wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 10

                                                             ROZDZIAŁ 10
               Przez miesiąc chodziłam codziennie do szpitala. Jednak Shane nie obudził się. Nie traciłam nadziei, że w końcu otworzy oczy, ale to oczekiwanie było bardzo męczące, a na dodatek dręczyło mnie poczucie winy... Zdawałam sobie sprawę, że to przeze mnie Shane jest w stanie jakim jest i nie mogę niczego zmienić. Zastanawiałam się co powiem rodzinie Shana, kiedy przyjdzie go odwiedzić, ale nikt się nie zjawił. Byłam zdziwiona i jednocześnie zszokowana.
               Pewnego razu, kiedy wróciłam do domu i poszłam do swojego pokoju, zobaczyłam, że na mojej poduszce leży list. Zdziwiło mnie to i przeraziło. Byłam sama więc stałam przez chwilę jak sparaliżowana. Podeszłam do łóżka bardzo powoli i niechętnie sięgnęłam po wiadomość, a gdy zobaczyłam jej treść zamarłam. Brzmiała ona tak: "Nie myśl, że o tobie zapomniałem. Nadal pamiętam co zrobiłaś i co tego ani nie wybaczę, ani nie zapomnę. Kara cię nie ominie, a ty ją tylko odwlekasz. Nic cię przede mną nie ochroni"
               Nie zastanawiałam się w ogóle. Zadzwoniłam do detektywa Laterla. Gdy go o wszystkim zawiadomiłam, zbiegłam do kuchni i wyciągnęłam nóż. Trzęsłam się ze strachu. Byłam przerażona. Policjant przyjechał w ciągu niecałych pięciu minut, ale każda sekunda oczekiwania wydawała mi się wiecznością. Pan Laterla sprawdził wraz z ekipą cały dom, zdjęli odciski palców i szukali jakichkolwiek innych tropów. 
- Nie martw się znajdziemy ich.- zapewniał detektyw.
- Słyszę to już od miesiąca.- byłam zmęczona całą tą sytuacją. 
               Następnego dnia jak zawsze wybrałam się do Shana. Jak co dzień nie było żadnej zmiany. Leżał jak zawsze. Wyglądał tak mizernie, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać, ale jednocześnie emanowała z niego siła, która pozwoliła mu przetrwać. 
               Podeszłam do łóżka mojego chłopaka, dałam mu buziaka w usta i chwyciłam za rękę. Nienawidziłam swojej bezsilności. 
- Tak bym chciała, żebyś się obudził....- szepnęłam. 
               Wyciągnęłam książkę oraz gazetę i jak zwykle zaczęłam czytać na głos. Lekarze powiedzieli, że niektórzy zachowują świadomość i słyszą co się wokół nich dzieje. Wyobraziłam sobie jakie to musi być fatalne uczucie słyszeć wszystko i nie móc kompletnie nic zrobić. 
               Po kilku godzinach ciągłego czytania zrobiłam sobie przerwę. Nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam, ale w pewnym momencie moje oczy same się zamknęły. Gdy już się obudziłam za oknem panowała kompletna ciemność. Nie byłabym w stanie zrobić kroku choćby w ten mrok więc postanowiłam zostać z Shanem na noc. Pracownicy szpitala już się przyzwyczaili do mojej obecności w nocy i po pewnym czasie nawet nie próbowali mnie z niego wyganiać. 
               Tylko raz musiałam iść do toalety. Kiedy z niej wracałam czyjaś ręka mocno mnie chwyciła. Nogi miałam jak z waty.
- Myślałaś, że nam się wywiniesz?- zacharczał czyjś obrzydliwy głos do mojego ucha.
- Paul.- przeraziłam się.
- Tak to ja. Co sobie wyobrażałaś? Że jesteś bezpieczna? O nie! Załatwimy ciebie.
- Gdzie Adam?
- A jak myślisz?!- zaśmiał się.
               Wpadłam w panikę. Adam chciał nie tylko zemścić się na mnie. Chciał zabić Shana! Mojego Shana!
- Zabijcie mnie, ale zostawcie jego! Błagam!
- Oj, nie martw się! Ciebie też nie ominie kara.- powiedział czule.
- To znaczy?- wolałam wiedzieć co mnie czeka.
- Będziesz zmuszona bezczynnie patrzeć, jak Adam pozbawia twojego chłoptasia ostatniego tchu.- oznajmił Paul.- A potem.... Kto wie?
               Paul zaczął mnie popychać w kierunku sali Shana. Byłam uwięziona w jego żelaznym uścisku. 
               Gdy byliśmy już blisko "celu", usłyszeliśmy odgłosy szarpaniny. 
- Co jest?- spytał sam siebie zdziwiony. Wparowaliśmy oboje do sali i zobaczyliśmy ich- Shana i Adam szarpiących się na podłodze. Adam próbował zadźgać Shana nożem, a ten z trudem się bronił. Szczęście w nieszczęściu, że się w ogóle obudził i był w stanie stawiać opór.
               Paul był w szoku. Nie spodziewał sie takiego obrotu spraw. Postanowiłam to wykorzystać. Zamachnęłam się i z całej siły kopnęłam go w krocze. On zajęczał z bólu i padł na podłogę. 
               Skoczyłam na plecy Adama i zaczęłam go dusić, ale niewiele to dało. Miałam za słabe ręce. Nie wiedziałam co robić, zatem nie długo się zastanawiając ugryzłam go w szyję.
-Aaaaaaa!- zawył mój ex z bólu.
               Paul podniósł się. Podbiegł do mnie i chwytając za włosy, rzucił i ścianę. Cały świat zawirował. Czułam jak jakaś ciecz płynie mi po twarzy.
- Jess!- usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Nie byłam w stanie się ruszyć, czy chociaż odpowiedzieć. Mogłam tylko obserwować dziejące się na moich oczach wydarzenia. 
- Trzymaj go!- zawarczał Adam, a Paul posłusznie wykonał jego polecenie. Gdy już Shane nie mógł się oswobodzić, Adam podszedł do mnie i przykucnął.
- Nasłałaś na mnie gliny. Zostawiłaś mnie i nie chciałaś do mnie wrócić. Ośmieszyłaś przy całej szkole. Chodzisz z moim kuzynem ćpunem.- mówił to nieprzerwanie. Kiedy skończył uderzył mnie pięścią w twarz. 
- Jeśli przeprosisz i wrócisz do mnie, zapomnę o twych złych uczynkach względem mnie. Uciekniemy i będziemy razem. Widzisz jaki jestem wspaniałomyślny? Wystarczy, że będziesz moja.- mówił o nas jak o jakiejś pięknej idei. 
- Adam....- szepnęłam.- Zabierz mnie stąd. Przepraszam. To się więcej nie powtórzy. Kocham się. Wybacz mi!
               Spojrzałam w oczy Shana i zobaczyłam w nich ból. Adam tymczasem podniósł mnie delikatnie z podłogi.
- No i widzisz! Po co było się tak skarbie wygłupiać?- spytał mnie czule.- A ty?!- zawarczał na Shana.- Co z tobą! Nie pokonasz prawdziwej miłości! Ja i Jessica to coś nierozerwalnego! Na zawsze razem!
               Shane nawet na niego nie popatrzył. Wbił we mnie swój smutny wzrok. 
- Adam zostaw go! Chodźmy już...- błagałam. 
- Jak sobie życzysz skarbie. 
               Adam objął mnie w pasie i nachylił się nade mną, chcąc mnie pocałować. Gdy nasze twarze dzieliła tylko kilkumilimetrowa przestrzeń..... Wzięłam co było pod ręką i uderzyłam go w jego głupi, pusty łeb, a na dokładkę kiedy leżał na podłodze otrzymał parę kopniaków, a następnie podarunek w postaci spadającego krzesła. 
- Ty parszywa kreaturo! Nigdy nie będziemy razem! Nienawidzę cię! Nigdy nie będę twoja!
               Tymczasem Shane uwolnił się z uścisku Paula, który mógł już tylko odepchnąć rywala i wraz z Adamem uciekać.   
               Nogi miałam jak z waty. Upadłam na podłogę. Nie wiedziałam do końca co się w okół mnie dzieje.
               Shane podbiegł do mnie i zaczął coś do mnie mówić. Po chwili zaroiło się w sali od lekarzy i pielęgniarek. Zabrali mnie do jakiegoś innego pomieszczenia i zaczęli robić opatrunki. Opatrzyli mi ranę na głowie i przyłożyli lodu do oka. Po krótkim czasie doszłam do siebie. 
               Kiedy chciałam już wychodzić, policja mnie zatrzymała, aby spisać zeznania. Zrelacjonowałam im bardzo szczegółowo to co się stało w sali Shana. Jakby tego przesłuchania było mało, moja mama wpadła do szpitala przerażona. Natychmiast wysłała mnie na rozmowę ze szpitalnym psychologiem.
               Musiałam wszystkich po kolei przekonywać, że nic mi nie jest, a jedyne czego pragnę, to zobaczyć Shana.
               Gdy w końcu mnie puścili poprosiłam mamę, żeby dała nam trochę prywatności. Zrozumiała to i poszła do kawiarenki. 
                Wychodząc z gabinetu zobaczyłam go! Już był przebrany w swoje ubrania. Wstał i zaczął iść w moim kierunku. Na jego twarzy zagościł szeroki, promienny uśmiech. Zaczęłam biec w jego kierunku... Gdy już był bardzo blisko skoczyłam mu w ramiona. Czas stanął w miejscu. To wszystko wydawało się tak nierealne... Tak niemożliwe. 
- Shane... Przepraszam.- powiedziałam ze łzami w oczach. 
- Jessica... Za co? Kochanie, nie masz za co przepraszać....- wyszeptał czule, a jego oddech pieścił mi szyję.
                Potem pocałował mnie tak namiętnie i zachłannie jak nigdy. Nie chciałam by ta chwila kiedykolwiek się kończyła. Bałam się że nigdy nie będzie w stanie mnie dotknąć, przytulić.
                Wszyscy patrzyli na nas, ale miałam to gdzieś. Liczył się tylko Shane. To, że był ze mną i jego ciepłe usta...
- Jess, kocham cię. Wiem, że ci tego nigdy nie powiedziałem i bałem się, że nigdy już nie będę mógł tego wyznać. Kocham cię nad życie. Zrobię dla ciebie wszystko.
- Ja ciebie też Shane. Jesteś tym jedynym. Tylko proszę.... Nie zostawiaj mnie. Bez ciebie moje życie nie ma sensu. 
- Będę już zawsze przy tobie. 
- Zawsze?- spytałam z obawą.
- Zawsze.- Obiecał.
                Staliśmy jeszcze długą chwilę na korytarzu szpitala objęci. 
- Ekhm. Przepraszam, ale musicie iść do swoich sal.- Poinformowała nas pielęgniarka.
- Musimy?- zdziwiłam się.
- Tak, ale tylko na jedną noc. Przygotuję ci salę.
- Nie może spać w mojej sali.
- Nie może! Gdyby ordynator się dowiedział, że dziewczyna jest na męskim oddziale, wyrzucił by mnie z pracy!
                Postawiliśmy na swoim. Kiedy wszystkie światła zgasły po prosty podreptałam do sali Shana i wślizgnęłam się w jego ramiona i niemal natychmiast zasnęłam.
                Przyjemnie mi było w objęciach Shana. Nie chciałam się budzić, ale mimo wszystko nasz sen zakłóciły jakieś głosy.
- Michael! Cicho!- krzyczał ktoś szeptem.
- Nie moja wina. Spoko śpią jak zabici.
- Wcale nie śpimy. Dzięki Caroline za twoją troskę.- odezwał się Shane. 
- Sorki.
                Caroline i Michael stali przy naszym łóżku uśmiechnięci jak nigdy. 
- Jak się czujesz Jess?- spytała Caroline.
- W porządkuu.
- To dobrze, A ty słońce jak się czujesz?- zwróciła się do Shana. Wszyscy się zdziwiliśmy. Przecież ona nienawidziła Shana.
- Wiesz przed chwilą było wszystko ok, ale teraz jestem w dość wielkim szoku. 
                Zapadła cisza wypełniona ukradkowymi spojrzeniami Michaela i Carol na mnie i Shana. 
- Może skoczymy na pizze? Zmizernieliście ostatnio.- zaproponował Michael. 
- Pewnie stary. Jestem głodny, a szpitalne jedzenie nie wygląda zbyt apetycznie i jeszcze te małe porcje! Nawet chomik się by tym nie najadł.
                Gdy już załatwiono wszystkie formalności wyszliśmy we czwórkę ze szpitala i udaliśmy się do kafejki Sharon. Dzień był piękny. Słońce ogrzewało nasze twarze. Nie mogłabym sobie wyobrazić bardziej idealnego popołudnia. Kiedy dotarliśmy na miejsce zajęliśmy stolik przy oknie. 
- Co zamawiacie?- spytałam.
- Ja wezmę pizze z salami, hamburgera, frytki, tortille, cole, shaka czekoladowego i szarlotkę z lodami.
- Jak masz zamiar to zjeść?- nie dowierzałam. Jak można tyle wcisnąć w siebie. Na dodatek chłopaki zamówili to samo i zrobili zawody, kto więcej zje. 
- Przestańcie to obrzydliwe!- protestowała Caroline. 
- Kotku, ty po prostu nie rozumiesz potrzeb prawdziwego mężczyzny.
                Z knajpy wyszliśmy w okolicach godziny piętnastej i ruszyliśmy do naszych domów ulicami Chicago. Pierwsze trafiliśmy pod mój adres.
- Wjedziecie?- spytałam Micheala i Caroline.
- To miłe z waszej strony, ale wiemy, że chcecie pobyć sami po tym co przeszliście.- odmówiła grzecznie Carol. Byłam jej za to wdzięczna. W głębi serca miałam nadzieję, że to powie.
                Pożegnaliśmy się i każdy odszedł w swoim kierunku. Kiedy otworzyłam drzwi, mama już zabierała się do wyjścia.
- O dzieci! Już jesteście? W lodówce macie lazanię, jak będziecie głodni, a na kuchence stoi ciasto. Ja już wychodzę do pracy.
- Nie martw się mamo. Poradzimy sobie.
- Wiem, wiem. Ja się śpieszę, zaraz się spóźnię. Pa!- krzyknęła i zamknęła za sobą drzwi. Usłyszeliśmy jak uruchamia silnik i odjeżdża.
- Jesteśmy sami.- powiedział Shane zalotnie. Zaśmiałam się. 
- I co zrobimy z tym fantem?
- No nie wiem, nie wiem. 
                Zrobiłam krok w jego kierunku. Nasze twarze dzieliły już tylko centymetry.
- Wszystko zależy od ciebie.- szepnęłam.
- Ale ja mam bardzo, bardzo brudne myśli.- powiedział przybliżając się do mnie i zmniejszając przestrzeń między nami.
- Mrrr... Kuszące.
                Nasze usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Nie odrywając swoich warg od moich Shane, wziął mnie na ręce i zaniósł do mojego pokoju, a potem położył delikatnie na łóżku. Wszystko działo się tak szybko. Po chwili leżeliśmy w samej bieliźnie, a Shane zaczął obsypywać moje ciało pocałunkami. 
                Nadużyłam zaufania mojej mamy. Złamałam wszystkie zasady, ale te emocje... Wystarczyła iskra, by wybuchły wielkim płomieniem pożądania. Wszystkie te doznania były tak intensywne. Każdy nawet najmniejszy ruch, czy dotyk Shana sprawił mi ogromną przyjemność. 
                Zaczęliśmy posuwać się dalej i dalej. Nie było odwrotu, którego żadne z nas nie chciało. Pragnęłam tego. Pragnęłam by mnie dotykał. Pragnęłam by mnie pożądał. 
                Po chwili leżałam już pod Shanem bez bielizny. Czułam jak się rumienię. 
- Jesteś taka piękna... Taka doskonała....- szeptał.
                To była miłość. Miłość popchnęła nam ku sobie. I to właśnie ona wzięła górę nad wstydem, który mnie ogarniał. Objęłam mego ukochanego za szyję i splotłam nogi na jego biodrach. 
- Oh.... Shane...
                Wszystko było takie piękne, że aż momentami nierealne. Ja i Shane- razem- coś oczywistego. Nasze ciała idealnie do siebie pasowały. Czułam się bezpieczna i kochana. Czułam rozkosz wynikającą z każdego, najmniejszego dotknięcia ust Shana na mojej skórze.
                Po tych wszystkich miłosnych uniesieniach leżałam w ramionach Shana z rumieńcami na policzkach. Jego ręka wędrowała po moich plecach. 
                Jak w każdym kiepskim filmie, tak i teraz zadzwonił dzwonek do drzwi. Ubrałam szlafrok i poszłam otworzyć, a Shane rzucił mi tęskne spojrzenie z błyskiem w oku.
- Zaraz wracam.
- No ja myślę. Bo za karę spiorę ci ten śliczny kuferek.
                Zaśmiałam się. Humor nigdy go nie opuszczał. A to popołudnie było tak upojne, że coś, a raczej ktoś musiał go zepsuć lub chociaż spróbować zniszczyć. Więc nie bardzo się zdziwiłam, kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyłam stojącego w nich ojca.
- O fuck!
- Młoda panno! Wyrażaj się!- pouczał mnie.
- Bo co mi zrobisz? Nie masz na mnie żadnego wpływu. Jedyne uczucie jakie wzbudzasz to obrzydzenie. całą twoją osobą.
- Córcia, zakopmy topór wojenny.
- Człowieku daj już sobie spokój! Zamęczasz mnie tylko. Z mojej strony nie czeka cię niz prócz bólu, który chcę ci zadawać,rozczarowania, które chcę wzbudzać i cierpienia, które chcę u ciebie potęgować. 
- Co cię napędza takim gniewem? Jesteś przepełniona nienawiścią!
- Ty! I to jaką krzywdę nam wyrządziłeś. Nigdy nie będziemy kwita, a ja nigdy ci nie odpuszczę!
- A co ja takiego zrobiłem?- zapytał z miną niewiniątka. 
                Był bezczelny. Wciąż miałam w pamięci ten dzień, kiedy ojciec przyprowadził do domu Kate. Siedziałyśmy wtedy z mamą w kuchni i robiłyśmy obiad. Niczego nie podejrzewałyśmy.
                Ojciec wszedł do kuchni, a za plecami miał ją- Kate, przyczynę naszego nieszczęścia.
- Lisa! To jest Kate. Chcemy razem zamieszkać.- oznajmił.
- Jak to chcecie razem zamieszkać?!- zagrzmiał wściekły głos mamy. 
- Normalnie. To mój dom! Wynoś się stąd! Pakuj walizki i wynocha! Jessica może zostać, rzecz jasna, ale ty jazda stąd. 
                Patrzyłam na to wszystko oszołomiona. Nie spodziewałam się, że ojciec przyprowadzi do domu kochankę, a mamę wyrzuci na bruk. W ogóle nie wiedziałam, że zdradza nas. Bez wahania zabił naszą rodzinę. Byliśmy szczęśliwi. Przynajmniej tak mi się wydawało. On wybrał jednak inną drogę. 
                Jednak najbardziej było mi żal mamy. Przeżyła takie upokorzenie. Osoba, którą kochała zadała jej tyle bólu. Ja nie zastanawiałam się nad niczym, ponieważ dla mnie sprawa była jasna- mój dom jest tak, gdzie jest dom mojej mamy. 
- Jessico, ty możesz zostać- próbował mnie zatrzymać ojciec. 
- Mam mieszkać w tym przeklętym domu? Z wami?
- Tak. Razem z Kate tworzymy teraz rodzinę. 
- Chyba śnisz. Bawcie się w rodzinkę, ale beze mnie. Od dzisiaj istnieje dla mnie tylko mama.
                Mama miała swoje oszczędności, trochę pożyczyła nam babcia i jakoś przetrwałyśmy ten trudny okres. Tamten dzień jednak na zawsze zmienił moje wyobrażenie o ojcu i popsuł nasze relacje, które teraz opierały się na głównie na mojej nienawiści i niechęci do niego.
                Mimo tych kilku lat to wydarzenia pozostawiło po sobie ślad i nie dało o sobie zapomnieć. Poprzysięgłam, że nie odpuszczę ojcu i nigdy nie będę go tolerować. Ilekroć go widziałam przed oczyma stawała mi chwila, w której zniszczył naszą rodzinę. 
                Ten sam człowiek, który skrzywdził przed kilkoma laty najdroższą mi osobę na świecie, stał przede mną i udawał, że nie wie o co mi chodzi. Tą swoją udawaną niewiedza pogrążał się i pogarszał sytuację. 
- Powiedziałam ci już kiedyś. Mam tylko jednego członka rodziny mamę!- krzyknęłam.
- A ja? Co ze mną?- dopytywał się. Widziałam w jego oczach desperację.-Co z twoim ojcem Jessico?
- Mój ojciec od kilku lat nie żyje.- powiedziałam z malującą się na mojej twarzy powagą. Widziałam jak na mnie patrzy. Brakowało mu argumentów. Chciał jakoś wybrnąć z roli "złego ojca" i uciec, ale wiedział, że wtedy by się skompromitował. 
- Dlaczego jesteś w szlafroku o tej porze dnia? Dzwonili do mnie ze szkoły, kiedy byłem z Kate na Karaibach.- Kate.... Liczyła się tylko Kate.- Przez miesiąc w ogóle nie pojawiłaś się w szkole. Co się w tym domu dzieje?- I tym sposobem przechodzimy do momentu, w którym winę ponoszę ja i mama.
- Od kiedy obchodzi cię mój los?- Czułam do niego odrazę. Nie miałam zamiaru chociaż próbować ukryć tego uczucia. Przez moment patrzyliśmy sobie zaciekle w oczy.
- Wpuść mnie do środka! - zażądał.
- Mowy nie ma.- odparłam spokojnie. 
- Już!- wrzasnął i próbował wtargnąć siłą do środka. 
- Zostaw mnie!- nie chciałam by zobaczył Shana. Próbowałam stawiać opór. Ojciec okazał się silniejszy. Uderzył w drzwi z całej siły, a ja upadłam na szafkę. 
- Aaa...- zajęczałam z bólu. Zakręciło mi sie w głowie.
- Jess, kotku!- Shane zbiegł z góry. Uklęknął przy mnie i chwycił moją twarz delikatnie w swoje dłonie.- Kochanie, nic ci nie jest?
- Kotku?!- zawarczał ojciec.- Zabieraj łapy od mojej córki zboczeńcu!
                Shane jednak z uporem próbował zająć się mną. Ojciec usilnie próbował mu w tym przeszkodzić. Zaczęli się szarpać. 
- Zostaw moją córkę i wynoś się stąd!
- Ty się wynoś śmierdzielu!
- Jak powiedziałeś?!- zapytał wściekle ojciec i próbował uderzyć Shana, ale ten skutecznie zablokował jego cios i wymierzył własny, który powalił ojca na podłogę. Z trudem się podniósł i ponownie próbował zaatakować Shana, ale ten wywalił go z domu, a drzwi zamknął na klucz. 
- Kotku? Nic ci się nie stało?- spytał z troską. Postawił mnie delikatnie na nogi.
- Otwierać! Otwierać!- wydzierał się ojciec, dobijając się do nas.
- Nie. Wezmę tylko lód.- odpowiedziałam.- Ale było blisko.- stwierdziłam.- Znowu mnie obroniłeś. Dziękuje.
- Dla ciebie wszystko śliczna.
                Z twarzy zniknął mi grymas, rozpromieniłam się. Miło było móc na kogoś liczyć. Na kogoś kto nie jest twoją matką.
- Głodny?
- O tak! Potrafisz człowieka wymęczyć. 
                Po tych słowach zarumieniłam się i spuściłam głowę. Nie umiałam spojrzeć mu w oczy po całych uniesieniach, które miały miejsce w moim pokoju. 
- Ej!- zaprotestował Shane i podniósł moją głowę, by móc mi spojrzeć głęboko w oczy.- Nie masz się czego wstydzić. To była najpiękniejsza chwila mojego życia. A ty... Jesteś doskonała w każdym, najmniejszym calu. Pragnę być przy tobie na zawsze.
- Naprawdę?- spytałam. Nie mogłam się smucić, czy wstydzić po tych słowach.
- Poważnie. W głowię mi tylko ty.
                Te wszystkie złe wydarzenia z zeszłej nocy i rekompensata losu w postaci miłosnej rozkoszy zrobiły swoje- byłam godna jak wilk.    
                Gdy zjedliśmy poszłam pod prysznic i ubrałam się. Nie zamierzałam paradować w szlafroku. Nie mogłam mamie wyznać prawdy. Wiedziałam, że ojciec zadzwonił do niej z pretensjami. Nie wiedziałam, czy kupi moją bajeczkę. Znała mnie na wylot, jak nikt. Trudno mi było ja oszukać. 
                Szykowałam się na ostrą awanturę i wyrzuty z jej strony. Shane stwierdził, że to wszystko jego wina i nie zostawi mnie na pastwę moralnego kazania.
- O hej dzieciaki!- przywitała nas mama nad wyraz miło.- Jedliście coś? Zaraz zrobię coś gorącego.
                Popatrzyliśmy się na siebie. Było spokojnie.... Za spokojnie i w tym był problem. Intuicja podpowiadała mi, że to cisza przed burzą. Miałam nadzieję, że się myli, ale z drugiej strony wolałam mieć tę rozmowę z głowy niż czekać jak więzień na wyrok.
                Shane został na kolacji w czasie, której poszam raz, na chwilę do łazienki. Kiedy wracałam, przystanęłam na chwilę na schodach. Usłyszałam jak mama przeprowadza poważną rozmowę z Shanem na temat dzisiejszego dnia. 
- Uratowałeś życie mojej córki i będę ci za to wdzięczna do końca życia, jak nie dłużej, ale niech wam się nie wydaje, że nie wiem co się dzisiaj tu działo.- urwała i wzięła głęboki oddech.- Dzwonił do mnie mój były mąż. Opowiedział mi co się tu według niego działo.
- Proszę pani, my naprawdę nic...
- Nie oczekuję byście mi mówili czy coś się między wami zdarzyło, czy też nie. Rozumiem, że jesteście w trudnym wieku i czasem emocje mogą was zaprowadzić w pewne sfery dorosłości. Nie potępiam tego, ale też nie pochwalam. Pamiętajcie jednak, że nie mam zamiaru zostać teraz zostać babcią i...
                Postanowiłam to przerwać jak najszybciej. Domyślałam się tylko, jak Shane musi się niezręcznie czuć. Mama umilkła kiedy weszłam do kuchni, tak jak się spodziewałam. 
                Dalsza część pomimo moich obaw minęła w luźnej atmosferze. Rozmawialiśmy w trójkę przez długie godziny i kompletnie straciliśmy poczucie czasu. Nawet nie zauważyliśmy kiedy nastała noc, a za oknem kompletny mrok.
- Na mnie już czas.- powiedział Shane, powoli wstając od stołu.
- Chyba nie myślisz młody człowieku, że w obliczu takiej sytuacji puszczę cię do domu o tej porze, prawda? Jessica  pościel Shanowi w pokoju gościnnym. 
                Byłam zadowolona. Cały dzień oprócz jednego incydentu z ojcem był udany i nie miał zamiaru cię kończyć. Trochę mnie przerażało to, jakim wielkim zaufanie darzy nas moja mama. Dała nam możliwość dokonania wyboru. 
                Oczywiście nie miałam zamiaru opowiadać jej, o tym jak straciłam dziewictwo. Takich rzeczy nie powinno się mówić matce Przynajmniej ja nie zamierzałam. 
                Zaprowadziłam Shana do pokoju, w którym miał spędzić noc. Jedna myśl nie dawała mi spokoju.
- Shane?
- Tak?
- Mogę ci zadać pytanie?- w moim głosie można było usłyszeć strach oraz wiele obaw.
- Pewnie- wzruszył ramionami.- O co chodzi?
Przełknęłam głośno ślinę.- Dlaczego Adam nazwał cię ćpunem?- wyraźnie posmutniał i napiął mięśnie. Widocznie uderzyłam w jego czuły punkt. Nie odezwał się.- Odpowiedz mi.- nalegałam.
- Czy to ważne?- wzruszył ramionami.
- Dla mnie tak. Odpowiedz mi proszę. 
                Wziął głęboki oddech. Bałam się usłyszeć prawdę, na którą wyznanie zbierał się Shane. 
- Dobrze.- zgodził się.- Może usiądziemy?- zaproponował więc zamknęłam drzwi i usiadłam na łóżku.
- Kiedyś...- zaczął z lekkim wahaniem.- Kiedyś brałem. Bo wiesz, to skomplikowane... Kiedyś moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Miałem rodziców. Bardzo dobrych rodziców. Byliśmy normalną, szczęśliwa rodziną. Mieszkaliśmy w Kalifornii. Pamiętam, że tata mocno kochał mamę, a ona jego. Byli wspaniałym małżeństwem. Kochali mnie, troszczyli się o mnie, starali się, by niczego mi nigdy nie brakowało...
                ...Jednak pewnego dnia cały mój świat runął. Rodzice wybrali się do sklepu. Ja zostałem w domu. Natrafili na nieodpowiednie miejsce i czas. Jakiś typ napadł na ten sklep. Zabił wszystkich zakładników. Nie oszczędził nikogo. Na koniec w desperacji, samego siebie. Swoim okrucieństwem odebrał mi wszystko co ceniłem i co posiadałem. Nie radziłem sobie z tą sytuacją. Na świecie miałem tylko ich. Moja ciotka- matka Adama- nie chciała mnie przygarnąć. Władze nie zainteresowały się moją osobą. Byłem pozostawiony na pastwę losy oraz łaski i nie łaski innych. Jedyna osoba, która się mną przyjęła, to moja starsza sąsiadka. Wzięła mnie pod swoje skrzydła. Sprzedali nawet mój rodzinny dom więc nie miałem, gdzie zamieszkać, a ona przyjęła mnie pod swój dach.
                Od samego początku nie miała ze mną łatwo. Moją ucieczką od nowej sytuacji był alkohol, fajki, a w pewnym momencie doszły również narkotyki. Pani Gibens nie była w stanie mnie wysłać na odwyk. Bała się, że to mnie zniszczy psychicznie i, że poczuję się niechciany. Z kolei ja nie widziałem sensu, by z tym skończyć lub chociaż próbować walczyć z nałogiem. To głupio zabrzmi, ale dzięki nim zapominałem na chwilę, o tym wszystkim co mnie przytłaczało. 
                Po jakimś czasie byłem zbyt wielkim obciążeniem dla biednej staruszki, ale ona nigdy mi tego nie powiedziała. Dalej starała się mną zająć. Dawałem jej nieźle popalić, a przecież miała swoje lata. Dla jej dobra postanowiłem się wynieść. Pokochałem ją. Próbowała zastąpić mi rodziców, stworzyć mi dom. Wyniosłem się do Chicago. Ciotka się dowiedziałam o tym i zajęła się mną bo tak "trzeba". Zamieszkałem razem z nią i Adamem. Potem wyniosłem się od nich. Nie byłem w stanie mieszkać pod jednym dachem z facetem, którego dziewczynę kochałem, a który ją tak krzywdzi. Tak, wszystko się zmieniło, kiedy spotkałem ciebie kogoś o kogo warto walczyć i na kogo warto zasłużyć, dla kogo chciałem stać się lepszym człowiekiem i dla kogo chciałem skończyć z wszystkimi złymi nawykami. Cierpiałem, ponieważ nie jednokrotnie słyszałem jak Adam cię traktuje, co jesteś zmuszona znosić. Nie znałem cię, ale szczerze ci współczułem. Pragnąłem twojego towarzystwa. Marzyłem by być blisko ciebie, aby być powodem twojego uśmiechu. Nigdy wcześniej się tak nie czułem. Przypomniałaś mi jak to jest mieć w życiu cel. Wcześniej już nachodziły mnie myśli samobójcze. Nawet się ciąłem, ale ty wszystko to zmieniałaś całkiem nieświadomie. Byłaś powodem, dla którego chciałem żyć. Chciałem być ciebie godzien. Teraz nie chcę wracać do czasów, kiedy brałem te wszystkie świństwa. Marzę być z tobą i z tobą tworzyć przyszłość. Jess?... Powiedz coś... Cokolwiek...-błagał Shane i padł przede mną na kolana.- Jessica, kochanie, przepraszam, że ci nie powiedziałem. Wybacz mi. Ja juz z tym skończyłem, przysięgam. Liczysz się tylko ty.- mówił dalej przytulając się do mnie. 
- Shane...- zaczęłam. Oczy miałam pełne od łez, a głos mi drżał.- Nie masz za co przepraszać Obiecaj mi tylko, że nigdy nie zrobisz sobie krzywdy, ani nie wrócisz do nałogu.- prosiłam.
- Obiecuję.
- Shane, tak mi przykro.- płakałam.- To nie fair, że miałeś tak pod górkę. 
- Nie martw się. Teraz... Tutaj... Z tobą.... Jestem szczęśliwy.
                Zasnęliśmy przytuleni do siebie. Cieszyłam się, że Shane otworzył się przede mną. Nie mogłam go zawieść.

2 komentarze:

  1. zapraszam na nowy rozdział: www.hope-and-faith-love-and-tears.blogspot.com
    Pozdrawiam, Joan.

    +w niedzielę nadrobię całą twoją historię, obiecuję :*

    OdpowiedzUsuń