sobota, 18 maja 2013

Rozdział 8


                                                     ROZDZIAŁ 8

                Adam Scott wybiegł jak z procy z terenu szkoły. Nie mógł uwierzyć, że Jessica zostawiła jego- najlepszą partię w szkole- dla ćpuna.
                Gdyby tylko znała prawdę o Shanie. Ha! Zdziwiłaby się. Ale ją musi spotkać kara. Nie mógł jej odpuścić po tym, jak potraktowała go przed tymi wszystkimi ludźmi. Musiał tylko wymyślić, jak jego była dziewczyna zapłaci mu za tak niegodziwy czyn. I wiedział nawet, kto mu w tym pomoże- Paul. To oczywiste!
                Nie zwlekając zadzwonił do swojego najlepszego przyjaciela i umówił się z nim na spotkanie. Już pół godziny później Paul siedział u niego na kanapie. 
- Jak ona mogła ci to zrobić?! Jak?! I to przed całą szkołą?! Tak nie może być! Adam, musisz coś z tym zrobić!
- Przecież wiem! Ale mam związane ręce. Ona do mnie nie wróci! 
- To zmuś ją! I zabij jej szczęście!
- Co? Jak?- spytał z ciekawością Adam. 
- Zaczaimy się na nią wieczorem, pokażemy pistolet i wymięknie. 
- Pistolet?- wahał się chłopak.
- Tak... Jak zobaczy spluwę przekonamy ją do wszystkiego.
- Dobra. Wezmę ją ze skrytki ojca. Nie zauważy. Leży tam od wieków. 
- A więc?
- Zróbmy to!- wykrzyknął Adam zdecydowanie. Nie pozwoli sobie na takie traktowanie. Jaką potem by miał reputację? Mógł mieć każdą, a wybrał ją! Powinna być mu wdzięczna. 
                Plan wydawał się prosty, ale okazja do jego wykonania długo nie chciała nadejść. Co wieczór Adam i Paul zaczajali się na Jessicę, która nigdy nie była sama albo nie wychodziła w ogóle.
                Chłopak z dnia na dzień czuł się coraz bardziej upokorzony i poniżony. Był zmuszony patrzeć na swoją dziewczynę w ramionach innego, jak się całują i jak szepczą sobie miłe słówka. Miał tego dość. Powinien zakończyć im tą sielankę, ale to z kolei byłoby nieroztropne. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. Po raz pierwszy poczuł tak silną nienawiść, że miał ochotę kogoś zabić.
                Nadszedł ten wieczór. Jessica wyszła z domu wraz z Caroline. Adam i Paul wiedzieli, że wystarczy podążyć za nimi i w odpowiedniej chwili zaatakować. Dziewczyna czuła się pewnie i bezpiecznie. Myliła się myśląc, że jest Shana bo była jego własnością i nie miałam prawa mu się sprzeciwiać. 
                Dzisiaj nauczy ją, gdzie jej miejsce. Już nigdy nie odważy się zrobić czegokolwiek wbrew niemu. 
                * * *
                W środę wieczorem wyszłam z Caroline do kina. Nie wiem jak się jej udało namówić mnie na horror. Miał być to nasz babski wieczór. Bez Michaela i Shana. Tylko my dwie.
                Sam film był straszny, ale czego ja się spodziewałam. Nie miałam pojęcia, jak zdołam zasnąć w nocy. 
- Jak ja mogłam zgodzić się pójść na to?- pytałam.
- Oj Jess, nie było tak źle. Zdecydowanie przesadzasz.- stwierdziła Carol.
- Mhm... Jaasne. To nie ty będziesz sikać ze strachu w drodze do domu. 
- Ha ha! Przestań! Nie nakręcaj się tak. Dasz radę. Do jutra słońce. 
- Do jutra.- pożegnałam się bez przekonania. 
                Byłam głupia, sądząc, że po filmie nie będę się bała. Popatrzyłam w ciemne ulice i nie byłam w stanie się ruszyć. 
- O nie! Nie poradzę sobie!- przyznałam na głos. Moja sytuacja była beznadziejna. 
                Miałam nadzieję, że Shane będzie mógł przyjść i mnie odprowadzić.
- Hej śliczna! Już się stęskniłaś? Czyżby babski wieczór nie wyszedł?
- Byłyśmy na horrorze, a teraz boję się wrócić i pomyślałam sobie...
-... że mógłby cię odprowadzić.- dokończył za mnie Shane.- Zaraz będę. To idź w moją stronę spotkamy się w połowie drogi.
- Dobrze, ale Shane.... Pospiesz się. 
- Nie bój nic śliczna. Już pędzę.- zakończył rozmowę Shane. 
                Z wielkim bólem zrobiłam pierwszy krok. Kolejne nie były wcale łatwiejsze. Ulice były opustoszałe, co wcale nie pomagało. 
                Mimo wszystko zmusiłam swoje ciało by weszło w pierwszą, mroczną uliczkę Chicago. Jednak co chwilę odwracałam się za siebie.  
                Miałam nieoparte wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Martwiłam się, że to nie tylko moja wyobraźnia, a moje przypuszczenia okażą się prawdą. 
                Nie chciałam czekać, aż ktoś mnie zajdzie od tyłu i zastrzeli więc, gdy tylko zniknęłam za rogiem budynku, lekko wychyliłam głowę i zobaczyłam dwie postacie, które ewidentnie mnie śledziły. 
                Zaczęłam uciekać. Mogłam usłyszeć kołatanie własnego serca. Tak bardzo się bałam. Moi oprawcy domyślili się, że ich zobaczyłam, ponieważ też zaczęli biec. Już nie byli dyskretni. Tak bardzo się bałam, a oni byli coraz bliżej! Biegłam ile sił w nogach, ale to było za mało. Po kilku metrach byli tak blisko, że czułam ich oddech na karku. Jeden z nich skoczył na mnie i własnym ciałem przyparł mnie do ziemi. Nie mogłam w to uwierzyć.... To był Adam i Paul. 
- Cześć kochanie.... Tęskniłaś?- zaczął mi szeptać do ucha Adam. To było obrzydliwe! Zaczęłam płakać.
- Puść mnie! Puszczaj!!!- krzyczałam, ale nie mogłam zrzucić go z siebie.
- O nie.... Powiedziałem ci, że nie odpuszczam! Adam Scott nigdy łatwo się nie poddaje! Albo będziesz ze mną po dobroci albo..... Cię do tego zmuszę.- powiedział do mnie i wyciągnął z kieszeni pistolet.
- Zastrzelisz mnie?- spytałam przerażona.
                Nagle jakiś cień rzucił się na Adama i zwalił go ze mnie. 
- Uciekaj Jess!! Uciekaj!- krzyczał Shane szarpiąc się z Adamem. Nie wiedziałam co robić, ale usłuchałam go i zaczęłam biec. Wkrótce potem dobiegł do mnie i uciekaliśmy razem. Nie wiem jak zdołał im się wymknąć.
                Niestety.... Los nie był po naszej stronie. Szczęście nas opuściło i wbiegliśmy w ślepą uliczkę, a mur był za wysoki by się po nim wspiąć. Nie było już drogi ucieczki. 
                Dwaj oprawcy dogonili nas. Paul zaczął się szarpać z Shanem, który próbował wyrwać mu się, by ochronić mnie przed Adamem. 
- Możesz być ze mną! A wybierasz jego! Masz szansę do mnie wrócić! Możesz być moja! Możemy być szczęśliwi!- przekonywał mnie mój były chłopak.
- A więc postanowione. Nigdy nie będę twoja! Kocham Shana! I tylko jego! A ciebie nienawidzę! Żałuję każdej chwili jaką razem spędziliśmy!- wykrzyknęłam przez łzy.
- Chyba nie wyrażam się jasno.- Adam wycelował we mnie pistoletem.- Albo będziesz moja...albo niczyja.
- Wolę umrzeć niż być z tobą! 
- Masz to jak w banku.- W tym momencie Shanowi udało się wyswobodzić z niedźwiedziego uchwytu Paula i rzucił się w stronę pistoletu, zasłonił mnie przed kulą, stanął na lini ognia...
                Usłyszałam kilka strzałów. Krzyknęłam! Krew! Wszędzie widziałam krew! Krew Shana, jego upadające ciało i 
 jego nieobecne oczy....  
     

poniedziałek, 13 maja 2013

Rozdział 6


                                           ROZDZIAŁ 6

- Jesssica!!! Masz zamiar przespać cały dzień?!- z kuchni rozległ się głos mamy.
O jeny! Co się dzieje? Czy człowiek we własnym domu nie może się wyspać? 
- Już wstaje mamo!
                 Chciałam sprawdzić na telefonie, która godzina, a tu kilka sms-ów. 
"Jessica ponoć całowałaś się z Shanem na imprezie!!! Odezwij się!
- Caroline"
"Kotku przepraszam... Nie zostawiaj mnie! Proszę:( 
- Adam"
"Jessica będę po ciebie  12:00. Nie chcę żadnych scen i sprzeciwów. Idziesz z nami na obiad z prezesem. Nie spóźnij się. Chodzi o mój awans.
- Tata"
                 Po tak wspaniałej nocy mam iść z ojcem na obiad. Nie interesuje mnie jego awans. Kiedy do niego to dotrze, że nie pragnę być częścią jego życia albo on to wie i chce mi zrobić na złość.
                 Była 11:55. To sobie poczeka... Nie będę się spieszyć bo on sobie tak zażyczył. Mógł napisać wcześniej. Chociaż... wtedy też bym wstała o 11:55, a może nawet później. 
                 Nie śpiesząc się napuściłam do wanny wody, dolałam olejku, puściłam na głos radio i poszłam się kąpać. Popołudniowa toaleta zajęła mi półtorej godziny. Po takim czasie zeszłam na dół, gdzie zastałam już ojca ze swoją żoną. 
- Jessica!- ryknął na mnie ojciec. Ewidentnie był na mnie wściekły.- Miało być o dwunastej! Po to idę tam z tobą i z Kate, żeby się zaprezentować! Mam szansę na awans! Załóż coś ładnego i idziemy!
                 Przez głowę przeszedł mi złowieszczy plan. Na początku nie chciałam w ogóle iść na to spotkanie, ale teraz.... Sprawię, że nie dostanie tego awansu. Z robię z siebie taką idiotkę, że odechce mu się mnie widywać, czy zapraszać na "rodzinne spotkania".
- Oj nie gniewaj się tatku. Wstałam za pięć dwunasta i musiałam się doprowadzić do porządku. Przecież nie mogę ci przynieść wstydu kiedy w grę wchodzi twój awans!- mówiąc to uśmiechnęłam się równie szeroko, co fałszywie. Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił. 
- Stephen ona musiała jakoś tą szpetną twarz doprowadzić do porządku. Nie spinaj się tak kochanie. 
                 Moje oczy zwęziły się w małe szparki. Kate widząc, że wyprowadziła mnie z równowagi, uśmiechała się pod nosem. 
- Hej! Kate! Powinnaś iść nałożyć jeszcze z kilogram tapety bo gdzieniegdzie jeszcze prześwituje skóra. 
                 Nie czekając na jej odpowiedź, odwróciłam się na pięcie i poszłam założyć na siebie najładniejszą sukienkę jaką miałam oraz pasujące do niej buty i tak ubrana zeszłam na dół. 
- Moja córeczka!- krzyknął radośnie ojciec.
- Chodźmy już tatku.
                 Wzięłam ojca pod ramię i poszłam z nimi do samochodu. Kate wściekła się. Wpierw musiała iść za nami, a potem usiąść na tylnim siedzeniu. 
                 Ojciec był zachwycony moją nagłą przemianą. Nic dziwnego. Myślał, że skoro się tak przymilam do niego to wybaczyłam mu to, jak wyrzucił nas z domu, żeby zamieszkać ze swoją kochanką. Jednak on nie wiedział jaką zemstę zaplanowałam. 
                 Aby wprawić go w jeszcze większą euforię dałam mu buziaka w policzek. Na początku myślałam, że zwymiotuję, ale jakoś udało mi się nie puścić pawia. 
- Kocham cię tatku.- powiedziałam z udawaną miłością. 
- Ja ciebie też córcia.- odparł obejmując mnie ramieniem i całując w czoło. Ponownie zrobiło mi się niedobrze, ale musiałam jakoś to wytrzymać. 
                 Przez dalszą część drogi robiłam dobrą minę do złej gry. Wciskałam ojcu jak ja go kocham i jak bardzo mi przykro, iż sprawiłam, że z jego twarzy zniknął uśmiech, jak za nim tęsknie i jak mi go brak. Takie tam.... Kłamstwa i kłamstewka.  
                 Kiedy dotarliśmy na miejsce, tata był cały w skowronkach, a Kate jeszcze bardziej naburmuszona. Widok nie z tej ziemii. Wszystko szło jak po maśle. 
                 Weszliśmy do restauracji i od razu spostrzegłam starych facetów w garniturach, machających do nas. 
- To oni.- powiedział ojciec, po czym ruszył w ich kierunku.
                 Wzięłam gumę do żucia. Pora zacząć przedstawienie... Dla mamy... Dla zemsty. Ruszyłam przed siebie. Starałam się udawać dziewczynę, która naśladuje modelkę. Szłam jakimś kaczym krokiem. Trudno mi to nazwać. Specjalnie przy naszym stoliku zaliczyłam glebę i zaczęłam się śmiać na przemian jak foczka i świnka. 
- Panie prezesi, to moja żona Kate, a to moja córka Jessica. 
- Miło mi cię poznać Jessico!- powiedział prezes, wyciągając do mnie rękę. 
- A mnie wcale nie jest miło. Nie podam osobie ręki więc niech osobą zabierze tę niedźwiedzią łapę. - rzekłam jak wielka dama. 
                 Obiad trwał jakiś czas. Robiłam co mogłam, żeby go zniszczyć w jakikolwiek sposób. Zamiast sztućcami, jadłam rękoma, bekałam i śmiałam się jak debil. Innymi słowy, zachowywałam się jak wieśniak. 
- Moja córka pisze pracę na temat Mikołaja Kopernika. Całymi dniami przesiaduje w bibliotece. Całkowicie ją to pochłonęło.- chwalił się prezes. Od razu znalazłam odpowiednią ripostę.
- Myślał, że zmienia jest okrągła. Pfff. Baran!- po tych słowa ojciec strzelił buraka.
- Jessica, czy ty w ogóle wiesz, co ten naukowiec odkrył?!- spytał z oburzeniem szef taty.
- To chyba jasne! Kopernik- wynalazł koper i sernik!- odpowiedziałam z pełną buzią. Rumieniec ojca jeszcze bardziej się pogłębił. 
- Na nas już czas. Do widzenia.- pożegnał się prezes.                                   
- A co z.... moim awansem?....
- Wątpię panie Stephen, czy to odpowiednie stanowisko dla pana. Może innym razem. Przykro mi.
                 Misja wykonana. Cel osiągnięty. Zemsta jest słodka. Uśmiechnęłam się z triumfem, a ojciec patrzył na mnie, jakby z nie do wierzeniem i z wielkim bólem. O to mi chodziło. Zaszkliły mu się oczy. Był bliski łez. Miałam nadzieję, że mocno cierpiał. Zapytał tylko- Dlaczego?
- Ha ha ha! Ha ha ha! Dlaczego?!- zaśmiałam się i spytałam, drwiąc z niego.- Nienawidzę cię! Ty naprawdę myślałeś, że ja ci wybaczam? Że żywię do ciebie coś więcej prócz wstrętu? Ha ha ha! Otóż nie! Od samego początku chodziło o zemstę!- wykrzyknęłam i wstałam i podchodząc do niego kontynuowałam.- Chcę żebyś cierpiał! Nie przestanę ci sprawiać bólu do puki nie dasz nam spokoju...- zaczęłam mówić szepcząc mu do ucha.- Nie czeka cię ode mnie nic prócz zemsty. Będę ci sprawiać ból na jaki zasługujesz...
                 Ojcu po policzku ciekły łzy. Z czasem było ich coraz więcej i więcej. Nie odzywał się. Stał tylko patrząc na mnie smutnymi oczyma. Odeszłam bez słowa i odwróciłam się przez ramię, patrząc mu prosto w oczy uśmiechnęłam się.
                 Czułam na sobie jego wzrok. Kate pewnie poszła go pocieszyć, ale w duchu cieszyła się,że go tak potraktowałam. Ludzie mogą mi nie wierzyć, ale nie miałam wyrzutów sumienia. Zasłużył sobie. 
                 Po wyjściu z restauracji poszłam do knajpy obok do łazienki troszkę się ogarnąć. Umyłam ręce, poprawiłam włosy i makijaż. Pomyślałam, że szkoda by było zmarnować dzień i samej świętować sukces. Postanowiłam do kogoś zadzwonić. 
                 Dzień byłby jeszcze piękniejszy, gdybym.... Spędziła go razem z Shanem. Od wczorajszego wieczoru się nie odezwał do mnie, co jest dziwne. Jakby się krępował, czy coś. Na szczęście odebrał po pierwszym sygnale. 
- Hej śliczna!- w jego głosie wyraźnie słyszałam ulgę. 
- No hej. Spotkamy się?...- spytał trochę nieośmielona nocnymi wydarzeniami. 
- Jasne! Gdzie i kiedy?
- Teraz w kafejce Sharon.
- Pędzę skarbie!- wykrzyknął i natychmiast się rozłączył.
                 Skarbie? Hmmm.... Ten dzień robi się coraz przyjemniejszy. Cóż prawda Shanowi zajęło trochę czasu przyjście na miejsce, ale nie miałam mu tego za złe. 
- Tygrysku.... To dla ciebie.- Powiedział Shane, dając mi bukiet róż. 
- Tygrysek miał dzisiaj udane łowy. 
- A co takiego tygrysek złapał w swoje pazurki.
- Awans ojca, który sprzątnął mu spod nosa. 
- Duma mnie rozpiera, że moja.... eee- zaciął się trochę zakłopotany.
- Że twoja?
- Że moja dziewczyna załatwiła tak zimnego drania- powiedział uśmiechnięty i namiętnie mnie pocałował. O matko! Ale on miał słodkie usta i świetnie całował. Mogłabym spędzić w jego ramionach całą wieczność. Kiedy się od siebie oderwaliśmy byliśmy nieco zakłopotani.
- Wyglądasz.... Wow!
- Dziękuje. 
- To gdzie śliczna chcesz iść?
- Hmmm...- rozejrzałam się wokół siebie. - Na północ.
- Dla ciebie na koniec świata.
- Świetnie- stwierdziłam i ruszyłam na południe.
- Miało być na północ.
- Powiedziałeś na koniec świata.-przypomniałam mu.- A po za tym kobieta zmienną jest.
                 A więc szliśmy kilka godzin w wybranym przeze mnie kierunku. Shane chwycił mnie za rękę, a ja uśmiechnęłam się do niego.  Przypomniałam sobie o Caroline. Pewnie cały dzień siedziała i myślała o mnie i Shanie... Jest trochę nadopiekuńczą przyjaciółką. Delikatnie mówiąc.
- Shane... Caroline pisała i...
- Nie kończ... Wiem co chcesz powiedzieć.- przerwał mi.
- A zatem?- spytałam ciekawe, czy rzeczywiście wie o co mi chodzi.
- Zaczyna się od: "Co powiemy", a kończy na: "Caroline". Wiem, że za mną nie przepada bo się o ciebie martwi, ale daj nam jeden dzień, a potem coś wymyślimy.- powiedział i  mnie ponownie pocałował... To było takie słodkie. 
- Wiesz, może to niezbyt romantyczne, to co teraz powiem, ale wracajmy nogi mnie bolą.
- Jak sobie życzysz. Ale którędy?
- Emmmmm.... No tak. Nie pilnowałeś drogi?- spytałam.
- To ty byłaś przewodnikiem. Ja powiedziałem, że pójdę z tobą na koniec świata i chyba dotarliśmy do celu. Ale założę się, że nawet tu mają mapę w kiosku, czy coś takiego.
                 Kupiliśmy mapę i po kilku kolejnych godzinach chodzenia dotarliśmy pod mój dom.
- Wejdziesz? Zjemy coś i w ogóle?
- Jasne. Czemu nie. 
                 Drzwi były dziwne, co było dziwne, ponieważ mama powinna być w domu. Otworzyłam dom swoim kluczem i kiedy weszłam buty wrzuciłam na podłogę. 
- O matko! Padam z nóg. Shane, na co masz ochotę?
- Coś zimnego do picia poproszę skarbie.- powiedział z uśmiechem i rozsiadł się na kanapie. 
                 Ruszyłam w kierunku kuchni. Na lodówce wisiała kartka: "Jadę do Lisy na noc. Wrócę po południu. To bardzo ważne. Przepraszam
- mama" Do karteczki było przyczepione sto dolarów. Kocham cię mamo.
- Zamawiamy pizze!
- A twoja mama nie będzie zła, że mnie zaprosiłaś? Bo jakby nie chcę podpaść. 
- Mojej mamy nie ma na noc. A ja cię nie wypuszczę dopóki...
- Na noc jej nie ma powiadasz? Weź mnie nie kuś.  Bo wiesz ta sukienka działa na mnie...- powiedział Shane śmiejąc się. Cały on.
- Miałam na myśli, że cię nie wypuszczę dopóki czegoś nie zjesz. 
                Włączyłam telewizor i poszłam sprawdzić sekretarkę. Tam rozległ się głos ojca: "Jessica... Musimy porozmawiać. Proszę..." Czy do tego kolesia nic nie docierało? Dzisiejsza akcja to dla niego za mało... Świetnie. Sprawię mu więcej bólu. 
- Nie mam do niego siły!- krzyknęłam z poirytowaniem. Shane zaraz znalazł się obok mnie. 
- Jestem przy tobie. W końcu się odczepi.- mówił tuląc mnie do siebie.
                Pozostała część wieczoru była udana. Zjedliśmy pizze i siedzieliśmy wtuleni i tak zasneliśmy. 
                Śniło mi się, że goni mnie niedźwiedź. Tylko ten niedźwiedź zaczął kasłać. Uświadomiłam sobie, że to sen i otworzyłam ślepia. Zobaczyłam mamę tylko taką do góry nogami. O rajuśku! Uświadomiłam sobie co zobaczyła- swoją córkę w seksownej sukience wtuloną w chłopaka. Trochę to mogło być niepokojące. Szturchnęłam Shane'a. 
- Jeszcze pięć minut- poprosił.
Walnęłam go łokciem w żebra. Natychmiast się obudził.
- Co się...- zaczął Shane po czym szybko skoczył na nogi.- Dzień dobry proszę pani!- wykrzyknął.- Tak na mnie już czas. Do widzenia.- powiedział Shane i ruszył z zamiarem wyjścia. 
- Młody człowieku ja nie gryzę. Nic się nie stało. Chodźcie chociaż na śniadanie. 
                Na szczęście mama się nie gniewała. Myślałam, że nie chce robić scen i potem strzelić kazanie, ale rozmowa przy stole zboczyła na całkiem inny tor. 
- Mam nadzieję, że w nocy nie zdarzyło...- zaczęła mama ostrożnie. 
- Mamo, o czym ty mówisz?
- Wiecie.... w waszym wieku to normalne. Nie ma się czego wstydzić. Hormony i w ogóle, ale błagam pamiętajcie o zabezpieczeniu. 
- Mamo!- jeszcze nigdy się tak nie wstydziłam. Strzeliliśmy z Shanem takiego buraka. Nie wiem które z nas było w tamtym momencie bardziej zawstydzone. Własna matka rozmawia o moim nie istniejącym życiu seksualnym. 
- Niech się pani nie martwi... Nic się nie zdarzyło. - w tym momencie walnęłam głową w stół.- Dziękuje za śniadanie na mnie już czas. Do widzenia. 
                Kiedy drzwi się zatrzasnęły mama uniosła jedną brew i wlepiła we mnie wzrok.
- No co?- spytałam z miną niewiniątka.
- Jessica ufam ci i nie będę potępiać za.... sex, ale nie zapraszaj do domu na noc kolegi, którego ledwo znasz i to wtedy kiedy mnie nie ma. 
- To nie kolego, tylko mój chłopak.
- Wow. Dziewczyno ile u ciebie zmian. A Adam?
- Nie ma Adama.- powiedziałam smutna.
- Och, kochanie. Nie był ciebie wart skoro cię skrzywdził.  
                Gdy mama dowiedziała się, że Shane jest moim chłopakiem miała milion pytań dlatego cieszyłam się, kiedy wymknęłam się do swojego pokoju. Błyskawicznie wysłałam sms-a Shanowi z przeprosinami. Nie gniewał się i uważał to za zabawne. Stwierdził, że "dobry przypał nie jest zły". 
                Musiałam się doprowadzić do porządku. Wyglądałam okropnie. Sukienka pogięta, perfekcyjny makijaż zniknął, a włosy.... Szkoda gadać. 
                Weszłam na facebooka. Dość dawno nie sprawdzałam co się na nim dzieje. Oczywiście kilkanaście wiadomości od Paula i Adama z przeprosinami. Mój były chłopak prosił, żebym go tak nie zostawiała. Do tego Caroline, która domagała się wyjaśnień i błagała bym nie robiła nic głupiego. Myślałam tylko o tym, co jej powiedzieć, żeby mnie zrozumiała. 

środa, 8 maja 2013

Rozdział 5


                                                               ROZDZIAŁ 5 

                 Druga część tygodnia minęła dosyć spokojnie. Tylko Caroline była nie w sosie, kiedy się dowiedziała o zaistniałej sytuacji z Adamem. Wpadła w furię, kiedy się dowiedziała, że mnie obraził. Przysięgła, że mu tego nie daruje i jeszcze za to zapłaci. 
                 Nie chciałam zemsty.... Chciałam mieć spokój. Zemsta nic by mi nie dała. Na dodatek Adam  cały czas do mnie wydzwaniał i pisał sms-y. W wiadomościach pisał jak to mnie kocha i żałuje tego co się stało. 
                 Głupio mi było stanąć twarzą w twarz z Shanem, ale on kolejny raz udowodnił, że nie jest taki na jakiego wygląda, a mianowicie na nabuzowanego nastolatka bez zasad i uczuć.
                 Kolejne dni były łatwiejsze do przełknięcia. Zaczynałam łapać rytm na pozór normalnego życia, któremu sens nadawały w tamtej chwili obowiązki. 
                 Dla większości nastolatków mottem życiowym jest "byle do piątku". Ja nigdy nie cieszyłam się na weekend, ponieważ musiałam jechać do ojca, ale ten piątek był inny. Nie musiałam nigdzie się ruszać i zapowiadała się niezapomniana impreza. Oczywiście co chwile organizowane są jakieś domówki, ale ta miała być inna, ponieważ była organizowana przez Michaela- szkolnego przystojniaka, który wiedział co to znaczy dobra zabawa. Na samą myśl o zbliżającym się wydarzeniu czułam dreszczyk podniecenia. 
                 Kiedy w końcu rozległ się ostatni dzwonek na korytarze wybiegł tłum podekscytowanych nastolatków. Nie dało się przejść. Byłam niesiona przez prąd młodych ludzi. Gdy jakoś udało mi się wyjść ze szkoły musiałam czekać na Caroline by ustalić szczegóły dotyczące naszego wyjścia na imprezę.
- No to jak? -spytałam. 
- Co jak? - zdziwiła się Caroline. 
- No idziesz od razu do mnie się przygotować, czy wracasz do domu?
- Idziemy od razu do ciebie, ale muszę zadzwonić do mamy. 
                 Gdy Caroline oddaliła się by zadzwonić, ja wypatrywałam sylwetki Shane. Przez ostatni tydzień zakumplowaliśmy się. Nie byliśmy jeszcze przyjaciółmi, ale też nie byliśmy już na etapie dobrych kolegów. Nie do końca wiem, jak nazwać tą dziwną relację.
                 Jednak, przeszukiwając oczyma tłum ludzi, rozczarowałam się. Zamiast Shane dostrzegłam przybliżającą się postać Paula. 
                 No super! Jeszcze tego typa tu brakowało. Jest taki sam jak Adam. Porównując ich osobowość, nie znalazła by się żadna różnica. 
- Dzień dobry Jessico.- przywitał się grzecznie przyjaciel mojego ex. 
- Dla kogo dobry dla tego dobry. Czego chcesz?- spytałam oschle i nieuprzejmie. Wiedziałam po co przyszedł.
- Pogadaj z Adamem. Zamartwia się. 
- Urzekła mnie twa historia, ale co ja mam z tym wspólnego?
- Co masz z tym wspólnego?! Jeszcze pytasz?! Zamiast umawiać się z jego kuzynem to mogłabyś zainteresować się kimś przyzwoitym ty dziwko!
                 Nagle jakaś pięść wylądowała na twarzy Paula. Czyjaś ręka tylko mignęła mi przed oczami, ten cios był tak szybki.
- Nigdy! Nie ! Obrażaj! Jessici!- usłyszałam wściekłego Shana.- Jeszcze raz usłyszę, że coś na jej temat powiedziałeś to będziesz musiał emigrować! Jasne?!
- Co się dzieje?- do akcji wkroczyła Caroline.
- Paul nazwał Jess dziwką.
                 Na twarzy Carol malowało się oburzenie. To nie zapowiadało nic dobrego. I tym razem się nie pomyliłam. Moja przyjaciółka zamachnęła się i kopnęła Paula prosto w... orzeszki. 
                 To dziwne, ale ja stałam cały czas z boku, jakbym była sparaliżowana. 
- Jessi? Wszystko okej?- zapytał Shane troskliwie otaczając mnie ramieniem.
- Co? Tak... Chyba.
- Chodź zostawmy tego palanta samemu sobie.
- Wyjątkowo się z tobą zgadzam- wtrąciła Caroline. 
                 Bez słowa ruszyłam a stronę swojego domu w towarzystwie przyjaciół, którzy mówili tylko o tym co zrobią Paulowi jeśli jeszcze raz odwali taki numer.
                 Właściwie chciałam mieć taką postawę jak oni- nie bać się przeciwstawić. Ponownie ktoś bezpodstawnie mnie obrażał, ale tym razem publicznie. Po chwili namysły wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Adama. 
- Co robisz?- spytała Caroline
- Nie odpuszczę! Nie tym razem. 
                 Po chwili oczekiwania, która wydawała się wiecznością, Adam łaskawie zdecydował się odebrać.
- Hej Jess! Kotku ja naprawdę żałuję tego co powiedziałem i...
- Zamknij się!- warknęłam.
- Co?- zdziwił się.
- Gówno! Zamknij się w końcu!
- Czy ja słyszę nutkę wściekłości w twoim głosie?
- Nutkę?- oburzyłam się- To cała symfonia!
- Ale o co chodzi?
- Nie udawaj niewiniątka! Nie dość, że wyzywałeś mnie przez telefon, to na dodatek nasłałeś na mnie swojego kumpla, żeby zrobił to samy, ale publicznie?!
- Ale ja...- próbował się tłumaczyć chłopak. Dla takiego zachowania nie ma usprawiedliwienia. 
- Milcz kiedy mówię!
- Kiedy...
- Nie życzę sobie tego typu wyzwisk pod moim adresem.- powiedziałam po czym się rozłączyłam. Dla mnie rozmowa była skończona. Nie miałam już nic mu do powiedzenia. Powiedziałam to co chciałam. 
- Wow! Masz takie oczy, że gdybym cię nie znał to bym nie podszedł.- stwierdził Shane, najwyraźniej próbując rozładować napiętą sytuację. 
                 Dalszą część drogi przebyliśmy żartując sobie, jakby nie zdarzyło się nic szczególnego. 
- Shane... Wybacz. My musimy się szykować na wieczór.- powiedziałam kiedy dotarliśmy pod mój dom. 
- Ale ja chętnie popatrzę- odparł Shane zalotnie.
- Chłopcze! Nie, nie popatrzysz. Idź. Spotkamy się na miejscu.- powiedziałam, podchodząc do niego. Wtuliłam się w niego. 
- Pa śliczna.
Westchnęłam-Pa Shane. 
- Cześć Caroline.
- Cześć.
Shane poszedł w swoja stronę, a my weszłyśmy do domu.
- Czemu do ciebie mówi śliczna?
- Nie wiem. Bo to Shane. 
- Tak, czy inaczej on mi się nie podoba.
Przewróciłam oczami. Caroline była nadopiekuńcza. Gorzej niż mama.
- Dlaczego?- spytałam ze zmęczeniem.
- Pomyśl! Shane zachowuje się tak tylko w stosunku dla ciebie. Kiedy ciebie nie ma jest jak zwierze.- Roześmiałam się.
- Zwierze- spytałam. Shane i zwierze? Bez komentarza. 
- Nie śmiej się! On chyba...
- Przestań! Miałyśmy się przygotować na imprezę.
                 Następne kilka godzin spędziłyśmy wybierając sukienki, biżuterię, malując się, ale i tak kilka razy wszystko zmieniałyśmy. Tak to jest z nami kobietami. Gdy uznałyśmy, że już lepiej wyglądać nie będziemy, poprosiłam mamę, żeby nas podwiozła.
                 Już z daleka słychać było muzykę. Chciałam jak najszybciej zatańczyć. 
- Pa słonka! Bawcie się dobrze!- krzyknęła mama, kiedy wysiadałyśmy. 
- Zapowiada się super wieczór- stwierdziłam podekscytowana. 
                 Czym prędzej wbiegłyśmy do domy pełnego ludzi. Natychmiast wtopiłyśmy się w tłum. Nagle poczułam czyjąś rękę na mojej pupie.
- Ej!- krzyknęłam, obracając się.
- Hej śliczna!- no tak. Shane. Któż by inny?
- Ty dupku!
Roześmiał się na moje słowa.- Nie moja winna.
- A czyja?
- Tej sukienki.
                 Tymczasem Caroline filtrowała z Michaelem. Kręciła włosami i uśmiechała się uwodzicielsko. Shana też obskoczyły dziewczyny, tylko ja stałam jak kołek. 
                 Postanowiłam się rozluźnić i nie zwracać uwagi na innych. To przyniosło oczekiwany skutek. Zaraz znalazło się kilku chętnych do zatańczenia ze mną. Bawiłam się świetnie. Straciłam poczucie czasu, ale pragnienie dało o sobie znać. Zeszłam z parkietu i poszłam się czegoś napić, a tam zastałam Caroline całującą się z Michaelem, ale jak tylko mnie zobaczyli to odskoczyli od siebie. 
- Nie przeszkadzajcie sobie.-powiedziałam z uśmiechem i wzięłam wodę. Michael nieco skrępowany wyszedł z kuchni, a Caroline cała czerwona podeszła do mnie.
- Hah, ale się porobiło.-zaczęła.
- Punkt dla ciebie siostro.- powiedziałam, puszczając jej oczko. Do kuchni wpadł Shane. 
- Wow! Ale biba! Śliczna wracamy na parkiet noc dopiero się zaczyna.
Shane bez słowa wyjaśnienia wyciągnął mnie na parkiet. Dochodziła północ. Zaczeliśmy tańczyć razem.
                 Mijały kolejne godziny, a my nadal razem tańczyliśmy. Nigdy w życiu tak dobrze się nie bawiłam. Impreza była genialna. Nie zwracałam uwagi na innych ludzi. Chciałabym, aby ten wieczór trwał wiecznie. Shane zrezygnował z dresu i wyglądał super.
                 Gdy na parkiecie zrobiło się więcej wolnego miejsca, puścili jakiś wolniejszy kawałek. Założyłam ręce na szyję Shana i tańczyliśmy dalej patrząc sobie w oczy. 
- Wiesz- zaczął Shane- cieszę się, że cię poznałem. 
- Też się cieszę, że się przyjaźnimy- odpowiedziałam z uśmiechem.
- Ale ja nie chcę być dłużej... tylko przyjacielem.- powiedział Shane niepewnie. Trochę zbiło mnie to z tropu.- Jessica naprawdę mi na tobie zależy, ale czuję się winny.
- Dlaczego?
- Bo podrywam kuzynowi dziewczynę, ale jeśli mam się czuć winny, to chcę się czuć winny za to.- Nie wiedziałam o co mu chodzi, ale po chwili Shane mnie pocałował. O matko! Ale on świetnie całował! Nie chciałam, żeby przerywał. Chciałam być z nim, być jego "śliczną" nic więcej się nie liczyło. Tylko ja i on.  Nie zwracałam uwagi na to, czy ktoś patrzy, czy nie. W tamtej chwili nikt poza nami nie istniał.
                 Noc trwała i trwała, a my dalej tańczyliśmy wtuleni w siebie. Chciałam mieć kogoś takiego jak Shana, na kim mogłabym polegać. W końcu trzeba było wracać do domu. Niestety... Jednak to był najwspanialszy dzień mojego życia.

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział 4


                                                                  ROZDZIAŁ 4           

                Wczorajszy wieczór nie był dobrym początkiem nowego rozdziału w moim życiu. Chociaż... Jak przypomnę sobie minę mojego ojca to można zaliczyć ten dzień do udanych. 
                Rano wstałam z uśmiechem na ustach. Towarzyszył mi entuzjazm. Pojęcia nie mam skąd wzięłam tyle pozytywnej energii.
                Kiedy jadłam śniadanie, ponownie ktoś postanowił zaszczycić mnie wizytą.
- O matko! Kogo niesie tym razem? Świętego Mikołaja?
                W drzwiach stał Shane. Znowu na ustach zagościł ten, charakterystyczny dla niego uśmiech. 
- Nie, to nie święty Mikołaj, ale mam nadzieję, że ja ci wystarczę. Hej śliczna!
- Nie mów tak do mnie. Ja mam chłopaka.- powiedziałam już ze znudzeniem.
- Oj tam, oj tam. Nic nie trwa wiecznie. 
Przewróciłam oczami. Nie miałam ochoty odpowiadać na jego zaczepki.
- Co ty tu w ogóle robisz?
- Nie mam jeszcze żadnych kumpli w tym mieście więc sobie pomyślałem, że wpadnę po mojego ślicznego aniołka.
- Razem mamy iść do szkoły?
- Aniele ja nie żądam tak wiele.
- Skąd bierzesz takie teksty? Zresztą, nieważne. Poczekaj tu na mnie.
- Oczywiście mój zakręcony cukiereczku. 
- Shane...- powiedziałam ostrzegawczo.
- Okey, już się zamykam. Ale muszę powiedzieć, że rajcujące masz zderzaki.- powiedział z uśmiechem.
- Shane!- krzyknęłam z oburzeniem.
- No co? To miał być komplement!
- Ale nie był!
                Pobiegłam na górę i zabrałam swoje rzeczy. Śpieszyłam się bo inaczej ten wariat zaczął by mi śpiewać pod domem. Wyskoczyłam z domu jak z procy.
- Dobra, możemy iść. 
- Co tak pędzisz? 
Zwolniłam. Nic mu nie pasowało. 
- Jak tam po rozstaniu z Adamem? Radość?
Nie odpowiedziałam. Właściwie nie mam bladego pojęcia dlaczego nie mogłam wydusić z siebie małego kłamstewka. Jakoś nie umiałam w tamtej chwili zaprzeczyć. 
- Aaaaa.... Rozumiem.
- Nie, Shane. Ty nic nie rozumiesz!- odparłam z wyrzutem.
- W takim razie wytłumacz. 
                Co mu miałam powiedzieć? Że cieszę się, że Adam wyjechał? Że się go boję? A może, że czuję się jak więzień? Nie potrafiłam znaleźć jakichkolwiek słów, by przybliżyć choć odrobinę Shanowi moją beznadziejną sytuację.
                Zaczęliśmy gadać o jakiś błahostkach. Na serio, dobrze nam się rozmawiało. Nowy kolega był skryty, ale jednocześnie całkiem interesujący, jednak nadal pozostawał zagadką. Mógłby uchylić mi chociaż rąbek jakiejś tajemnicy.
- Shane?
- No?
- A właściwie dlaczego cię przenieśli?
Wesoły chłopak w jednej chwili posmutniał.
- Za wagarowanie, złe oceny i takie tam... Musimy o tym gadać?- spytał z poirytowaniem.
- Okej, okej. Kminie. Drażliwy temat. Co masz na pierwszej lekcji?
- Matmę. Może byśmy czmychneli?
- Shane...
- No co?
- Co? Jeszcze się pytasz? Drugi dzień w szkole, a ciebie już na wagary niesie? Po moim trupie!
- Ale, ale...
- Chłopcze, nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę.
Wzięłam go za ucho i zaczęłam prowadzić korytarzami pod salę.
- Aaaa! Ała! Aaa! To boli! Puść! Okej! Już idę na matmę!
- Jessica co ty wyprawiasz?!- ryknął dyrektor.
- Wybijam koledze wagary z głowy.
- A! Chyba, że tak. Podoba mi się, że dbasz o nowych uczniów. Tak trzymaj- powiedział dyrektor i poszedł w swoim kierunku.
- Dobra! Puść! Słyszysz?! Już idę na matmę!
- No ja myślę. 
                Pierwsze kilka lekcji minęło mi szybko. W szkole nie było Caroline. Shane też się zgubił w tłumie. 
                W porze lunchu poszłam zjeść śniadanie na trawnik za szkołę. Był piękny, słoneczny dzień więc uznałam to za genialny pomysł, a po za tym było tam zdecydowanie mniej ludzi. Gdy siedziałam i zaczęłam zabierać się za jabłko, ktoś zasłonił mi rękoma oczy.
- Zgadnij kto to?
- Shane...
                Od razu poznałam jego głos. Co on się tak mnie uczepił jak topielec koła ratunkowego?
- Hej śliczna!- przywitał mnie z entuzjazmem.
- Prosiłam się, żebyś tak do mnie nie mówił...
- Ale... Ty jesteś śliczna- powiedział Shane, obdarzając mnie uroczym, promiennym uśmiechem. Zarumieniam się.
- Dziękuje.
- Nie ma za co. Aaaa! Zapomniałbym. Pomożesz mi w fizyce. Nie chce sobie siąść,a to dla mnie kompletny kosmos.
- Jasne pomogę ci.
- Dzięks. Doceniam to.
                Faceci są jacyś inni. Powaga. Mają jakby dwie twarze. Na przykład taki Shane. Raz gra tajemniczego gościa, który jest zmęczony życiem, a innym razem jest wesolutki jak skowronek, którego jedynym problemem jest fizyka. Nie ogarniam tego typa.  Ciekawe, czy chłopcy ze swojej perspektywy też tak postrzegają kobiety.
- A tak w ogóle coś ty robił przez te wszystkie przerwy?
- Tęskniłaś- stwierdził. 
- Jestem tylko ciekawa.
- Chodziłem to tu, to tam.
Przewróciłam oczami. Dlaczego on musi robić z byle czego jakieś wielkie tajemnice. Mój towarzysz nagle posmutniał.
- Shane!
- Co się dzieje? Czemu krzyczysz?
- Rozchmurz się.
- Dla ciebie wszystko słonko. 
Zarumieniałam się. Na moje nieszczęście dostrzegł to i się roześmiał. Mój rumieniec jeszcze bardziej się pogłębił.
                Shane miał taki piękny, zachwycający uśmiech. Szkoda, że tak rzadko się śmiał.
- Zawstydzasz mnie celowo. To nie fair!- rzuciłam oskarżeniem z oburzeniem.
- Ha ha ha!
- Z czego się śmiejesz?
- Z niczego.
- No powiedz.
- Nie.
- No powiedz.
- Nie.
- Oj, trudne jest z tobą życie.
- Nawet nie masz pojęcia.
                Czułam, że za tymi słowami kryje się coś więcej... Jakaś głębsza prawda, którą Shane ukrywa przed wszystkimi.
                Nie naciskałam na niego, pytając się co dokładnie ma na myśli. Tak samo jak ja wiedział, że jeszcze nie jesteśmy przyjaciółmi. To jeszcze nie ten czas byśmy mogli się sobie nawzajem zwierzać.
                Kiedy przerwa na lunch się skończyła, każde z nas poszło w swoją stronę. Na lekcjach nie mogłam się skupić. Miałam ochotę porozmawiać z Shanem. Sama jego obecność w jakiś dziwny sposób wprawiała mnie w dobry humor. Kiedy już straciłam nadzieję na jakąkolwiek lekcje z nim nadszedł czas na lekcje wf-u.
                Szczęście mi dopisało i mieliśmy go razem. Trochę mi głupio było bo miałam krótkie spodenki w kolorowe kwiatki. Wiedziałam, że zaraz będzie sobie z nich kpił. Po prostu to wiedziałam. 
- Dobierzcie się w pary! Chłopak i dziewczyna!- zagrzmiał głos pani McDonagh.
- Śliczna uczynisz mi ten zaszczyt?- spytał Shane z przesadną grzecznością. Skinęłam głową.
- Dobra! Pierwsza para! Jessica i młody człowiek, którego nie znam oraz Jennifer i Peter! Gracie jako pierwsi w koszykówkę, do jednego trafionego kosza. 
                Shane i Peter ustawili się na środku boiska. Pani McDonagh rzuciła piłkę w górę. Chłopcy skoczyli i to Shane wywalczył ją, podając do mnie. 
                Ja spokojnie i strategicznie zaczęłam piłkę wolno kozłować i iść powolutku w kierunku kosza przeciwnika. Tak jakbym spacerowała. Wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli, nie wiedząc co się dzieje. Nawet Shane był zdezorientowany, ale jak tylko minęłam Jennifer zaczęłam szybko biec na kosz. Dwu takt i trafiony.
- Następni!
Podeszłam do Shana.- Widzisz cwaniaki mają w życiu łatwiej. 
                Na boisko weszła następna para, z którą mieliśmy się mierzyć. Kilka podać między sobą i kolejny punkt. 
                Potem przyszedł czas na Megan i Miechaela. Dziewczyna zamierzała skakać do piłki więc i ja postanowiłam powalczyć. 
                Piłka została wyrzucona w górę. To ja wygrałam pojedynek w locie. Popchnęłam piłkę w kierunku Shana. On tylko na to czekał i odstawił popisuwę.
                Zamiast zwykłego dwu-taktu zrobił w powietrzu dwa fikołki i wsadził piłkę do kosza. Aż mnie zatkało. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Rozległy się pomruki niedowierzenia, a potem brawa. Nawet na niewzruszonej pani McDonagh ta akcja zrobiła wrażenie. 
- I co cwaniaku?- spytał zadowolony z siebie Shane.
                Kolejne pojedynki wygrywaliśmy niezwykle łatwo. Stanowiliśmy idealny zespół. Nikt nie znalazł na nas sposobu. Nauczycielka nie ukrywała zdumienia. Zajrzała do notatek. Zapewne, żeby zorientować się jak się Shane nazywa.
- Stenson i Jessica! Świetna robota! Powinniście się zapisać do szkolnej drużyny.
                Na sali ponownie rozległy się brawa. Nikt się po nas czegoś takiego nie spodziewał. Shane, bardzo z siebie zadowolony podszedł do mnie. 
- Piąteczka śliczna- powiedział wyciągając do mnie rękę. Przybiłam mu tę piątkę, ale jakoś bez większego entuzjazmu.- A właśnie... Uroczo wyglądasz w tych, krótkich szortach.
- Wrrr!
- Ha ha! Dobra już nic nie mówię tygrysico.
- Tygrysico? Nie- powiedziałam z rezygnacją.- Ja przy tobie skończę w wariatkowie.
- Brzoskwinko?
- Jaka znowu brzoskwinko?
- No w tych spodenkach twoje pośladki wyglądają jak brzoskwinki.
                Face palm! Ten facet nie znał żadnych granic. Odwróciłam się i poszłam w kierunku szatni. Popatrzyłam za siebie i zobaczyłam, że Shane z przechyloną głową przygląda się mojemu zadkowi.
- Shane!- krzyknęłam i pobiegłam do szatni. Roześmiał się. No co za typ! No po prostu przegina, ale z drugiej strony Adam nigdy nie patrzył na mnie z takim pożądaniem. 
                W szatni wzięłam prysznic bo przyznam się bez bicia, że trochę ode mnie jechało. Musiałam się jakoś doprowadzić do porządku. Kiedy już się odświeżyłam to zabrałam kurtkę i pospiesznie wyszłam z szatni.
- Hej śliczna!!
- Aaaa!- wrzasnęłam.
- Wystraszyłaś się?- zdziwił się Shane.
- Nie, no coś ty! Zwykle gdy ktoś wyskakuje mi niespodziewanie zza rogu wrzeszczę tak dla efektu.- stwierdziłam z ironią. 
- Aaaa. Chyba, że tak. Dobrze nam dzisiaj poszło śliczna.
- Czemu ciągle nazywasz mnie śliczna?
- A czemu nie?- zdziwił się.
- Bo mam chłopaka? To, że wyjechał nie znaczy, że go nie ma- stwierdziłam.
- Nie tragizuj. Idziemy?
- Gdzie?
- No miałaś mi pomóc.
- A tak zapomniało mi się. Sorka.
                Wyszliśmy ze szkoły. Słoneczko świeciło, a Shane zaczął mi relacjonować jakiś " odjechany horror". Nie cierpię horrorów! Boję się ciemności i w ogóle. Zdecydowanie wolę dramaty, fantasy, kryminały albo nawet komedie, ale horrory definitywnie odpadają. 
                Po południe zapowiadało się bardzo miło. Kiedy mijaliśmy kafejkę mojej ciotki Sharon, zobaczyłam w oknie Paula- najlepszego przyjaciela Adama. Gdy mnie zobaczył zrobił wielkie oczy. Na jego twarzy malował się szok. No tak nie obędzie się bez telefonu do mojego chłopaka.
- No nie...- powiedziałam z rezygnacją.
- Coś nie tak?- zdziwił się Shane.
- W kafejce był Paul...
- A kto to?- spytał.
- Najlepszy kumpel Adama. Zobaczył nas razem i pewnie już do niego dzwoni.
                Po krótkiej chwili poczułam wibracje w kieszeni. Rzuciłam Shanowi spojrzenie z serii " a nie mówiłam".
- Halo?
- Co robisz z Shanem?!- usłyszałam rozgniewany głos mojego chłopaka.
- Cześć! U mnie wszystko w porządku. Dzięki, że pytasz Adam- powiedziałam z zażenowaniem.
- To nie czas na żarty Jess! Nie ma mnie jeden dzień... Jeden dzień Jessica! A ty już romansujesz z moim kuzynem?! Nie wierze!
- Z nikim nie romansuje!- oburzyłam się. On chciał chyba, żebym żyła jak w klasztorze.
- Ach tak? To czemu się z nim spotykasz?
- Nie mogę mieć kolegi?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Masz mnie!
- Weź człowieku ogarnij!
- Masz się z nim nie zadawać! Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno. Dla mnie to koniec tematu! Cześć!- krzyknął i się rozłączył.
- Wrrr!!!!!!!
- Kazanie strzelił?- spytał Shane.
- Raczej wydał rozkaz.
                Dlaczego ja mam tak beznadziejne życie? Mówią, że nie szczęścia chodzą parami. Wcale nie. Do mnie przyszły całym stadem. 
                Chciałam tylko pomóc Shanowi w nauce. Czy to źle? Nie miałam złych zamiarów, ale oczywiście... Nawet jak nie robię nic złego to i tak Adam znajdzie milion argumentów by dowieść, że jednak jestem winna.         
                Miałam gdzieś co Adam myśli. Był wiele kilometrów od Chicago. Teoretycznie byłam bezpieczna, ale wcale się tak nie czułam. Jakby wisiało nade mną jakieś fatum. 
- Śliczna, nie do twarzy ci z grymasem- powiedział Shane z troską.
- Po prostu denerwuje mnie to, że nie mogę mieć nawet kolegi bez wysłuchiwania ciągłych pretensji, kazań i wyrzutów.
                W tamtym momencie, w moich oczach nie było łez. Musiałam jakoś się opanować. Nie chciałam okazywać jakiejkolwiek słabości. Na pozór byłam spokojna i twarda niczym kamień, ale moja dusza krzyczała. W środku byłam rozbita na tysiące kawałków. Nikt nie wiedział jak to wszystko rani moje serce. Pragnęłam paść na ziemię i rozpłakać się jak małe dziecko.
                Resztę drogi do domu przebyliśmy w milczeniu. Sytuacja była napięta zważywszy na okoliczności. Nawet Shane całkiem spoważniał, co u niego jest praktycznie niemożliwe. 
                Że też Adam popsuł mi,a właściwie nam dobry nastrój. Przykro mi było, że jest taki nieufny w stosunku do mnie. Miałam nadzieję, że on jakoś się opamięta w tej Kanadzie. 
                Od tej niezręcznej ciszy, aż mi ciarki przyszły po plecach, ale nie miałam pojęcia co powiedzieć w takiej sytuacji. Shane pewnie też nie, ponieważ był cicho jak nigdy. 
- Śliczna, nie do twarzy ci z grymasem.
- To nie grymas tylko wkurzenie.- stwierdziłam krótko. 
                W oczach miałam łzy poirytowania. Z trudem je powstrzymałam. Mimo wszystko było mi przykro z powodu takiego braku zaufana ze strony Adama. 
                Cisza pomogła mi się opanować. Zbyt zajęta przejmowaniem kontroli nad uczuciami, nie zauważyłam kiedy dotarliśmy pod mój adres. Musiałam sprawdzić skrzynkę. Nie było nic ciekawego. Jakieś reklamy i zaproszenia, ale wśród nich jeden list przyciągnął moją uwagę więc go otworzyłam. Osłupiałam!
- O matko! Ludzie trzymajcie mnie!! Przecież ja wydłubie oczy temu... Temu.... Debilowi!! Nienawidzę go!!!
- Co się stało? 
- Ojciec chce zabrać mamie prawa rodzicielskie. Twierdzi, że utrudnia mu kontakt ze mną. Przecież to jest śmieszne!!
- Będzie dobrze. Nie martw się.
                Shane najwyraźniej nie wiedział jak się zachować. Wsadził ręce do kieszeni i zwiesił głowę. Nie dziwiłam się. Sama wprowadziłam niezręczną atmosferę. Zapipkał mi telefon.
- Jeszcze lepiej! Sms od Adama. 
"Jeśli dalej jesteś z tym typem to się go pozbądź! Prowadzisz burdel na kółkach?!"
- Yyyyy!!!!!
- Zamęcza cię.
                Pokiwałam głową. Miałam wrażenie, że jeśli spróbuje coś powiedzieć to po prostu pęknę. Kiedy poczułam, że odzyskuję spokój zaproponowałam Shanowi coś do picia. Straciłąm ochotę na cokolwiek. Włączyłam telewizor i zalęgliśmy na kanapie, oglądając jakiś tandetny talk show. Co chwile dostawałam wiadomości od Adama typu:
" Nie odpiszesz nic?!!", " Może wam przeszkadzam".
Doprowadziło to do tego, że wyłączyłam telefon. 
                Byłam wściekłą i zarazem smutna. To było nie do opisania. Nie mogłam zrozumieć jak mój chłopak może mnie tak traktować? To jest nie do pomyślenia. Wiedziałam, że teraz Adam się wścieka bo wyłączyłam komórkę. Myślałam, że to wystarczy. Miliłam się. Zadzwonił telefon stacjonarny.
- Słucham?
- No proszę. A jednak telefony działają.- ze słuchawki rozległ się głoś Adama. Brzmiał on ironicznie.
- Adam. Co chcesz tym razem?- spytałam już zmęczona całą tą sytuacją.
- O co?! Jeszcze się pytasz?! Zdradzasz mnie ty suko!
Zatkało mnie. 
- Jess... Przepra...
- Z nami koniec!!-krzyknęłam- Koniec! Rozumiesz?! Koniec!!!
                Rzuciłam słuchawką. Jak on mógł tak zrobić? Czułam się potwornie. Byłam przygnębiona. Wszystkie emocje we mnie wezbrały i rozpłakałam się jak dziecko. Nie miałam siły udawać, że wszystko jest okej bo nie było. Słowa potrafią zranić najbardziej. 
                Łzy lały się po moich policzkach strumieniami. Z ust wyrwał mi się szloch. Shane szybko do mnie podbiegł i mocno przytulił. Natychmiast się w niego wtuliłam. 
                Wszystkie problemy dały się we znaki. Nie miałam na nic ochoty. Nie dawałam sobie z nimi rady. Tak na prawdę w tamtej chwili, nie miałam siły już na nic. 
                Nie mam pojęcia ile tak płakałam. Shane.... zachował się wspaniale. Powtarzał, że wszystko się ułoży i, żebym nie płakała bo jak to stwierdził pomarszczę się i nie będzie na to rady jedynie botoks.
- Dziękuje. Nie wiem co mnie opętało. I na dodatek zmoczyłam ci koszulkę.- powiedziałam, odrywając się od niego.
- Spoko nie ma sprawy. Jak chcesz drugi rękaw jest suchy?
Roześmiałam się.
- O widzisz to był prawie uśmiech.- stwierdził z zadowoleniem.
- Naprawdę, dziękuje Shane. Jest ci wdzięczna.
- Nie ma sprawy. Dla ciebie zawsze mogę robić za chusteczkę. 
                Na swój sposób Shane był słodki. Jakby nie było zatroszczył się o mnie. Był mi wtedy przyjacielem chociaż nie znaliśmy się na tyle, by być przyjaciółmi.
                Shane położył mnie na łóżko i przykrył kocem. Byłam mu za to wszystko na serio wdzięczna. Kilka prostych gestów w sytuacjach kryzysowych to jak gwiazdka z nieba. 
                 W końcu zasnęłam, ale kiedy się obudziłam Shane dalej siedział obok mnie.
- Ty nadal tutaj?- spytałam sennie.
- Jak widać.- odpowiedział z uśmiechem.
- Przepraszam.
- Za co? Że mój kuzyn to gbur?- zdziwił się Shane. 
- Ale mimo wszystko dziękuje.
- Nie ma sprawy śliczna, ale niestety twój rycerz musi już lecieć.- powiadomił mnie "mój rycerz".
                 Tego dnia nie można było zaliczyć do udanych.... 

poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział 3


                  ROZDZIAŁ 3

                   Zwykle początek tygodnia nie oznacza nic dobrego. Mam na myśli szkołę i rzeczy, które się z nią wiążą. Jednak dla mnie już nie długo miał się zacząć nowy okres. Coś w rodzaju wakacji... Wakacji od Adama. 
                   Po szkole musiałam jechać z nim na lotnisko. Czułam jakiś dreszczyk ekscytacji. Ciekawe czy więzień, który wychodzi na wolność czuje się tak samo albo chociaż podobnie. Byliśmy ze sobą bardzo długi czas i byłam ciekawa jak to jest bez niego. 
                   Wychodząc z domu spostrzegłam bardzo niemiłą niespodziankę. Nie dość, że lał deszcz to na dodatek mój ojciec razem ze swoją lalą postanowili czekać na mnie przed domem. Myślałam, że eksploduję. Nie było opcji, żeby nie pójść do szkoły, a mama przed chwilą pojechała do pracy. Nieźle to sobie wymyślili. Postanowiłam minąć ich bez słowa, ale ojciec złapał mnie za rękę. 
- Jessica! Co jest z tobą? Najpierw traktujesz mnie i Kate w sposób karygodny, a teraz mijasz bez słowa?
- Spokojnie Stephen. Nie denerwuj się kochanie.
- Masz rację. Muszę zachować spokój. Jess... Ja wiem, że to mama cię przeciwko mnie buntuje, ale nie daj się złamać. 
                   Popatrzyłam na niego z wściekłością i zdziwieniem. Moje oczy pewnie w tamtym momencie przypominały żyletki. Nie będzie jakiś stary playboy obrażał mojej mamy!
- Ej ziomek! Nie rozpędzaj się tak! Zluzuj trochę pośladki. To co robię to tylko i wyłącznie mój wybór. Nie będę się z wami zadawała! Nigdy!
                   Kate jak zwykle stała z tym swoim grymasem, który nazywała uśmiechem. Doprowadzał mnie on do szału. Znowu zmieniła kolor włosów. Tym razem na rudy. 
- No i popatrz tato. Kate tylko trochę postała na deszczu i już zardzewiała. 
Z triumfem patrzyłam jak się w niej wszystko gotuje.
- Jessica! Nie tak cię wychowałem!
- Ha ha ha! Ty nie miałeś czasu mnie wychowywać. Miedzy pracą i spaniem to miałaś tylko czas na to, żeby uganiać się za wszystkim co się rusza.
                   Nawet nie czekałam na odpowiedź.  Odwróciłam się do nich plecami i poszłam w swoja stronę. Miałam jeden problem z głowy. 
                   W szkole jak to w szkole. Było w miarę znośnie. Chowałam się przed Adamem. Tak, tak, wiem. To głupie, ale on jest jak pijawka. Jak już raz się przyssie to trudno się go pozbyć. W tłumie dostrzegłam drobną postać Caroline. Pomachałam jej, a ona odpowiedziałam mi szerokim uśmiechem. 
- Hej słońce! Jak minął weekend u ojca i jego tapeciary?
- Nie byłam. Odniosłam sukces na froncie.
- Co?
                   Bardzo szczegółowa zrelacjonowałam jej wydarzenia z ostatnich dni.
- To gruubooo....- krótko skomentowała Caroline, ale zaraz język jej się rozwiązał. 
- Jess, ale by było jakbyście się na serio pocałowali albo jakby Adam się o tej sytuacji dowiedział. A w ogóle opisz mi tego Shane! Przystojny? Jakie ma oczy? A usta? O Jess to takie romantyczne i w ogóle pomyśl sobie historia jak z filmu. Ona zajęta, on wolny. Zakochują się w sobie i...
- Caroline! Po pierwsze bierz czasem oddech, a po drugie nie przeżywaj tego jak mrówka okresu. 
- Okey, okey. Już się zamykam pasztecie! Ha ha!
To uwielbiałam w Carol. Umiała się śmiać praktycznie ze wszystkiego. Swoim optymizmem zarażała innych. 
- A tobie jak minął weekend?
- Musiałam pilnować siostry. Biłam się z nią, zabierałam jej ciastka. W sumie normalka. Dzień jak co dzień.
- Mogłam się domyślić. Chodź już lepiej do klasy żelkowy potworze. 
                 Nadszedł czas na lekcję angielskiego z panią Draw. Babka jest wyluzowana. Można z nią normalnie o wszystkim pogadać, jest wyrozumiała i ogółem każdy ją lubi. Jeśli w przyszłości miałabym być nauczycielem to tylko takim jak pani Draw- zawsze uśmiechnięta i pogodna. Szkoda, że jej lekcje tak szybko mi mijają.
                 Kiedy szłyśmy z Caroline szkolnym korytarzem w tłumie pryszczatych nastolatków zobaczyłam Adama. Jego blond beret rzucił mi się od razy w oczy. Pociągnęłam przyjaciółkę za rękaw i dałam nura do damskiej toalety. To był odruch.
- Ała!- wydała okrzyk niezadowolenia Carol.
- Ciiii!!! Jeszcze nas usłyszy!
- Jessica... Opanuj hormony i nie targaj tak mną to boli!
- Ok. Przepraszam.
- Dlaczego ty z nim jesteś? Uciekasz kiedy go widzisz. Na widok ukochanego powinno ci być gorąco, serce powinno ci szybciej bić, w brzuchu powinnaś mieć motylki, a w głowie mętlik i....
- Znowu czytałaś  jakieś romasidło. Wiesz co? Stanowczo rodzice ci powinni zabronić czytać bo to się staje niebezpieczne dla otoczenia.
                 Caroline może nadawała jak kaczka na dyktafon, ale w jej chaotycznym myśleniu było sporo racji. Powinnam się cieszyć na widok mojego chłopaka, a nie chować się po kątach.
- Jess? Czy ty jesteś z nim szczęśliwa w ogóle?
- Oczywiście! Znaczy... tego no.... Nie! W sensie tak! No bo.... To jest chyba jasne.
- No nie do końca. Ostatnio prawie w ogóle nie uśmiechasz się tak po prostu. Ostatnio zachowujesz się co najmniej jak nie jak ty.
- Carol my mamy tak jakby cięższy okres. Po za tym jesteśmy ze sobą trzy lata. Nie mogę tego tak przekreślić. 
- Czasem trzeba dokonać w swoim życiu wielu zmian. Obrócić swoją rzeczywistość o 180 stopni. Chcesz żyć w ciągłym strachu?
- Ja nie lubię zmian.
- Czasem wychodzą one na dobre. Wiem, że się ich boisz, ale są takie momenty w życiu kiedy nie wolno patrzeć się za siebie tylko iść na żywioł i żyć chwilą. 
- To nie w moim stylu!
- A druga sprawa... Nie podoba mi się jak on cię traktuje. Nie daj się złamać.
                 Westchnęłam. Nie chciałam na głos przyznawać Caroline racji, ale w głębi serca wiedziałam, że ją ma. 
- Dobra idę stawić mu czoła.
                 Wyszłyśmy na korytarz i ruszyłyśmy w kierunku sali matematycznej.
- Jess! Jess! Jessica!
No oczywiście. Adam przez cały czas mnie i szukał i... niestety znalazł. Chciałam w tamtej chwili być niewidzialna.
- Jess! Zwolnij!- powiedział mój chłopak, a raczej oprawca.- Wołałem cię. Nie słyszałaś?
- To przez te hałas.
Caroline prychnęła.
- Cześć Caroline. Miło cię widzieć.
- Taaa... Cześć.
- Zrobiłem coś nie tak?- zdziwił się Adam.
- Owszem. Jesteś tutaj. Zjeżdżaj stąd buraku bo dostaniesz z kopyta!
- Co ja zrobiłem?
- Domyśl się!
No tak... To tyle jeśli chodzi o dobre stosunki miedzy tymi dwojga. 
- Kotku możemy pogadać na osobności?- spytał Adam znacząco na mnie spojrzawszy.
- Nie widzisz, że gadamy? Kultury cię w domu nie nauczyli?
- Caroline...- rzekł ostrzegawczo mój chłopak.- Nie ciebie pytam o zdanie.
- To masz problem bo to ja ci odpowiadam.
                 Jak moja przyjaciółka się nakręci to nie ma na nią mocnych. Adam odszedł bez słowa nieco zmieszany. Ja stałam dalej z otwartą buzią i wywalonym paczadełkami. 
- Zamknij tę paszczę i ucz się jak się spławia kolesi. 
                 Carol zaczęła odwalać swój taniec zwycięstwa. Mimowolnie zaczęłam się śmiać.        
- Masz z hełmem kobieto- powiedziałam stukając Carol w czoło. 
- Ha ha ha! Faktycznie. Chodź bo się spóźnimy.
                 Na matmie znów czekała mnie niespodzianka. Sama nie wiem czy określić tę niespodziankę jako miłą, czy nie. 
                 Do klasy wszedł dyrektor. 
- Proszę o ciszę!- jakby w ogóle musiał o nią prosić. Wyglądał jak Mike Tyson więc jak wchodził gdziekolwiek to zapadała cisza jak makiem zasiał. - Chciałbym wam przedstawić nowego ucznia. 
                W zasięgu wzroku wszystkich obecnych pojawił się młody chłopak. Stop, stop, stop! To wcale nie jakiś tam chłopak! To Shane! 
                Spojrzałam w kierunku Adama. Cały kipiał ze złości. Niech mnie ktoś ratuje! Teraz to nawet w szkole będę miała piekło. 
- Uwaga! To jest Shane. Od dziś jest uczniem naszej szkoły. Przenieśli go tu z powodu problemów wychowawczych. Zajmij proszę miejsce. To tyle. Do widzenia. 
                Wyciągnęłam telefon i pod ławką napisałam sms-a do Caroline: " To on! Shane! ;/"
                Kiedy moja przyjaciółka przeczytała wiadomość, zrobiła wielkie oczy. Ona tak samo jak ja zdawała sobie sprawę jaka kontrola ze strony Adama mnie teraz czeka. Jej mina zdradzała mi wszystko. Z jej twarzy mogłam czytać jak z otwartej księgi. 
                Caroline lukała całkiem niedyskretnie to na Shane, to na Adama, to na Shana, to na Adama. Zapewne porównywała ich obu pod względem pięknych oczy, kształtnych ust, czy wyrzeźbionej klatki piersiowej. Po chwili i ja dostałam od niej sms-a. " Jakby trochę o siebie zadbał to byłby takim ciasteczkiem, że ojeju ;)" Cała Carol.                  
                Popatrzyłam na Shane. Co ten chłopak miał w sobie takiego wyjątkowego, że nie można było tak po prostu oderwać od niego oczu? Wpatrywałam się tak w jego oblicze, aż w końcu nasze spojrzenia się spotkały. Strzeliłam buraka i pospiesznie skierowałam wzrok na tablicę i starałam się udawać, że jestem całkiem pochłonięta lekcją. Ale kto normalny mógłby się skupić na wzorach, czy obliczeniach kiedy ma taką niecodzienną sytuację? Doszło do moich uszu parsknięcie nowego kolegi.
                Coś czułam, że na przerwie będzie kolejna wojna o pokazanie kto jest panem na tym zamku, kto jest samcem alfa. 
                Dyskretnie spojrzałam na Adama. Wbił swój pusty, wściekły wzrok w tył głowy Shane. Natomiast pięści zacisnął tak mocno, że były całe białe. Byłam ciekawa co knuje w swoim przebiegłym umyśle. Ludzie wokół naszej trójki wiedzieli, że coś się kręci, ale nie wiedzieli dokładnie co.  
                Od nudnego wykładu nauczyciela uwolnił nas dzwonek. Chociaż wolałabym już siedzieć jak na tureckim kazaniu niż iść na przerwę, czy raczej na pole walki między Adamem a Shanem. Zdawałam sobie sprawę, że prędzej, czy później przyjdzie mi się zmierzyć z tym wszystkim, ale wolałabym później niż wcześniej.
- Jessica, oprowadzisz Shana po szkole- powiedział pan Ford.
- Ale...
- Żadnego, ale. Ja się ciebie nie pytam o zdanie tylko cię informuję.
- Tak proszę pana- powiedziałam i spojrzałam na przyjaciółkę szukając ratunku, czy innego wyjścia z opresji. Caroline popatrzyła na mnie ze współczuciem i wzruszyła ramionami, jakby mówiła " Nie wiem jak ci pomóc"
                Ze zmieszanymi uczuciami wyszłam z klasy. Za mną podążył Shane, Adam, a obok mnie szła Caroline.
- O matko! Co ja teraz zrobię?- spytałam ją szepcząc.
- Nie panikuj. Jakoś to będzie.
                W powietrzu nabuzowanym złymi emocjami, wisiała awantura.  Czekałam tylko na moment, w którym rozpocznie się zacięta wymiana zdań.  
- Shane? Pokaż swój plan lekcji- powiedziałam w końcu załamującym się głosem.
- Proszę śliczna- odparł Shane, jakby nie rozumiał powagi sytuacji.
- Wrrr!!!- warknął groźnie Adam, przypominając o swojej obecności.
- No więc tak. Na następnej lekcji masz biologię ze mną. Pokażę ci salę- kiedy szliśmy po drodze pokazywałam Shanowi bibliotekę i inne ważne miejsca. 
                Na rozdrożu korytarza wraz z Shanem musiałam iść w lewo, Adam w prawo, a Caroline, która była moim jedynym oparciem prosto. Każdy ruszył w swoim kierunku. Mój chłopak rzucił przez ramię swoje wściekłe, zazdrosne, tęskne spojrzenie. Robiło się coraz ciekawiej.
                Kiedy straciliśmy wszystkich z oczu miałam tyle pytań. Nie wiedziałam czy się cieszyć, czy bać. Byłam zbyt wstrząśnięta tym wszystkim. 
- Obraziłaś się na mnie? 
- Co?- spytałam z niedowierzaniem.- Nie! Ale... Jak?
Shane przewrócił oczami.- Przenieśli mnie. Wielkie mi rzeczy, ale jak widać sama moja obecność wpędza w zazdrość twojego alfonsa. 
- To nie jest mój alfons!
- To jak mam go nazwać?
                Kurczaki! Wkurzał mnie Shane z tym gadaniem o alfonsie! Nie jestem dziewczyną lekkich obyczajów. 
- To tutaj- poinformowałam go. 
- Dzieks.
- Shane? W co ty grasz?
- O co ci się rozchodzi- spytał marszcząc czoło.
- O tą całą sytuację. Mówisz do mnie śliczna przy Adamie i obrażasz go.  Jeśli chcesz mu dopiec to nie moim kosztem.
- Aaaa... Czyli prawił ci kazanie jak to go zdradzasz. 
                Nie odpowiedziałam. To było zbyt upokarzające by z nim o tym gadać, a po za tym nie chciałam mu się zwierzać. Nie byliśmy przyjaciółmi i nie miałam zielonego pojęcia czy mogę mu zaufać. 
                To dziwne, ale nie mogłam doczekać się dzwonka. Gdy zadzwonił westchnęłam z ulgą. Będę miała czas, żeby się trochę zastanowić co robić dalej.  Tak myślałam, ale pani Christenson miała co do nas inne plany.
- Jessica będziesz w parze z nowym kolegą. 
Zrobiłam wielkie oczy, a Shane jak to Shane, uśmiechnął się pod nosem. 
                Nie mogłam pojąć dlaczego wszyscy popychają nas do siebie. Jakby byli w jakiejś wielkiej zmowie.
                Lekcja strasznie, ale to strasznie mi się dłużyła. Na przerwie zaprowadziłam Shana do jego klasy i czym prędzej uciekłam. Zza rogu wpadł na mnie Adam.
- I co?!- spytał ze wściekłością.
- Co co?- spytałam ze zdziwieniem
- Mieliście razem lekcje! Nie masz zamiaru mi się do czegoś przyznać?
- O co ci znowu chodzi?
- O to, że mnie zdradzasz!- krzyknął jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. 
                Miarka się przebrała. Co on sobie wyobrażał?  Tego było za wiele jak na moje nerwy. Coś we mnie pękło. 
- Człowieku! Przestań! Mam dość takiego traktowania! Mam nadzieję, że jak będziesz w Kanadzie to sobie pewne rzeczy przemyślisz bo inaczej...
- Co?
- ... Bo inaczej będziemy musieli się pożegnać- powiedziałam z ociąganiem i bardzo niepewnie. Cud, że zdołałam to z siebie wykrztusić. Zaraz tego pożałowałam.
                Adam nagle przycisnął mnie do szafek i uderzył pięścią w nie tuż obok mojego ucha.
- Powiem jedno i uważnie słuchaj bo nie mam zamiaru się powtarzać. Nie odejdziesz ode mnie! Jasne?!
Nie odpowiedziałam. Zacisnęłam powieki ze strachu. 
- No pytam się, czy to jest jasne!- ryknął na mnie jak nigdy i ponownie uderzył pięścią w szafki.
- Tak...- odparłam pełna przerażenia. 
                Nigdy nie widziałam takiej furii, takiego chłodu w jego oczach. Szał w jaki wpadł był nie do opisania. W życiu nie byłam tak przerażona. Okey, bywało między nami źle, ale nie aż tak!
                Stałam oparta o szkolne szafki. Nadal miałam zamknięte oczy. Czekałam tylko na kolejny ruch mojego chłopka, czy może raczej oprawcy. 
                Nie mogłam uwierzyć, że jest zdolny do TAKICH rzeczy. Po chwili oczekiwania, która wydawała mi się wiecznością po prostu odszedł wściekły jak bąk. Zostawił mnie bez słowa przeprosin, bez próby wyjaśnienia swojego zachowania. Ale się porobiło...
                Od pory lunchu Adam nie opuszczał mnie ani na krok. Nie miałam nawet okazji schować się lub uciec. Rozmawiał ze wszystkimi i ze mną jakby nigdy nic się nie stało. Nie znałam go od tak daleko idącego okrucieństwa. Pocieszałam się myślą, że jeszcze kilka godzin i będę bezpieczna. 
                Po szkole pojechałam razem z Adamem do niego do domu po walizki, a potem prosto na lotnisko. Nie mogłam się doczekać chwili kiedy wsiądzie w samolot i odleci. 
                Gdy dojechaliśmy na miejsce nadal się nie odzywałam. Nadal byłam wstrząśnięta i przygnębiona wydarzeniami z tamtego dnia. 
- Co się tak nie odzywasz? Focha strzelasz za tą maluśką kłótnię? Przecież to jest niepoważne- stwierdził Adam.
- Według ciebie jest wszystko w porządku?
- No przepraszam bardzo- powiedział chłopak z oburzeniem. - To ty usiłujesz zniszczyć nasz związek, który budowaliśmy oboje tyle czasu! Ja tylko staram się go ratować- rzekł z miną niewiniątka.
-  Ty się tylko po mnie drzesz!
- Bo mnie wkurzasz!- bronił się jakby to co robi było oczywiste.
                Nie odezwałam się. Westchnęłam z poirytowaniem. To wszystko mnie przerastało. Adam nie widział nic złego w swoim zachowaniu, a wręcz przeciwnie próbował za wszystko obwinić mnie. Chciało mi się płakać.
                Kiedyś było inaczej. Adam zachowywał się inaczej. Był innym człowiekiem. Starał się o mnie, był słodki i czarujący. Dawał kwiaty bez okazji, był romantyczny, nawet nauczył się na mnie na gitarze, nie wspominając o tym, że napisał dla mnie wiersz. Urzekło mnie to. Myślałam, że natrafiłam na ideała. Nie sądziłam, że wszystko się tak drastycznie zmieni.
                Jakby nie to, że nasza sytuacja już i tak przypominała komediodramat to Adam zaczął coś gadać o jakiś duperelach. No tak. Według niego sprawa była załatwiona. Dla świętego spokoju udawałam, że słucham, a tak naprawdę szukałam rozsądnego rozwiązania tego problemu. Tak dłużej nie może być. Trzeba coś z tym zrobić, ale co? 
- Na mnie już czas- powiedział Adam. 
Nie odpowiedziałam nawet na to. Westchnął.
- Posłuchaj... Okej. Może trochę przesadziłem, ale wyjeżdżam. 
- W porządku- odpowiedziałam obojętnie i oschle. Nie byłam w stanie pożegnać go miło i czule albo chociaż udawać, że wszystko jest ok. 
                Chłopak podszedł do mnie i namiętnie pocałował, ale nie smakował już tak jak kiedyś, pocałunek nie cieszył jak dawniej, nie wzbudzał tyle emocji co wcześniej. Odpowiedziałam mu pocałunkiem. Niezwykle zimnym pocałunkiem. Cóż... Lepszy takie pożegnanie niż gdybym miała stać jak trup. 
- Muszę już iść. Kocham cię.
Widziałam ból w jego oczach, ale nie mogłam zdobyć się na krztynę współczucia. 
- Ja ciebie też- w innych okolicznościach te słowa brzmiałyby czule, ale sytuacja była jaka była, a słowa zabrzmiały jak zabrzmiały.
                Adam złożył na moich ustach ostatni, tęskny pocałunek i odszedł. Nawet się nie poruszyłam. Stałam jak wryta. 
                Po pewnym czasie widziałam w oknie jak samolot wraz z moim chłopakiem wzbija się w powietrze. Patrzyłam na niego aż całkiem zniknął mi z oczu. 
                Odleciał. On naprawdę odleciał. Poczułam się wolna... Szczęśliwa. To mnie przerażało. Dziewczyna nie powinna się tak czuć kiedy jej chłopak wyjeżdża na kilka miesięcy do innego kraju. 
                Ludzie się na mnie patrzyli jak na wariatkę. Nic dziwnego. Stałam w jednym miejscu jakieś 10 minut. Musiałam wracać do domu. 
                Kiedy szłam już w kierunku wyjścia, dostałam sms-a: " Jessica musimy poważnie porozmawiać. Bądź o 18:00 w kafejce Sharon.
                                                         - Tata"
To sobie będziesz czekał. Na sto procent nie przyjdę. Nie ma takiej opcji. Co ten kolo sobie wyobrażał?!
                Wieczorem, kiedy odrabiałam prace domową, mój telefon dzwonił bez przerwy. Ojciec nie dawał mi spokoju. Zasypywał mnie wiadomościami i zaśmiecał pocztę. Szczerze powiedziawszy miałam go w nosie. 
                Po około 30 minutach rozległo się pukanie do drzwi. Nie musiałam schodzić by otworzyć, ponieważ mama była na dole.
                Usłyszałam jakąś kłótnię. Zaniepokoiłam się więc zeszłam zorientować co się dzieje. 
- Mamo czy wszystko w porzą...- urwałam w pół słowa. Zobaczyłam mojego, żałosnego ojca, stojącego w holu.
- O lol!- zrobiłam face palm.- To znowu ty?- spytałam z niedowierzaniem.- Po cholerę żeś tu przylazł? Przestań już być taki żałosny. To jest już męczące. Jesteś jak wrzut na tyłku.
- Też się cieszę, że cię widzę Jessico- odpowiedział nasz nie mile widziany gość.- Dostałaś moją wiadomość?
- Tą, że musimy się spotkać o 18:00 w kafejce Sharon?
- Tak, właśnie tę.
- Nie, nie dostałam.
- Jessica!- wybuchnął ojciec. Widocznie już nie wytrzymał.- Przestań odstawiać jakieś szopki! To jest dziecinada! Wiesz, że Kate jest smutna przez ciebie?
- Naprawdę? Nie wiedziałam.... Tak mi przykro...- powiedziałam z udawanym przejęciem.
- Jako twój ojciec karzę ci ją przeprosić i natychmiast zmienić swoje zachowanie!
- Wiesz gdzie to mam? To co ty mówisz?
- Gdzie?- spytał z teatralnym zaciekawieniem.
- W dupie! Na lewym pośladku i prawej półce!
                Jego mina była bezcenna. Miał taki smutny wyraz twarzy. W tamtym czasie chciałam, żeby cierpiał. Chciałam zadawać mu ból. Chciałam go skrzywdzić tak jak on skrzywdził mamę.
- No co tak gały na mnie wywalasz?
- Przesadziłaś. Wypadałoby coś powiedzieć.
- Masz rację- odparłam ze "skruchą".
- Zatem słucham.
- Won mi stąd!- wyparowałam.
Do akcji wkroczyła mama.
- Uspokójcie się proszę. Lepiej będzie jak sobie pójdziesz- mama ani razu od rozwodu nie powiedziała do taty po imieniu. O dziwo on nie protestował i wyszedł bez słowa, a mama popatrzyła na mnie z troską. 
- Wrrrr!- warknęłam.- Nienawidzę go!