz rację.- odparł i dał całusa w czoło.- Na pewno będzie dobrze.- próbował dodać mi otuchy uśmiechem.
Miałam nadzieję, że będzie dobrze. Kiedy Shane był w pracy najzwyczajniej w świecie się o niego bałam, czy ktoś go nie rozpoznał, czy wszystko w nim w porządku, ale gdy był już ze mną w NASZYM domu czułam się wyjątkowo. Odcięci od świata, sami. Mieszkanie na takim odludziu miało według mnie prawie same plusy. Mogłam zapomnieć, że wszyscy nas poszukują.
                             Warsztat samochodowy Franka był prowadzony nieopodal jego domu.
- Miłego dnia, skarbie.- pożegnałam się.
- Dziękuje.- nagrodził mnie soczystym buziakiem.
Weszłam do średniej wielkości posiadłości.
- Issabel?- zawołałam. Zdziwiłam się. Powinna być w domu. Prowadziła małą knajpkę, ale otwierała ją rano i wracała do domu, pozostawiając interes w rękach pracowników. Wyszłam na taras i zobaczyłam panią domu w ogródku.
- O, Jessica! Jak miło cię widzieć. Miło, że wpadłaś, nie będę siedzieć sama.- przywitała mnie serdecznie.
- Też się cieszę, że cię widzę Issabel.- przyznałam szczerze.- Mam do ciebie ważną sprawę.
- O matko, stało się coś?
- Nie, nie martw się. Po prostu.... To już czwarty miesiąc.-powiedziałam kładąc rękę na brzuchu.- A my jeszcze nie byliśmy u lekarza. Boję się, że może coś jest nie tak, a z drugiej strony dręczą mnie obawy, czy nas nie rozpoznają i zastanawiałam się, czy.... Czy nie znasz kogoś komu można zaufać?
- Poszperam w kontaktach, ale nic ci kochanie nie obiecuję. Zadzwonię się spytać mojej zaufanej znajomej. Wydaje mi się, że jej córka jest ginekologiem, ale ręki sobie nie dam uciąć. Porozmawiam z nią dyskretnie. 
- Dziękuję ci. Nie wiem co byśmy bez ciebie, a właściwie bez was zrobili. Nigdy wam się za to nie odwdzięczymy.
Nie wiem, czym zasłużyłam sobie na ich dobroć. 
                             Rzeczywiście, córka znajomej Issabel była ginekologiem i zostaliśmy umówieni na wizytę, ale po godzinach otwarcia gabinetu. Pani Rose Hyde była trochę zdziwiona, że o to prosiliśmy, ale zgodziła się.
                               Shane skończył wcześnie pracę, aby móc być przy mnie w czasie wizyty. Mimo wszystko cieszyłam się, że zobaczę maluszka, którego nosiłam pod sercem, ale z drugiej strony na myśl o tym co się może wydarzyć, kiedy ta kobieta nas wyda paraliżował mnie strach. Strach o naszą rodzinę. Właśnie tym był dla mnie Shane i dziecko, które miało się narodzić- rodziną.
                               Podjechaliśmy pod wskazany przez Issabel adres. Mieliśmy lekkie kłopoty z dojazdem, gdyż nie znaliśmy dobrze, a właściwie w ogóle miasta. Nasze poruszanie się po Nowym Orleanie ograniczaliśmy do minimum. Życie obracało się miedzy naszym domem, domem Franka i jego żony, ich warsztatu samochodowego, ich knajpki, supermarketów i poczty.  Jednak trafiliśmy po niedługim czasie pod wskazany adres.
- To tu. Gabinet Rose Hyde. Gotowa?- spytał Shane.
Skinęłam lekko głową.
- Miejmy to za sobą.
Z lekkim wahaniem weszłam do małego korytarza.
- Dobry wieczór.- głos docierał za naszych pleców.
- Dobry wieczór- obróciliśmy się. - Byliśmy umówieni na wizytę do doktor Rose.
- Tak to ja. Czy my się skądś nie znamy? Wasze twarze wyglądają mi znajomo.- spytała uprzejmym tonem, ale w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. 
- To raczej niemożliwe proszę pani.- odpowiedział grzecznie Shane.
- No cóż, pewnie mi kogoś przypominacie i tyle. Zapraszam do mojego gabinetu.
Zaprowadziła nas do jednego z wielu pokoi. Proszę usiąść.- poprosiła.
Nagle zadzwonił telefon i pani ginekolog spojrzała na wyświetlacz.
- Przepraszam was bardzo, ale to jest pilne, muszę odebrać. Zaraz wracam.- powiedziała i wyszla z gabinetu.
- Boję się.- przyznałam.
- Spokojnie będzie dobrze.- odparł Shane, muskają moje usta swoimi.
Lekarka nie wracała jeszcze przez 15 minut. Martwiłam się, że może rozpoznała nas i zawiadamia w tej chwili policję. 
- Jeszcze raz bardzo was przepraszam, ale to było pilne. Pacjentka z trudną ciążą.
- Nic nie szkodzi.
- Dobrze, a zatem Jessico. Z tego co mi wiadomo to twoja pierwsza wizyta u ginekologa w czasie ciąży. Rozumiem, że to dla was ogromny szok bo jesteście jeszcze tacy młodzi, ale cóż, ważne, żeby dziecko było zdrowe. Z resztą jakoś to będzie. Proszę cie, abyś teraz się tu położyła.
Dr. Rose wydawała się miła, sympatyczna, otwarta, ale to nie wystarczyło bym jej zaufała. Byłam gotowa w razie czego zerwać się z łóżka i uciec.
Shane podczas usg trzymał mnie za rękę, Dodawał otuchy. Jak zahipnotyzowany patrzył w ekran monitora, gdzie było pokazane nasze maleństwo.
- O zobaczcie!- westchnęła z zachwytem Issabel.- Tutaj jest główka, tutaj rączka, tu są nóżki.
Poleciały mi łzy, ale to nie były łzy smutku, czy strachu. Nie tym razem. Widziałam jak Shanowi też zaszkliły się oczy, a po policzku spłynęła jedna łza. Był wzruszony tym co zobaczył.
- Pani doktor, to chłopiec, czy dziewczynka?-spytałam.
- Dziewczynka. Z całą pewnością. O zaraz usłyszymy bicie serduszka.
I rzeczywiście. Usłyszeliśmy. Spojrzałam Shanowi w oczy. To była jedna z nielicznych chwil, kiedy naprawdę byłam szczęśliwa, kiedy nie liczyło się to co działo się wokół, kiedy nie myślałam, o tym, że jesteśmy poszukiwani. Ciąża w wieku szesnastu lat jest trudna i stwarza wiele problemów, ale co się stało to się nie odstanie, a ja przywykłam do myśli, że zostanę mamą.
- No cóż z dzieckiem wszystko w porządku. Nie ma żadnych komplikacji. Ciąża przebiega prawidłowo. Jednak Jessico będziesz musiała pamiętać o następnych wizytach, żeby wszystko było pod kontrolą.- upomniała. Jednak jej ton.... Coś mnie w nim zaniepokoiło.- Shane, czy mógłbyś mnie i Jessicę na moment zostawić samą. Chciałabym z nią porozmawiać o damskich problemach związanych z ciążą, a nie chcę by ktokolwiek czuł się tu skrępowany.
- Tak, oczywiście.- przystał na prośbę i zgodnie z nią wyszedł z  gabinetu. Rose odczekała chwile i powiedziała coś czego się obawiałam.
- Rozpoznałam was. Już wiem kim jesteście.
Chciałam zerwać się z łóżka, ale doktorka mi to uniemożliwiła.
- Poczekaj. Możemy zadzwonić na policję i twój horror się skończy.
- Kiedy to zrobimy on dopiero się zacznie, a raczej stary powróci.
- Jak to?- nie rozumiała mnie.
Wzięłam głęboki oddech. Musiałam jej wszystko opowiedzieć i mieć nadzieję, że zrozumie. Mówiłam o wszystkim o Adamie, o tym jak poznałam Shane, o moich relacjach z ojcem, o śpiączce Shana, o ataku w szpitalu, o śmierci mamy i o tym jak się tu znaleźliśmy. Przekonywałam ją, że Shane nie jest żadnym porywaczem, a jedynie mój ojciec to psychol. Na dowód swoich słów pokazałam blizny na plecach.
- Gdyby nie Shane, dalej by mnie katował. Pani nie może nas wydać! On nas chroni! Ja nie mogę wrócić do domu.- przekonywałam dalej.- Proszę, niech pani mi uwierzy....- dodałam ledwie słyszalnym szeptem. 
- Ale ten człowiek musi ponieść karę. Dlaczego się ukrywacie skoro Shane jest niewinny?
Ulżyło mi. Uwierzyła. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Istniała dla nas szansa mieszkania w tym mieście. Nie chciałam znowu uciekać. Już wystarczającym utrapieniem było ciągłe ukrywanie się, przesadna ostrożność, życie w strachu, że zostaniemy złapani.
- Zabrałby mi dziecko, Shana wtrącił do więzienie. Shane nie był aniołem i ma swoje na koncie, ale nie zawahał się, aby mnie uratować, kiedy dowiedział się, że ojciec mnie bije. Potem wziął na siebie brzemię odpowiedzialności i stara się jak może opiekować nami. Pracuje kilkanaście godzin dziennie. Dba o mnie. A ojciec ma wysoko postawionych popleczników. Pracował wiele lat w policji, ma rodzinę na ważnych stanowiskach w sądzie. Po prostu boimy się, że nie wygramy. A kiedy skończę 18 lat nie będzie mógł nas dotknąć, a teraz.... Gdyby mnie złapał..... tak naprawdę może zrobić ze mną wszystko.
Shane zapukał w drzwi i lekko je uchylił. Pewnie zaczynał się martwić.
- Wszystko w porządku?- spytał.
- Ona wie.- oznajmiłam cichym głosem. Jednak to wystrczyło by Shane jak oparzony wpadł do gabinetu i ujął mnie za ręce w celu szybkiego wydostania się stamtąd.
- Jestem niewinny, ja bym jej nigdy nie zranił!
- Wiem, Jessica mi już wszystko opowiedziała. Spokojnie, jesteście bezpieczni. Jednak do twoich obowiązków- wskazała ręką na Shana- będzie należało przyprowadzić twoją kobietę tutaj za miesiąc. Dokładnie 17 lipca. Godzinę jeszcze ustalimy. Możecie być pewni, że wasz sekret jest u mnie bezpieczny. Jeśli w czymś bym mogła wam pomóc dajcie znać.- uśmiechnęła się pokrzepiająco.- A tutaj macie płytkę z nagraniem usg.
- Dziękujemy, jestemy bardzo wdzieczni, a ile płacimy za wizytę?- spytał mój chłopak.
- Nic. 
- Ale nalegamy.
- Nie jesteście mi nic winni. Jednak mam dla was pewną radę. Jessica gdybyś zafarbowała włosy i zrobiła grzywkę, było by cię cięzko rozpoznać. Łatwiej by wam było się poruszać po mieście.
- Dziękuje, skorzystam z pani rady.- Aż dziwne, że mi to wcześniej do głowy nie przyszło.
                               Po wyjściu z gabinetu mogliśmy odetchnąć z ulgą. Miałam nadzieję, że pani Hyde dotrzyma słowa. Kiedy byliśmy na parkingu, tak po prostu, wpadliśmy sobie w ramiona. Było tak blisko, żeby się nawzajem utracić. 
- Kocham cię Jessica. Zrobiłbym dla was wszystko.
- Ty już robisz dla nas wszystko.
Coś powoli zaczęło się układać
     ***
                                Wieczorem położyliśmy się na kocu w naszmy ogródku i tak jak to bywa w romatycznych filmach patrzyliśmy w gwiazdy.
- Jak nazwimy naszą córeczkę?- spytał Shane.
- Nie wiem. Może Emma?
- Emma? Albo Lily, albo Jennifer, albo....
Wymieniliśmy chyba wszystkie możliwe imiona, ale i tak na nic się nie zdecydowaliśmy. 
- Jakby się nie nazywała to będzie moja księżniczka.- powiedział z dumą w głosie Shane.- Nuaczę ją jeździć na rowerze, a potem na motorze.
Popatrzyłam na niego spod byka.
-Oczywiście jak tylko podrośnie!- zaczął się bronić na co zachichotałam. - Kurde, ale sie ze mnie robi kapeć.- powiedział udając zażenowanie.
- Kapeć?- zdziwiłam się i uniosłam głowę.
- No kapeć, pantoflarz, a nawet sie z tobą nie ożeniłem.- dodał z oburzeniem.- Po ślubie zaprowadzam dyktaturę!- dokończył zdecydowanym głosem na co podparłam się łókciami i rzuciłam grożne spojrzenie.- Oczywiście w porozumieniu z tobą kochanie.- uśmiechnął się.
- Pfff! Ty i dyktatura- roześmiałam się.- Rzeczywiście z ciebie kapeć!- podsumowałam śmiejąc się dalej.
- Ej! Nie deptaj mojej męskiej dumy, a córkę i tak nauczę jeździć na motorze.
- Nawet po moim trupie nie. - drażniłam go dalej. Shane podniósł się z koca i przybliżył twarz do mojego brzucha delikatnie je dotykając.
- Malutka, nie bój się, jak mamusia nie będzie widzieć, tatuś nauczy się tak jeżdzić, że niejeden chłopak ci pozazdrości. I będzie się tata z tobą bawił i kupi co będziesz chciała i będzie cię zabierać na wycieczki. Zobaczysz, będę najlepszym tatą pod słońcem. Kochamy się królewno.
Rozczulił mnie ten widok. Byłam szczęśliwa. 
- O czułeś to!- krzyknęłam- Kopnęła!
- Tak czułem! Też nas już kocha- powiedział Shane i popatrzył mi w oczy. Był przepracowany. Miał sińce pod oczami, ale w tej chwili promieniał blaskiem szczęscie i dumy.
- Pewnie, że nas kocha- powiedziałam w kierunku naszej małej głaszcząc brzuszek.- Jak mogłaby nie kochać?

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 13

                                                   ROZDZIAŁ 13
                                    Decyzja zapadła. Uciekamy z miasta. Nie wiedzieliśmy co będzie dalej i z czego będziemy żyć, ale każde miejsce na ziemi będzie lepsze od tego, w którym przeżyłam horror. Byłam przerażona. Nie byłam pewna, czy sobie poradzimy. Już w głowie układały mi się obrazy tych pełnych pogardy spojrzeń skierowanych we mnie. Już słyszałam jak szepczą za moimi plecami. Nastolatka z brzuchem, która zmarnowała sobie życie. Nie należę do osób, których opinia innych w ogóle nie dotyka. Wiedziałam, że sama jestem sobie winna i byłam gotowa ponieść wszelkie konsekwencje.
                                    Wczesnym rankiem czekałam już przed szpitalem na Shana.
- Skąd je masz?- spytałam, kiedy chłopak zaparkował przed szpitalem samochód.
- Sprzedałem motor. Może... nie jest to luksus, ale da się nim... uciec.
- No to w drogę.
                                    Jechaliśmy przez kilka godzin, robiąc tylko od czasu do czasu krótkie postoje. Przez cały czas zastanawiałam się, co z nami będzie, czy podołamy nowej roli.
Jechaliśmy w nieznanym mi kierunku. Wszystko było mi jedno gdzie, bylebyśmy byli bezpieczni, byleby dalej od tego co mnie spotkało w miejscu, które nazywałam domem.
- Shane, uciekliśmy, ale co dalej?- zadałam my pytanie, które chodziło mi po głowie od dłuższego czasu.
Westchnął.
- Jedziemy do pani Gibens, jej brat zostawił jej kiedyś dom w Nowym Orleanie. Zapytam, czy na jakiś czas możemy w nim zamieszkać, póki sami nie staniemy na nogi i póki nie będziemy musieli przestać sie ukrywać. Jeśli się zgodzi, pojedziemy tam. Ja znajdę tam pracę i zrobię wszystko by się wami zająć.- powiedział i położył swoją rękę na moim brzuchu.  
                                    Żałowałam tylko, że to tylko w teorii wydaje się proste. Rzeczywistość jednak jest okrutniejsza. Tyle rzeczy mogło pójść nie tak.
- Jess, nie martw się na zapas.
- Co?
- Przysięgam, że słyszę twoje myśli. Na razie dojedźmy do Kalifornii i porozmawiajmy z panią Gibens. Skupmy się na tym. Postaraj się, o tym nie myśleć.- próbował dodać mi otuchy.
- Póki co zjedź do jakiejś knajpki bo jestem tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami.
Zaśmiał się.
- Ej, to wcale nie jest śmieszne!- próbowałam się oburzyć, ale kąciki ust mimowolnie uniosły się do góry. Nie przeszkodziło mi to w zdzieleniu Shane po głowie.
- Dobra, dobra już zjeżdżam. Tu jest jakaś knajpka.
                                    Weszliśmy do małego, skromnie urządzonego pomieszczenia. Na nadmiar klientów to oni nie narzekali. Na ścianie za barem był powieszony telewizor. Usiedliśmy w stoliku w samym rogu. Po chwili podeszła do nas kelnerka.
- Witam, co podać?- spytała.
- Poprosimy dwa hamburgery z frytkami, jedną sałatkę i sok pomarańczowy.
Kiedy jedliśmy nasze zamówienie, wydarzyło się coś, co jeszcze bardziej skomplikowało naszą trudną sytuację.
- Wiadomości z ostatniej chwili! Dzisiaj w okolicach godzin porannych nastoletnia Jessica została porwana, przez niejakiego Shana Stensona. Nieletnia została skatowana przez swojego oprawcę, a następnie uprowadzona ze szpitala. Chłopak był notowany za bójki i posiadanie narkotyków. Jeśli ich widzieliście prosimy o niezwłoczne zawiadomienie policji.
Siedziałam jak sparaliżowana. Jak to się mogło stać?
- To ojciec to na pewno jego sprawka! Shane, tak mi przykro- powiedziałam i złapałam go za rękę. Dlatego, że chciał być odpowiedzialny zrobiono z niego przestępce.
- Musimy uciekać.- wskazał ręką na kelnerkę, która trzymała w ręce telefon.
Szybko pozbieraliśmy rzeczy i biegiem ruszyliśmy do auta.
- Ej, stać! Zostaw ją!- biegła za nami kelnerka i przytrzymała mi drzwi.- Nie musisz z nim jechać.
- Pani nic nie rozumie, to nie Shane mi to zrobił, to ojciec! A teraz proszę mnie puścić- odepchnęłam ją i czym prędzej weszłam do samochodu. Ruszyliśmy z piskiem opon. Oboje oddychaliśmy szybko. Fala paniki zalała cały mój organizm.
- Co teraz?....- szepnęłam, mając łzy w oczach i gulę w gardle.
- Nie wiem kotek, musimy jakoś sobie z tym poradzić. On nie może się pogodzić z tym, że odeszłaś, dlatego teraz chce, żebyś wróciła, chce cię ukarać. Nie martw się zrobię wszystko, żebyście byli bezpieczni.
                                    Jechaliśmy jeszcze przez wiele, wiele godzin. Zmęczenie, malujące się na twarzy Shana było już bardzo widoczne.
- Powinieneś się przespać, odpocząć. Widzę jak ci się oczy zamykają.
- Dam radę.
- Słońce, jak spowodujesz wypadek, to będzie jeszcze gorzej.- przekonywałam go dalej.
- Ale gdzie się zatrzymamy. TA wiadomość była w telewizji krajowej. Wszędzie nas szukają. Myślą, że cię porwałem. Nie możemy zatrzymać się w żadnym hotelu.
- Trudno zatrzymaj się gdzieś na poboczu, gdzie jest w miarę bezpiecznie prześpimy się w aucie.
- Dobrze.
Po 20 minutach zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu. Ułożyłam się obok Shana i wtuliłam do jego ciała, a on przykrył nas kocem.
- Boję się Shane, tak strasznie się boję.
- Wiem, malutka. Staraj się, o tym nie myśleć i zasnąć.- pocałował mnie w skroń.- Dobranoc.
Zasnęłam, otulona ramionami, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Następny dzień miał znowu nam przynieść problemy, byłam tego pewna, ale póki co to nie miało znaczenia.
                                            * * *
                     Rano ponownie musieliśmy ruszyć w drogę. Wstawaliśmy, kiedy było to naprawdę konieczne. Mieliśmy świadomość, że szuka nas policja w całym kraju, ponieważ jeden człowiek postanowił się
zemścić. Zastanawiałam  się dlaczego po prostu nie da mi odejść. Przecież nie oczekiwałam od niego niczego nawet rekompensaty za to co zrobił. Chciałam tylko spokoju- pragnęłam za dużo.
                    Wieczorem dotarliśmy na obrzeża miasteczka Paradise. Zatrzymaliśmy przed skromnym domkiem na skraju lasu obok rzeki. Fala zdenerwowania zalała moje ciało. Liczyłam na pomoc kobiety, której nie znam. Co jej miałam powiedzieć?
- To tutaj. Nie bój się. Pomoże nam.- próbował mi dodać otuchy Shane. Skwitowałam to tylko wymuszonym uśmiechem.
Szliśmy wolnym krokiem w kierunku drzwi. Shane objął mnie ramieniem. Kolana miałam jak z waty. W głębi ducha wiedziałam, że pani Gibens to poczciwa staruszka. Zaopiekowała się chłopcem, który nie miał nic, a sprawiał wiele problemów. Jednak dręczyły mnie obawy, jak zareaguje na wiadomość o mojej ciąży.
- Gotowa?- spytał trzymając klamkę.
- Nigdy nie będę na to gotowa.
- A więc wchodzimy.
Po przekroczeniu progu zobaczyłam skromnie urządzone, ale czyste wnętrze. Dom nie miał nawet piętra.
- Babciu? Jesteś?

Z kuchni wyszła starsza, przygarbiona kobieta. Odruchowo schowałam się za plecami swojego chłopaka.
- Shane! Dziecko ty moje! Co za niespodzianka! W końcu raczyłeś odwiedzić starą kobietę co? Chodź no tu do mnie!- podeszła do niego i przytuliła mocno.- Zmizerniałeś! Mówiłam ci, że tak będzie, ale troszeczkę cię podtuczę ty się nic nie martw.
- Babciu, ale chciałbym ci kogoś przedstawić.- przyciągnął mnie do siebie.- To jest moja dziewczyna Jessica. Jessica poznaj panią Gibens.

- Dzień dobry, dziecko!- przytuliła mnie równie mocno co Shana.- Zaraz wam coś przygotuję. Musicie być strasznie zmęczeni. Zaraz wam coś przygotuję do jedzenia i sobie porozmawiamy. - powiedziała po czym zniknęła ponownie w kuchni.
- Widzisz nie było tak strasznie.- z uśmiechem podsumował wszystko Shane.
- Bo jeszcze nie wiem najgorszego. Co będzie jak....- nie skończyłam, gdyż usta zostały mi zamknięte namiętnym pocałunkiem.

- Będzie dobrze. W końcu musi.
                    Późnym wieczorem wspólnie usiedliśmy przy stole, jedząc kolację przygotowaną przez panią Gibens, która nie pozwoliła sobie pomóc. W posprzątaniu po niej również. Stwierdziła, że nie wypada bo jesteśmy gośćmi.
- No, a teraz opowiadajcie co się stało.
- Bo widzisz babciu, to trochę delikatna sprawa....- próbował zacząć Shane. - Chodzi o to, że Jessica jest w ciąży, ale nie może zostać w domu, ponieważ jej ojciec ją bije. Jej mama... zmarła. Nie mamy za bardzo, gdzie się podziać. W dodatku jej ojciec wniósł oskarżenie na policje, że ją porwałem. Proszę pomóż nam. Nie mogę jej zostawić.
- Dzieci, narobiliście sobie kłopotów. Dobrze, że nie zrobiliście jakiegoś głupstwa i nie usunęliście ciąży to byłby szczyt. W tej sytuacji nie możecie wrócić do domu. Tutaj też nie możecie zostać. Przecież twoja ciotka cię nie cierpi i zaraz powie, gdzie możesz być. Pojedziecie do Nowego Orleanu do mieszkania mojego brata, jutro z samego rana. Od razu was zaczną szukać tutaj i pytać. Powiem, że was nie widziałam. Dam wam trochę oszczędności. W Nowym Orleanie mieszka mój stary przyjaciel, który ma własny warsztat samochodowy, może cię przyjmie Shane. Ale pamiętajcie, że musicie się ukrywać. Policja w całym kraju na pewno ma wasze zdjęcia. To nie jest prosta sytuacja, ale jakoś sobie poradzimy. Zawsze możecie na mnie liczyć.
- Dziękujemy. Naprawdę jesteśmy pani bardzo wdzięczni.- powiedziałam ze łzami w oczach. Nie mogłam liczyć na nikogo ze swojej rodziny, a obca kobieta okazuje mi tyle ciepła. 

- Dziecinko, to oczywiste, że wam pomogę. Shane, idź po wasze rzeczy do auta musicie wypocząć. Nie płacz kochanie, będzie dobrze.- otarła moje łzy z policzków. Jej gesty były dla mnie zadziwiające. Jej dobroć, chęć pomocy nie wypływała z jakiegoś poczucia obowiązku, była naturalna, pochodziła prosto z serca.
Shane wyszedł na dwór.
- Chodź dziecinko musisz odpocząć kiedyś musimy posiedzieć na spokojnie przy filiżance herbaty.
- Mam nadzieję, że kiedyś będzie na to czas.- uśmiechnęłam się szczerze.
Shane przyniósł nasz skromny "dobytek", poszłam się odświeżyć, a potem położyłam się, po czym natychmiast zasnęłam.
                             ***
                    Poszedłem po nasze rzeczy zgodnie z prośbą pani Gibens. Wszystko się skomplikowało, jakby ta cała sytuacja nie była dość pokręcona. Jessica poszła spać. Ja usiadłem jeszcze na moment na tarasie.
- To się porobiło kochanie.- przysiadła się do mnie staruszka.
- I to jak.
- Ale ta dziewczyna ma na ciebie bardzo dobry wpływ. Zmieniłeś się. Mam rację?
- Jak zawsze masz racje. Po prostu dla niej chciałem się zmienić. Była dla mnie taka dobra, a ja czułem, że na nią nie zasługuje, nadal tak myślę. Chcę być dla niej jak najlepszy. Chcę, żeby miała we mnie wsparcie. Chcę się nimi zaopiekować. Chcę wziąć odpowiedzialność za to co się stało.
- Widzisz w naszym życiu trafiają się osoby, które potrafią zmienić wszystko, nawet jeśli same o tym nie wiedzą. Cieszę się, że przestałeś się niszczyć. Ja nie potrafiłam do ciebie dotrzeć. Jednak zawsze wiedziałam, że gdzieś w głębi ciebie żyje ten chłopak sprzed wypadku.
- Masz na myśli tego chłopaka, który nie ćpał i nie pił. Tak, masz rację. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Poza tym, nie próbuj się obwiniać. Zawsze robiłaś co mogłaś. Nie wiem jakbyśmy sobie bez ciebie poradzili.
- Och, nie ma o czym mówić kochanie. Zawsze możecie na mnie liczyć.- powiedziała z uśmiechem. - Idź spać jutro czeka was długa droga. Dobranoc.
-Dobranoc. 
Poszedłem do łazienki wziąć szybki prysznic, a następnie ułożyłem się obok Jessici, obejmując ją ręka i składając pocałunek na ustach. Nie wiem co by było gdyby mi jej zabrakło. 
                  ***
                     Wstaliśmy wcześnie rano, aby jak najprędzej wyruszyć w drogę. Mieliśmy nadzieję być w Nowym Orleanie o zmierzchu lub nad ranem. Podróż była męcząca, czego można było się spodziewać. Jednak, kiedy byliśmy już w stanie Luizjana, zatrzymała nas policja. 
- I co teraz?- byłam wręcz przerażona.
- Bądź naturalna, uśmiechnięta, nie zachowuj się podejrzanie.
- Nie zachowuj się podejrzanie- prychnęłam- łatwo mówić.
Shane uchylił okno. 
- Dobry wieczór.
- Dobry wieczór panie władzo. Stało się coś?
- Proszę jechać objazdem zdarzył się tam wypadek i droga jest zamknięta.
- Naprawdę? To straszne. Obiecuję, że pojedziemy okrężną drogą.
- A właściwie dlaczego wy młodzi jeździcie tak po nocy.
- Rozumie pan wracamy z randki, a nocą podobno jest romantycznie- Shane teatralnie przewrócił oczami.- Wie pan jakie są kobiety. 
Uderzyłam go niby żartobliwie w ramie i się uśmiechnęłam dla zachowania pozorów chociaż w środku trzęsłam się jak galareta.
- Kotek, ale taka jest prawda. Sama wiesz. Jesteś kobietą i nic na to nie poradzisz.- ciągnął swoją rolę chłopak.
-No tak, kobiety.- połknął haczyk policjant.- Tylko bądźcie ostrożni. A pani niech pilnuje chłopaka.
- Ma pan to jak w banku.- uśmiechnęłam się.
- Do widzenia i proszę bądźcie ostrożni.
Mogliśmy spokojnie odjechać. Kamień spadł mi z serca.
- Rany.... Jak ja się bałam.
- Grunt, że się udało.- powiedział Shane i pocałował mnie w skroń. 
Nasza podróż trwała jeszcze półtorej godziny i zatrzymaliśmy się tym razem na obrzeżach Nowego Orleanu. W promieniu półtora kilometra nie było żadnego innego domu oprócz małego domku należącego do Pani Gibens. 
Zaparkowaliśmy samochód i weszliśmy do dość nowocześnie urządzonego pomieszczenia. W mieszkaniu były 3 pokoje, salon, łazienka, kuchnia, poddasze i piwnica. Rozpakowaliśmy wszystko co mieliśmy, a było tego niewiele, a następnie poszliśmy spać. Padaliśmy z nóg. 
- Jakoś to będzie malutka. Damy sobie radę.- powiedział Shane, kiedy już leżeliśmy przytuleni w łóżku. Czułam, że przez najbliższy czas nie będzie nam łatwo, ale będzie dobrze.... Lepiej niż do tej pory.