wtorek, 7 maja 2013
Rozdział 4
ROZDZIAŁ 4
Wczorajszy wieczór nie był dobrym początkiem nowego rozdziału w moim życiu. Chociaż... Jak przypomnę sobie minę mojego ojca to można zaliczyć ten dzień do udanych.
Rano wstałam z uśmiechem na ustach. Towarzyszył mi entuzjazm. Pojęcia nie mam skąd wzięłam tyle pozytywnej energii.
Kiedy jadłam śniadanie, ponownie ktoś postanowił zaszczycić mnie wizytą.
- O matko! Kogo niesie tym razem? Świętego Mikołaja?
W drzwiach stał Shane. Znowu na ustach zagościł ten, charakterystyczny dla niego uśmiech.
- Nie, to nie święty Mikołaj, ale mam nadzieję, że ja ci wystarczę. Hej śliczna!
- Nie mów tak do mnie. Ja mam chłopaka.- powiedziałam już ze znudzeniem.
- Oj tam, oj tam. Nic nie trwa wiecznie.
Przewróciłam oczami. Nie miałam ochoty odpowiadać na jego zaczepki.
- Co ty tu w ogóle robisz?
- Nie mam jeszcze żadnych kumpli w tym mieście więc sobie pomyślałem, że wpadnę po mojego ślicznego aniołka.
- Razem mamy iść do szkoły?
- Aniele ja nie żądam tak wiele.
- Skąd bierzesz takie teksty? Zresztą, nieważne. Poczekaj tu na mnie.
- Oczywiście mój zakręcony cukiereczku.
- Shane...- powiedziałam ostrzegawczo.
- Okey, już się zamykam. Ale muszę powiedzieć, że rajcujące masz zderzaki.- powiedział z uśmiechem.
- Shane!- krzyknęłam z oburzeniem.
- No co? To miał być komplement!
- Ale nie był!
Pobiegłam na górę i zabrałam swoje rzeczy. Śpieszyłam się bo inaczej ten wariat zaczął by mi śpiewać pod domem. Wyskoczyłam z domu jak z procy.
- Dobra, możemy iść.
- Co tak pędzisz?
Zwolniłam. Nic mu nie pasowało.
- Jak tam po rozstaniu z Adamem? Radość?
Nie odpowiedziałam. Właściwie nie mam bladego pojęcia dlaczego nie mogłam wydusić z siebie małego kłamstewka. Jakoś nie umiałam w tamtej chwili zaprzeczyć.
- Aaaaa.... Rozumiem.
- Nie, Shane. Ty nic nie rozumiesz!- odparłam z wyrzutem.
- W takim razie wytłumacz.
Co mu miałam powiedzieć? Że cieszę się, że Adam wyjechał? Że się go boję? A może, że czuję się jak więzień? Nie potrafiłam znaleźć jakichkolwiek słów, by przybliżyć choć odrobinę Shanowi moją beznadziejną sytuację.
Zaczęliśmy gadać o jakiś błahostkach. Na serio, dobrze nam się rozmawiało. Nowy kolega był skryty, ale jednocześnie całkiem interesujący, jednak nadal pozostawał zagadką. Mógłby uchylić mi chociaż rąbek jakiejś tajemnicy.
- Shane?
- No?
- A właściwie dlaczego cię przenieśli?
Wesoły chłopak w jednej chwili posmutniał.
- Za wagarowanie, złe oceny i takie tam... Musimy o tym gadać?- spytał z poirytowaniem.
- Okej, okej. Kminie. Drażliwy temat. Co masz na pierwszej lekcji?
- Matmę. Może byśmy czmychneli?
- Shane...
- No co?
- Co? Jeszcze się pytasz? Drugi dzień w szkole, a ciebie już na wagary niesie? Po moim trupie!
- Ale, ale...
- Chłopcze, nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę.
Wzięłam go za ucho i zaczęłam prowadzić korytarzami pod salę.
- Aaaa! Ała! Aaa! To boli! Puść! Okej! Już idę na matmę!
- Jessica co ty wyprawiasz?!- ryknął dyrektor.
- Wybijam koledze wagary z głowy.
- A! Chyba, że tak. Podoba mi się, że dbasz o nowych uczniów. Tak trzymaj- powiedział dyrektor i poszedł w swoim kierunku.
- Dobra! Puść! Słyszysz?! Już idę na matmę!
- No ja myślę.
Pierwsze kilka lekcji minęło mi szybko. W szkole nie było Caroline. Shane też się zgubił w tłumie.
W porze lunchu poszłam zjeść śniadanie na trawnik za szkołę. Był piękny, słoneczny dzień więc uznałam to za genialny pomysł, a po za tym było tam zdecydowanie mniej ludzi. Gdy siedziałam i zaczęłam zabierać się za jabłko, ktoś zasłonił mi rękoma oczy.
- Zgadnij kto to?
- Shane...
Od razu poznałam jego głos. Co on się tak mnie uczepił jak topielec koła ratunkowego?
- Hej śliczna!- przywitał mnie z entuzjazmem.
- Prosiłam się, żebyś tak do mnie nie mówił...
- Ale... Ty jesteś śliczna- powiedział Shane, obdarzając mnie uroczym, promiennym uśmiechem. Zarumieniam się.
- Dziękuje.
- Nie ma za co. Aaaa! Zapomniałbym. Pomożesz mi w fizyce. Nie chce sobie siąść,a to dla mnie kompletny kosmos.
- Jasne pomogę ci.
- Dzięks. Doceniam to.
Faceci są jacyś inni. Powaga. Mają jakby dwie twarze. Na przykład taki Shane. Raz gra tajemniczego gościa, który jest zmęczony życiem, a innym razem jest wesolutki jak skowronek, którego jedynym problemem jest fizyka. Nie ogarniam tego typa. Ciekawe, czy chłopcy ze swojej perspektywy też tak postrzegają kobiety.
- A tak w ogóle coś ty robił przez te wszystkie przerwy?
- Tęskniłaś- stwierdził.
- Jestem tylko ciekawa.
- Chodziłem to tu, to tam.
Przewróciłam oczami. Dlaczego on musi robić z byle czego jakieś wielkie tajemnice. Mój towarzysz nagle posmutniał.
- Shane!
- Co się dzieje? Czemu krzyczysz?
- Rozchmurz się.
- Dla ciebie wszystko słonko.
Zarumieniałam się. Na moje nieszczęście dostrzegł to i się roześmiał. Mój rumieniec jeszcze bardziej się pogłębił.
Shane miał taki piękny, zachwycający uśmiech. Szkoda, że tak rzadko się śmiał.
- Zawstydzasz mnie celowo. To nie fair!- rzuciłam oskarżeniem z oburzeniem.
- Ha ha ha!
- Z czego się śmiejesz?
- Z niczego.
- No powiedz.
- Nie.
- No powiedz.
- Nie.
- Oj, trudne jest z tobą życie.
- Nawet nie masz pojęcia.
Czułam, że za tymi słowami kryje się coś więcej... Jakaś głębsza prawda, którą Shane ukrywa przed wszystkimi.
Nie naciskałam na niego, pytając się co dokładnie ma na myśli. Tak samo jak ja wiedział, że jeszcze nie jesteśmy przyjaciółmi. To jeszcze nie ten czas byśmy mogli się sobie nawzajem zwierzać.
Kiedy przerwa na lunch się skończyła, każde z nas poszło w swoją stronę. Na lekcjach nie mogłam się skupić. Miałam ochotę porozmawiać z Shanem. Sama jego obecność w jakiś dziwny sposób wprawiała mnie w dobry humor. Kiedy już straciłam nadzieję na jakąkolwiek lekcje z nim nadszedł czas na lekcje wf-u.
Szczęście mi dopisało i mieliśmy go razem. Trochę mi głupio było bo miałam krótkie spodenki w kolorowe kwiatki. Wiedziałam, że zaraz będzie sobie z nich kpił. Po prostu to wiedziałam.
- Dobierzcie się w pary! Chłopak i dziewczyna!- zagrzmiał głos pani McDonagh.
- Śliczna uczynisz mi ten zaszczyt?- spytał Shane z przesadną grzecznością. Skinęłam głową.
- Dobra! Pierwsza para! Jessica i młody człowiek, którego nie znam oraz Jennifer i Peter! Gracie jako pierwsi w koszykówkę, do jednego trafionego kosza.
Shane i Peter ustawili się na środku boiska. Pani McDonagh rzuciła piłkę w górę. Chłopcy skoczyli i to Shane wywalczył ją, podając do mnie.
Ja spokojnie i strategicznie zaczęłam piłkę wolno kozłować i iść powolutku w kierunku kosza przeciwnika. Tak jakbym spacerowała. Wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli, nie wiedząc co się dzieje. Nawet Shane był zdezorientowany, ale jak tylko minęłam Jennifer zaczęłam szybko biec na kosz. Dwu takt i trafiony.
- Następni!
Podeszłam do Shana.- Widzisz cwaniaki mają w życiu łatwiej.
Na boisko weszła następna para, z którą mieliśmy się mierzyć. Kilka podać między sobą i kolejny punkt.
Potem przyszedł czas na Megan i Miechaela. Dziewczyna zamierzała skakać do piłki więc i ja postanowiłam powalczyć.
Piłka została wyrzucona w górę. To ja wygrałam pojedynek w locie. Popchnęłam piłkę w kierunku Shana. On tylko na to czekał i odstawił popisuwę.
Zamiast zwykłego dwu-taktu zrobił w powietrzu dwa fikołki i wsadził piłkę do kosza. Aż mnie zatkało. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Rozległy się pomruki niedowierzenia, a potem brawa. Nawet na niewzruszonej pani McDonagh ta akcja zrobiła wrażenie.
- I co cwaniaku?- spytał zadowolony z siebie Shane.
Kolejne pojedynki wygrywaliśmy niezwykle łatwo. Stanowiliśmy idealny zespół. Nikt nie znalazł na nas sposobu. Nauczycielka nie ukrywała zdumienia. Zajrzała do notatek. Zapewne, żeby zorientować się jak się Shane nazywa.
- Stenson i Jessica! Świetna robota! Powinniście się zapisać do szkolnej drużyny.
Na sali ponownie rozległy się brawa. Nikt się po nas czegoś takiego nie spodziewał. Shane, bardzo z siebie zadowolony podszedł do mnie.
- Piąteczka śliczna- powiedział wyciągając do mnie rękę. Przybiłam mu tę piątkę, ale jakoś bez większego entuzjazmu.- A właśnie... Uroczo wyglądasz w tych, krótkich szortach.
- Wrrr!
- Ha ha! Dobra już nic nie mówię tygrysico.
- Tygrysico? Nie- powiedziałam z rezygnacją.- Ja przy tobie skończę w wariatkowie.
- Brzoskwinko?
- Jaka znowu brzoskwinko?
- No w tych spodenkach twoje pośladki wyglądają jak brzoskwinki.
Face palm! Ten facet nie znał żadnych granic. Odwróciłam się i poszłam w kierunku szatni. Popatrzyłam za siebie i zobaczyłam, że Shane z przechyloną głową przygląda się mojemu zadkowi.
- Shane!- krzyknęłam i pobiegłam do szatni. Roześmiał się. No co za typ! No po prostu przegina, ale z drugiej strony Adam nigdy nie patrzył na mnie z takim pożądaniem.
W szatni wzięłam prysznic bo przyznam się bez bicia, że trochę ode mnie jechało. Musiałam się jakoś doprowadzić do porządku. Kiedy już się odświeżyłam to zabrałam kurtkę i pospiesznie wyszłam z szatni.
- Hej śliczna!!
- Aaaa!- wrzasnęłam.
- Wystraszyłaś się?- zdziwił się Shane.
- Nie, no coś ty! Zwykle gdy ktoś wyskakuje mi niespodziewanie zza rogu wrzeszczę tak dla efektu.- stwierdziłam z ironią.
- Aaaa. Chyba, że tak. Dobrze nam dzisiaj poszło śliczna.
- Czemu ciągle nazywasz mnie śliczna?
- A czemu nie?- zdziwił się.
- Bo mam chłopaka? To, że wyjechał nie znaczy, że go nie ma- stwierdziłam.
- Nie tragizuj. Idziemy?
- Gdzie?
- No miałaś mi pomóc.
- A tak zapomniało mi się. Sorka.
Wyszliśmy ze szkoły. Słoneczko świeciło, a Shane zaczął mi relacjonować jakiś " odjechany horror". Nie cierpię horrorów! Boję się ciemności i w ogóle. Zdecydowanie wolę dramaty, fantasy, kryminały albo nawet komedie, ale horrory definitywnie odpadają.
Po południe zapowiadało się bardzo miło. Kiedy mijaliśmy kafejkę mojej ciotki Sharon, zobaczyłam w oknie Paula- najlepszego przyjaciela Adama. Gdy mnie zobaczył zrobił wielkie oczy. Na jego twarzy malował się szok. No tak nie obędzie się bez telefonu do mojego chłopaka.
- No nie...- powiedziałam z rezygnacją.
- Coś nie tak?- zdziwił się Shane.
- W kafejce był Paul...
- A kto to?- spytał.
- Najlepszy kumpel Adama. Zobaczył nas razem i pewnie już do niego dzwoni.
Po krótkiej chwili poczułam wibracje w kieszeni. Rzuciłam Shanowi spojrzenie z serii " a nie mówiłam".
- Halo?
- Co robisz z Shanem?!- usłyszałam rozgniewany głos mojego chłopaka.
- Cześć! U mnie wszystko w porządku. Dzięki, że pytasz Adam- powiedziałam z zażenowaniem.
- To nie czas na żarty Jess! Nie ma mnie jeden dzień... Jeden dzień Jessica! A ty już romansujesz z moim kuzynem?! Nie wierze!
- Z nikim nie romansuje!- oburzyłam się. On chciał chyba, żebym żyła jak w klasztorze.
- Ach tak? To czemu się z nim spotykasz?
- Nie mogę mieć kolegi?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Masz mnie!
- Weź człowieku ogarnij!
- Masz się z nim nie zadawać! Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno. Dla mnie to koniec tematu! Cześć!- krzyknął i się rozłączył.
- Wrrr!!!!!!!
- Kazanie strzelił?- spytał Shane.
- Raczej wydał rozkaz.
Dlaczego ja mam tak beznadziejne życie? Mówią, że nie szczęścia chodzą parami. Wcale nie. Do mnie przyszły całym stadem.
Chciałam tylko pomóc Shanowi w nauce. Czy to źle? Nie miałam złych zamiarów, ale oczywiście... Nawet jak nie robię nic złego to i tak Adam znajdzie milion argumentów by dowieść, że jednak jestem winna.
Miałam gdzieś co Adam myśli. Był wiele kilometrów od Chicago. Teoretycznie byłam bezpieczna, ale wcale się tak nie czułam. Jakby wisiało nade mną jakieś fatum.
- Śliczna, nie do twarzy ci z grymasem- powiedział Shane z troską.
- Po prostu denerwuje mnie to, że nie mogę mieć nawet kolegi bez wysłuchiwania ciągłych pretensji, kazań i wyrzutów.
W tamtym momencie, w moich oczach nie było łez. Musiałam jakoś się opanować. Nie chciałam okazywać jakiejkolwiek słabości. Na pozór byłam spokojna i twarda niczym kamień, ale moja dusza krzyczała. W środku byłam rozbita na tysiące kawałków. Nikt nie wiedział jak to wszystko rani moje serce. Pragnęłam paść na ziemię i rozpłakać się jak małe dziecko.
Resztę drogi do domu przebyliśmy w milczeniu. Sytuacja była napięta zważywszy na okoliczności. Nawet Shane całkiem spoważniał, co u niego jest praktycznie niemożliwe.
Że też Adam popsuł mi,a właściwie nam dobry nastrój. Przykro mi było, że jest taki nieufny w stosunku do mnie. Miałam nadzieję, że on jakoś się opamięta w tej Kanadzie.
Od tej niezręcznej ciszy, aż mi ciarki przyszły po plecach, ale nie miałam pojęcia co powiedzieć w takiej sytuacji. Shane pewnie też nie, ponieważ był cicho jak nigdy.
- Śliczna, nie do twarzy ci z grymasem.
- To nie grymas tylko wkurzenie.- stwierdziłam krótko.
W oczach miałam łzy poirytowania. Z trudem je powstrzymałam. Mimo wszystko było mi przykro z powodu takiego braku zaufana ze strony Adama.
Cisza pomogła mi się opanować. Zbyt zajęta przejmowaniem kontroli nad uczuciami, nie zauważyłam kiedy dotarliśmy pod mój adres. Musiałam sprawdzić skrzynkę. Nie było nic ciekawego. Jakieś reklamy i zaproszenia, ale wśród nich jeden list przyciągnął moją uwagę więc go otworzyłam. Osłupiałam!
- O matko! Ludzie trzymajcie mnie!! Przecież ja wydłubie oczy temu... Temu.... Debilowi!! Nienawidzę go!!!
- Co się stało?
- Ojciec chce zabrać mamie prawa rodzicielskie. Twierdzi, że utrudnia mu kontakt ze mną. Przecież to jest śmieszne!!
- Będzie dobrze. Nie martw się.
Shane najwyraźniej nie wiedział jak się zachować. Wsadził ręce do kieszeni i zwiesił głowę. Nie dziwiłam się. Sama wprowadziłam niezręczną atmosferę. Zapipkał mi telefon.
- Jeszcze lepiej! Sms od Adama.
"Jeśli dalej jesteś z tym typem to się go pozbądź! Prowadzisz burdel na kółkach?!"
- Yyyyy!!!!!
- Zamęcza cię.
Pokiwałam głową. Miałam wrażenie, że jeśli spróbuje coś powiedzieć to po prostu pęknę. Kiedy poczułam, że odzyskuję spokój zaproponowałam Shanowi coś do picia. Straciłąm ochotę na cokolwiek. Włączyłam telewizor i zalęgliśmy na kanapie, oglądając jakiś tandetny talk show. Co chwile dostawałam wiadomości od Adama typu:
" Nie odpiszesz nic?!!", " Może wam przeszkadzam".
Doprowadziło to do tego, że wyłączyłam telefon.
Byłam wściekłą i zarazem smutna. To było nie do opisania. Nie mogłam zrozumieć jak mój chłopak może mnie tak traktować? To jest nie do pomyślenia. Wiedziałam, że teraz Adam się wścieka bo wyłączyłam komórkę. Myślałam, że to wystarczy. Miliłam się. Zadzwonił telefon stacjonarny.
- Słucham?
- No proszę. A jednak telefony działają.- ze słuchawki rozległ się głoś Adama. Brzmiał on ironicznie.
- Adam. Co chcesz tym razem?- spytałam już zmęczona całą tą sytuacją.
- O co?! Jeszcze się pytasz?! Zdradzasz mnie ty suko!
Zatkało mnie.
- Jess... Przepra...
- Z nami koniec!!-krzyknęłam- Koniec! Rozumiesz?! Koniec!!!
Rzuciłam słuchawką. Jak on mógł tak zrobić? Czułam się potwornie. Byłam przygnębiona. Wszystkie emocje we mnie wezbrały i rozpłakałam się jak dziecko. Nie miałam siły udawać, że wszystko jest okej bo nie było. Słowa potrafią zranić najbardziej.
Łzy lały się po moich policzkach strumieniami. Z ust wyrwał mi się szloch. Shane szybko do mnie podbiegł i mocno przytulił. Natychmiast się w niego wtuliłam.
Wszystkie problemy dały się we znaki. Nie miałam na nic ochoty. Nie dawałam sobie z nimi rady. Tak na prawdę w tamtej chwili, nie miałam siły już na nic.
Nie mam pojęcia ile tak płakałam. Shane.... zachował się wspaniale. Powtarzał, że wszystko się ułoży i, żebym nie płakała bo jak to stwierdził pomarszczę się i nie będzie na to rady jedynie botoks.
- Dziękuje. Nie wiem co mnie opętało. I na dodatek zmoczyłam ci koszulkę.- powiedziałam, odrywając się od niego.
- Spoko nie ma sprawy. Jak chcesz drugi rękaw jest suchy?
Roześmiałam się.
- O widzisz to był prawie uśmiech.- stwierdził z zadowoleniem.
- Naprawdę, dziękuje Shane. Jest ci wdzięczna.
- Nie ma sprawy. Dla ciebie zawsze mogę robić za chusteczkę.
Na swój sposób Shane był słodki. Jakby nie było zatroszczył się o mnie. Był mi wtedy przyjacielem chociaż nie znaliśmy się na tyle, by być przyjaciółmi.
Shane położył mnie na łóżko i przykrył kocem. Byłam mu za to wszystko na serio wdzięczna. Kilka prostych gestów w sytuacjach kryzysowych to jak gwiazdka z nieba.
W końcu zasnęłam, ale kiedy się obudziłam Shane dalej siedział obok mnie.
- Ty nadal tutaj?- spytałam sennie.
- Jak widać.- odpowiedział z uśmiechem.
- Przepraszam.
- Za co? Że mój kuzyn to gbur?- zdziwił się Shane.
- Ale mimo wszystko dziękuje.
- Nie ma sprawy śliczna, ale niestety twój rycerz musi już lecieć.- powiadomił mnie "mój rycerz".
Tego dnia nie można było zaliczyć do udanych....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz